To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Lewitujące Osiedle - Kipiąca Chatka

Aaron - 9 Styczeń 2015, 20:13

//Piszę, gdyż uważam, że moja akcja z poprzedniego postu, przez akcję w poście Sophie, została zainicjowana.

W domku


"Gdy wszystko zastyga w nas, porusza się tylko Czas.
Czy jest jakieś miejsce, gdzie jeszcze nie dotarł?
"


Matka nie mogła liczyć na poszanowanie z jego strony. Nienawiść kotłowała się w nim i wybuchła pod postacią opuszczenia rodzinnego domu. Mawiała, za jego plecami: młodszy brat to, młodszy brat tamto. Aaron jest chytry, nie idźcie z nim, bo wszystko stracicie. Aaron jest trudny, musicie go zrozumieć i nie wchodzić mu w paradę. Aaron... Nie, nie mówmy o nim – stwierdziła z lękiem wobec młodych braci, czując przeszywający ją oddech na plecach zakrytych cienkim suknem.
Mówili coraz mniej, gdy coraz bardziej skrywał swoje moce i całego siebie w osi czasu. Bardziej nieobecny, więc chyba z nim lepiej, myślała. Czas leciał, niebo ciągle to samo. Ciemna purpura rozlana na górze niczym rozmazani we mgle członkowie rodziny. Dwie osie - on pośrodku. Zatrzymał czas, lecz nie siebie.
Jestem zegarmistrzem - duma czyniła swoje, rozpierała, stawała się lepszym bratem. Reszta była zbędna, reszta tylko utrudniała.

Nerwowy, niezauważalny ruch dłoni. I palce znalazły się w bliższym sąsiedztwie spustu.
moment
Pochylony nad stolikiem, wcale nie nalewał z czajniczka herbaty - czynił to, czego nikt się po nim może nie spodziewać. Czynił coś, co dla innych zostanie wspomnieniem: nagłym, pełnym.
Wyczuł odpowiedni moment i użył zegarów.
Kilkadziesiąt sekund życia ofiarował im, stwierdzić mogą.
Bzdura. Stracił kilkadziesiąt sekund życia, podczas gdy oni zyskają. Bo jego czas biec zaczął po łuku, w drugim wymiarze znajdując dla siebie miejsce.
Piąty wymiar. Tylko dla niego dostępny w całej swojej okazałości.
- Czas zabijamy. Mimo, że goi rany. – stwierdził w pełnej ciszy otoczenia, obserwując jak kula zastygła w mniej-więcej połowie drogi do celu.
Usłyszą go, usłyszą tak nagle, że będą mieli za wspomnienie. Wstał i podszedł do Sophie. Będą dokładnie to widzieć w ekstra przyśpieszonym tempie. Duch, zjawa – pomyślą - która namieszała nam w myślach swoimi słowami!
Wszyscy zgromadzeni usłyszą.
moment
Spojrzał na jej wzrok, wymierzony w przestrzeń między nimi. W nią kula najpewniej trafi. Rzucił Opal pytające spojrzenie: czemu marnujesz nabój? Co prawda, zupełnej pewności nie miał, ale, uważał: lepiej nie ruszać niż niepotrzebnie ruszyć. Ciążyła w pocisku olbrzymia wielkość fizyczna - pęd. Wielką wartość posiada, ale byłby w stanie jej wektorem pokierować wraz z kulą. Raczej ominie ich obu. Raczej. Najwyżej się pomylił w osądzie - trudno.
Ruszył w stronę delikwentów.
moment
- Głupcze, trwonisz mój cenny czas tą zabawą w beznadziejnego minstrela. Fach dobrałeś sobie jak dwie lewe rękawiczki. Racja, białe z dwóch stron - ludzie nie zauważą. Wykręciłbyś na lewą stronę jedną z nich, gdyby nie szycie.
Gdy głupi milczy, za mądrego poczytany bywa. Ale tylko bywa.

Oparł się dłonią o ścianę, mierząc ich z profilu.
- Drugi raz nie sprawdzę, czy kula nie leci centralnie w miejsce serca. Drugi raz pomogę jej trafić.
Wrócił do stołu, sięgnął po czajnik i puścił czas.


"Strzał!
Tylko Strzał! Cziki blau-blau!
Dziki wiatr wiał, deszcz dziki lał, lał!
...Strzał!"

Lejąca się do filiżanki herbata. Głuche echo po pocisku. Każdy wie, że Aaron był przed kulą, a teraz jest na powrót między domownikami. Ułamek sekundy, ale tak bardzo wyraźny zapis na taśmie pamięci.
moment
Opal zasugerowała wartość nowego nabytku. Aż chciałby teraz gości kolejnych on przyjmować - dla zysku.
- Poczekam. Niechaj sobie najpierw nasi goście zastanowią, czy już nie są związani. Przez czas, którego nie zatrzyma nikt poza mną. – nie wstrzymywał się przed wyolbrzymianiem swojej wartości. Może, w chwilę po dokonaniu takiego zabiegu, przestaje być wyolbrzymieniem i staje się teraźniejszością?
moment
Jeszcze jest Pani Zegarmistrz, ale jej nadal szuka, jej nadal nie poznał.
- Któraś z Was zechce herbaty? - Zapytał obie Panie, trzymając w dłoni czajniczek.
Dobra herbata jest jak dobry gość - sama się na widok zainteresowanego wynosi. Goście za drzwi, a herbata do filiżanek. Z kolei zły gość roznosi się po mieszkaniu jak smród; jak smród złej lub źle zaparzonej herbaty po gardle.
Ta, którą popijał, była znakomita, ale lepsze naczynie na spijanie jej smaku sobie znalazł – usta Shade, noszące na sobie krople napoju.
I już odechciało mu się przyjmować jakichś tam gości dla zysku.

Anonymous - 12 Styczeń 2015, 19:45

- ŁOŁOŁOŁOŁOŁOŁOŁ! - przeciągnął bardzo głośno i bardzo wyraźnie Wheatley, wymachując przy tym rękami, kiedy coś strzeliło, a potem w ścianie za nim i Lynchem. - Po pierwsze: CO TO BYŁO!? Po drugie: może dogadalibyśmy się bez mordowania się nawzajem? Tak by było dużo wygodniej i mniej by było do sprzątania.
Baaardzo powoli podniósł się z podłogi i z rękami na widoku stanął obok chłopaka. Nie miał już najmniejszej ochoty się odzywać. Skoro to teoretycznie jego wina, że w ścianie za nim jest wielka dziura, to co może się stać, jak TERAZ coś palnie?

Anonymous - 15 Styczeń 2015, 22:10

Coen natychmiast zareagował, kiedy tylko zobaczył wycelowaną w niego giwerę: teleportował się za dziewczynę i szybkim, zdecydowanym ruchem spróbował wytrącić jej pistolet z ręki i wykopać go poza jej zasięg. Miało to zapobiec kolejnemu strzałowi. Jeśli mu się udało, złapał dziewczynę za ręce, na wysokości ramion, i spojrzał po wszystkich zebranych Jego oczy emanowały czystym gniewem.
- Jeśli rzeczywiście jesteś z MORII, to powinnaś wiedzieć, że tacy jak oni - i być może ty - nie zaznają łaski z mojej strony. - powiedział do Sophie. - Wręcz przeciwnie. Ja funduję im najgorszy koszmar.

Anonymous - 22 Styczeń 2015, 17:42

Co zobaczyłaby osoba patrząca na tą różową dziewczynkę? Uroczą, doprawdy uroczą i dość tępą dziewczynkę, która zapewne nawet nie wie co się wokół niej dzieje i albo się zgubiła, albo jest pod czyjąś opieką. I mimo, że wydawało jej się, że już wie co oznacza bycie jedną z Anarchs to w tej chwili uświadomiła sobie, że to nie prawda.
Szachmiasto nic jej nie dało. Przeżyła je szybko, bez większego szwanku, ledwo chwilę po tym jak przybyła do Krainy Luster i wciąż nie ogarniała nic. Ale przecież była przekonana, że ją uświadomiło! Dlaczego teraz dochodziła do odmiennych wniosków?
Patrzenie na poczynania Sophie... Natychmiastowe reakcje Amona, który tak szybko się przystosował... I ci dwaj. Ci dwaj którzy już na pierwszy rzut oka wydawali się być starsi od niej. Na pierwszy rzut oka... Ha, komu oceniać po takich rzeczach w tym miejscu?
Sofiu, właśnie patrzysz jak dwójka młodzików walczy z innym młodzikiem. I wszyscy ci młodzicy postanowili ratować ten świat przed naturalną dla niego koleją rzeczy. Dlaczego się do nich przyłączyłaś, skoro jesteś pewna, że otaczający cię ludzie nie mają najmniejszego pojęcia jak on wyglądał zaledwie kilkadziesiąt lat temu? Zaledwie! Ile to lat jej nie było? Zaokrąglała w myślach często do wieku, ale to nie prawda. Więc ile? Sześćdziesiąt? Siedemdziesiąt? A może mniej? W końcu sama nie jest pewna ile ma lat, bo w czasach gdy mieszkała jeszcze z rodzicami wiek był rzeczą bardzo opcjonalną. Liczyły się przyjęcia urodzinowe, nie sam wiek. Przyjaciele też dorastali w różnym tempie, więc... Więc...
Ile ja mam lat?
Patrzyła na wydarzenia a uśmiech na jej twarzy przerodził się w... um, coś. Właściwie co? Jej opiekun by wiedział. On ją znał. Ale nawet on był od niej młodszy. I był zaledwie człowiekiem. I teraz był martwy. Tak jak jej rodzice. Ale on umarł nie tak dawno, więc coś powinno ją zakłóć w sercu, czyż nie?
Podobnie jak na myśl o rodzicach. I przyjaciołach. I marionetkach. Czy oni jeszcze żyją, czy czas był dla nich bardziej nieubłagany?
Patrząc na toczącą się walkę po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie, że żyje dłużej niż sięga jej pamięć. Że przez tyle czasu zachowywała się jak dziecko, choć jej doświadczenia powinny to zmienić. Że najprawdopodobniej nie ma już nikogo, kogo znała.
No, prócz tych najpotężniejszych, odległych władców, dawnych panów... Tych, których znała cała Kraina i których i ona powinna znać. Władców. Czy ktoś z dawnych władców jeszcze panuje? Kogóż ona znała?
Jak przez mgłę przypomniała sobie, że Bal Maskowy urządził któryś z możnowładców. Który? Dlaczego tego nie zapamiętała? O bogowie wszechpotężni, musi o to spytać Sophie, ona jest w to zaplątana.
Dzieci, wnuki, prawnuki? Może ktoś wspomni na znajomość swoich dziadków z jej osobą? Ale nie uwierzą, że to... dziecko ma tyle lat. Znaczy powinni. Niektórzy. Ale nawet ci wiekuiści z dziecięcym ciałem zachowują się dostojnie dzięki swojemu doświadczeniu.
Zaraz. Wszyscy których znała... Czy to się tyczy też Władcy Marionetek? Czy to możliwe, że mogłaby... Że ona... Tak! Musi się dowiedzieć, musi. Władca Marionetek... Sophie na pewno wie, czy ktoś taki istnieje w dzisiejszych czasach, a jeśli go nie ma... To ona nim będzie. Od tak. Zna w końcu swoje możliwości, wie, że do perfekcyjności brakuje jej niewiele. Brakuje jej dokładnie tyle, co najdoskonalszej marionetki jaką ta ziemia nosiła. Dawno nie stworzyła żadnej, raczej zajmowała się drobniejszymi sprawami... Ale stworzy twór idealny. Cudowny. I wszyscy się o tym dowiedzą.
- Zachowujecie się jak otwarte księgi - lekkie drgnienie wiatru i już zdradzacie wszystkie swoje sekrety. Przy takim zachowaniu to nawet na kamikaze się nie nadajecie - powiedziała do dwóch napalonych młodzików zakładając nogę na nogę. Uśmiechnęła się przy tym lekko i sięgnęła po filiżankę by upić z niej łyk herbaty.
Tsa... Ogarnęła się. W końcu jej się to udało. I w ciągu tego czasu gdy tu siedziała dotarło do niej na prawdę wiele, bardzo wiele rzeczy. Teraz tylko wprowadzić to wszystko w życie.

Soph - 24 Styczeń 2015, 17:43

Była tak skupiona na tych dwóch, że prawie natychmiast zauważyła cudowne niemal zniknięcie Coena Lyncha z jej pola widzenia. Problem w tym, że nie miała pojęcia jak to się stało i gdzie się skurczybyk podział. Dowiedziała się ułamek sekundy później, gdy mocna próba pozbawienia jej broni przerwała myśl, iż jego zdolność może być całkiem przydatna. Czując szarpnięcie w dłoniach, po prostu pozwoliła wytrącić sobie pistolet, jednak z opisu wynika, że chłopak chciał go również kopnąć poza jej zasięg, także powinien śledzić spadający (i nabity - dzięki skałom i morzom za brak samonapinania w browningu!) gnat, albo choćby przysposobić się, by uderzyć go w locie. Tę właśnie chwilę rozproszenia wykorzystała Sophie - zapomnijmy na chwilę o coenowskim bezsensownym rozbrajaniu przeciwnika od najmniej poręcznej strony czyli zza pleców albo poczwórnych stawach palców Sophie, które wokół przedmiotów owijają się jak węże - wykorzystała, robiąc półobrót i wtedy błyskawicznie zwalając Coena z nóg sprawnym podcięciem. Jak wszyscy pamiętamy choćby z Balu Maskowego, ten Stróż dziedziczki Upiornych Arystokratów pobierał też trochę lekcji walki wręcz.
No, teraz Cień powinien zacząć uroczo upadać na plecy, na deski salonu. Jeśli tak też się stało, runęła na niego i wyszarpując zza cholewy nóż przygniotła mężczyznę do ziemi. Prawy, podkuwany glan anarchistki przytrafił się nadgarstkowi Coena, jej drugie kolano i lewa dłoń przyciskały do podłoża odpowiednio ramię i nadgarstek leżącego na plecach mężczyzny. Sama Sophie niemalże zaś zawisła nad przeciwnikiem z króciutkim nożem przy jego gardle. Była też świadoma, że nie trzyma w żaden sposób tułowia mężczyzny - chudego, więc o ciężarze ciała pewnie równym jej wadze - więc tylko czekała, aż spróbuje ją zrzucić. Ale, cóż, nie zapominajmy o sztylecie przy całkiem sporej tętnicy.

Wysłuchała słów Fii i roześmiała się w duchu na tę nagłą przemianę w granitową skałę - chyba coś z niej jeszcze będzie. Wsparcie i autorytet, znaczy, bo to tego w osobie nieoficjalnej - jeszcze - prawej ręki Przywódczyni jej brakowało.
Trochę deprymujące było, iż - dość głupia myśl, gdy się przyciska przeciwnikowi nóż do szyi - żaden z członków nie przyszedł jej z pomocą. Albo był to wyraz wiary w niej i jej siłę, albo nie byli aż tak skorzy, by komukolwiek pomagać. Cóż, nie czas na to.
Spojrzała na Coena Lyncha i, jeśli dotąd nie spróbował jej zrzucić albo zranić, cofnęła czubek ostrza z zagłębienia jego gardła.
- Za szybko zaufałeś. Kolejny taki błąd może cię kosztować co najmniej ranę i to wcale nie z mojej ręki - oświadczyła, wstając z niego. - Sporo w Tobie ducha, ale i tyle samo lekkomyślności, młokosie - zwieńczyła, ale na jej ustach pojawił się cień życzliwego uśmiechu, który zmiękczył ostre rysy Akrobatki. - Jesteśmy Anarchs. Jestem Opal, Przywódczyni.
Otrzepała kolana i spojrzała na resztę, pijąc oczywiście do tego, że reszta siedziała i piła herbatę, tak, jak im nakazała. Cały czas miała na uwadze urażoną, z pewnością, dumę Cienia, która w tej chwili stanowiła największe zagrożenie.
- Dziękuję, że ufacie mojej sile - skłoniła lekko głowę, a ton miała łagodny i gładki. W spojrzeniu czaiła się jednak niewypowiedziana groźba, a przez całe pomieszczenie przeszedł nagły, miękki podmuch wiatru, który wzburzył włosy i luźne poły ubrań i obrusów.

Aaron - 28 Styczeń 2015, 19:59

Złotooki ponownie był dla Pana Negatywu osobnikiem wykazującym zapędy czysto artystyczne i nic więcej pożytku w nim nie dostrzegał. Choć i to zdawało się być znikomym manifestem dobrodzieja; ale dał mu szansę. Co prawda, obserwatorem wybitnym nie jest, a na psychice przynajmniej ze dwie osoby w tym domu lepiej się znają od niego, to jednak swoje widział, swojego był pewien. I niespodziewanie, Coen na jego oczach mignął.
”Co jest, kurde, Czarodziej?!”
Zmarszczone czoło, gniewny wzrok, zaciśnięta pięść i poderwanie się z sofy były tylko oznakami złości wymalowanej na osobie Aarona. Każdy, kto mierzy w jego otoczeniu z podobnych mocy, a zwłaszcza podobną do tej, którą Zegarmistrz zatrzymuje czas, nie może liczyć na szacunek z jego strony. Teleportacja jak i zatrzymanie czasu w kwestii możliwości prędkiej zmiany miejsca przebywania mają to samo stanowisko: umożliwiają ją. A na to się nie godzi.
Nie pozwoli, by ktoś sobie tak rządził wraz z nim w jednym pomieszczeniu.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i rzucił sztyletem tak, że trafić powinien nieopodal głowy Whaeta, a narzędzie, przy odrobinie szczęścia, zakleszczyć w uszkodzeniu ściany, po jego prawicy lub lewicy; bądź upaść na podłogę. A cały ten wysiłek na znak, by się nie ruszał i nie pogarszał sytuacji.
Przywódczyni zostawił drugiego przeciwnika, a w razie czego gotów był do natychmiastowej interwencji w sposób podobny do tego, z którego skorzystał w przypadku strzału. Ale, najprawdopodobniej, nie był jej potrzebny; nie jest jej potrzebny.

Różyczka do ksiąg ich porównała, a on już wcześniej z głupcami zmierzył. I dołoży kolejne słowa:
- Evviva l'arte! – ironicznie wychwalił manewr czerwonookiego - - …l'art pour l'art. – …a po chwili z niczym zrównał jego wysiłki bojowe.
Za czasów, gdy odwiedzał Świat Ludzi niemal codziennie, paru zwrotów typowych dla ich kultury się wyuczył i teraz z nich skorzystał, sadząc, że może nie zrozumieją i wezmą go za jeszcze większego wariata. ”Na zdrowie!”
Zaśmiał się pod nosem. Kpił sobie z nich odkąd tu wparowali, ale teraz pozwolił sobie na pełną eskalację znikomego upodobania tej dwójki. I Opal w końcu przeszła do meritum. Odszedł zza stołu i poszedł po swoją własność tkwiącą w ścianie. Również chciałby się im przedstawić, ale nie wiedział, kim dla Przywódczyni jest i ile znaczy, a na ewentualną nonszalancje nie mógł sobie pozwolić w tak doborowym towarzystwie kobiet. I jak na zapatrzonego w swoją wielkość faceta przystało, ten hamulec nie raz już Aarona zawodził.
A Sophie wraz z wiaterkiem zwróciła uwagę na siebie i swoją siłę.
- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele. Łatwo sobie zasłużyć na celne trafienie. – szepnął ku Kapelusznikowi, pewnym ruchem wyrywając ze ściany sztylet. Wariat, ważniak i tak dalej…

Powrócił do stolika, przykucając przy Shade i biorąc jej dłoń między swoje.
- Wyszedłbym na zewnątrz oczyścić umysł z przedstawienia, które się tu działo. Pójdziesz wraz ze mną? Bo obawiam się, że i dla Ciebie przesiadywanie tutaj stało się małą zmorą, a trochę haustów świeżego powietrza może być niezwykle urokliwymi.
Tak, w końcu sobie znalazł moment by opuścić na jakiś czas to zgromadzenie.

Anonymous - 28 Styczeń 2015, 21:52

Wheat patrzył na to wszystko, nie wiedząc, co robić. Ostatecznie na obserwowaniu się skończyło. Jego pokręcony mózg uznał, że tak będzie najlepiej.
Już miał coś powiedzieć, kiedy nagle tuż obok niego przeleciał sztylet. I chyba przyciął mu kilka włosów. Chwilę później podszedł do niego białowłosy jegomość, który w niego rzucił.
- Się postaram. - odpowiedział niepewnie w jego kierunku, po czym sprawdził dłonią, czy ma jeszcze ucho.
Uff... Jeszcze ma.
Ściągnął więc kapelusz i wyciągnął zeń filiżankę z już nalaną zieloną herbatą. Potrzebuje czegoś na uspokojenie.
- Uh... Czyli rozumiem, że na razie kończymy z próbami wzajemnego uśmiercania się?

Anonymous - 5 Luty 2015, 18:31

Coen podniósł się z podłogi i dotykając swojej szyi, spojrzał na dziewczynę. Więc jednak. Tylko czemu to ona jest szefem? Znajdują się tu starsze osoby, wyglądające na znacznie bardziej doświadczone. Sam Coen jednak nie miał zamiaru tego kwestionować. Skoro wszystko tu działa jak powinno (tak sądzi), widać młoda musi być dobra. Stanął pod ścianą i w milczeniu obserwował resztę.
Chłopak odczuwał swoisty... dyshonor. W końcu nieczęsto się zdarza, żeby młodsza od ciebie i drobniejsza dziewczyna powaliła cię na deski i przyłożyła nóż do gardła.

Anonymous - 7 Luty 2015, 23:47

A może jednak ma więcej lat niż sto? Czy jest w stanie to jakoś ustalić? Co pamięta? Najdalsze wspomnienie dotyczące jakiegoś wydarzenia, które jest w stanie umiejscowić na mapie czasu? Um... W tym świecie niezbyt. A w tamtym? To będzie... Przełom wieków...? A może coś jeszcze odleglejszego? A może jednak bliższego? Ale to by znaczyło, że ma ponad sto lat. Choć z drugiej strony nawet bliższe ale wciąż odległe wspomnienie zdaje się potwierdzać tą hipotezę. Wybuch Pierwszej Wojny Światowej to doprawdy odległe dzieje, a trzeba do tego jeszcze dodać czas spędzony w Krainie Luster... Tak. Jest stara. Bardzo stara. To aż dziwne, że właściwie po raz pierwszy dziś to sobie uświadomiła. Ludzie wokół niej starzeli się i przemijali, a ona trwa wciąż o wyglądzie tępej nastolatki... Znaczy nie. Już nie tępej. Ale wciąż nastolatki. Nastolatki pełnej dumy.
Wiatr przywrócił ją do rzeczywistości. Popatrzyła z uśmiechem na przywódczynię tym razem wymazując z pamięci sens pojęcia wiek. Teraz liczy się coś innego.
- Ufamy, gdyż nie mamy najmniejszych powodów by w nią wątpić - powiedziała całkowicie szczerze, żałując, że sama nie posiada tak fizycznej siły. Ale to nic, przyda się do czegoś innego. Na pewno się przyda, bo gdzieżby ona miała być nieprzydatna?
A teraz sprawa tamtej dwójki. Czarny i bardziej czarny. Eh, jaka beznadzieja. Razem z tą dwójką jest ich w Anarchs aż... sześcioro! Jak miło! Wręcz cudownie miło, szczególnie, że Sofia potrafi wyrazić uśmiechem praktycznie wszystko. W tej chwili wyrażała nim skrytą chęć mordu.
- Na razie - powiedziała w kierunku Wheatleya. - Proszę, rozgośćcie się, przysiądźcie. A pan złotooki mógłby nam wyjawić swoje imię i o jakiej to przyjaciółce mówił na początku - dodała uświadamiając sobie, że pomimo gonitwy myśli jaką dzisiaj przeżywała to jednak pamiętała, co kto mówił. To dobrze wróży.

Soph - 14 Luty 2015, 00:27

W domku
Tak w gruncie rzeczy to była wstrząśnięta niefrasobliwością mężczyzn. Szczególnie tego, który ją zaatakował. Otrzepał się, skrzywił i stanął karnie pod ścianą, jakby było po wszystkim. Czy ona jest, na żywe skały, jakąś dominą w watasze wilków, z którą się walczy tylko po to, by ustalić swoje miejsce w hierarchii? Aż przez chwilę zdjął ją żal, że jednak nie zrobiła mu dziurki lub dwóch.
Podniosła browninga i wtedy kątem oka zahaczyła o świstek papieru, który gdzieś zwiało, gdy pozwoliła sobie wykopać z ręki pistolet.
- Zaczekajcie - wstrzymała Zegarmistrza i Shade, jak zawsze cichutką i bierną. - Jeśli już, to idźcie do ogrodu na tyłach domu - powiedziała, przebiegając po raz drugi wzrokiem po podniesionej z podłogi wiadomości od Grimma.
- Bo chyba mamy tu kogoś, kto ma do anarchistów interes - uśmiechnęła się wesoło, ale jakoś tak dziwnie - i nasz aniołek życzy sobie spotkania jeden do jednego, więc nie psoćcie.

Ruszyła ku "swojemu" kredensowi i spod skórzanej torby wyciągnęła lekki, czerwony płaszczyk. Podała go Sofii.
- Pozwolisz ze mną? - W lazurowych oczach czaił się uśmiech: życzliwy i jak rzadko kiedy, autentyczny. Nie było wątpliwości, że Marionetkarce kobieta ufa bez zastrzeżeń. - Wprawdzie siła bojowa z ciebie żadna - powiedziała zaraz potem obojętnym głosem - ale zorientuj się, proszę, czy nasz gość nie postawił jakichś iluzji. Moja już wyparowała, więc powinno być czysto.
Bo choć Sofia ma całkiem słabą pamięć, Bugs nie zapomniała, że w Szachmieście różowa odkryła przed nią, że jest jednym z rzadkich Obsydianowych Marionetkarzy. W trakcie mówienia sięgnęła znów wgłąb kredensu i wyciągnęła podbijaną kevlarem skórzaną kurtkę.
- I znajdź sobie jakieś drzewo w pobliżu, bo wiesz, że to ustrojstwo lubi przestać być niewidzialne w najbardziej radosnym momencie. - Zdecydowanie ta Akrobatka odczuwała obsesję kontroli nad każdą rzeczą i osobą w swoim otoczeniu. - Nie to co stare, dobre, ludzkie wynalazki - kontynuowała, po czym zagwizdała, strzepując i wygładzając skórę przed włożeniem jej na grzbiet. Tak, słowa o ludzkiej manufakturze zabrzmiały w jej ustach jak bluźnierstwo. I co z tego?
Gdy Aaron i Lia zebrali się wreszcie do wyjścia, spojrzała jeszcze na swoje nowe nabytki, siedzące zapewne na kanapie, którą zaproponowała im Fia, a potem na ptaszki: szary i zielony, które przysiadły na parapecie uchylonego okna.
- Mogłabyś nas Wyciszyć? - spytała, jednocześnie posyłając jej wymowne spojrzenie. - Bo chyba zaraz mi pęknie głowa od tych treli.
Z tymi słowami ruszyła ku drzwiom, a ptaki śpiewały, śpiewały, śpiewały.

Na zewnątrz
Ścisnęła karteluszkę w garści i wyszła na ganek, zostawiając półuchylone drzwi. Wierzyła, że Fia będzie utrzymywała sensowną odległość. Zamiary miała takie jak i z początku - neutralne, bo pchana była przez ciekawość i żyłkę hazardzistki - więc i korale powinny pozostać neutralnie zielonożółte, pomimo osóbki podążającej za nią w pewnej odległości pod Bolerkiem Niewidkiem.
Liścik głównie ją rozbawił. Poprawiła kurtkę zakrywającą pas i uśmiechnęła się krzywo. Owo ułożenie warg towarzyszyło jej aż do granicy parceli, a także podczas poszukiwania nadawcy wiadomości. W zależności czy Anna usadowiła się tak, by wygodnie było z nią porozmawiać u płota z drobnych sztachetek, czy trzeba było przeleźć na drugą stronę - co Akrobatce wiele problemu nie sprawiło - stanęła koniec końców niedaleko drzewa, na którym przysiadła… Opętana, ale chyba nie tak do końca. Uwagę przyciągały liczne blizny na przedramionach i szara tęczówka jednego oka. Medyczne wykształcenie mówiło jej, że to nie zaćma, ale nie była w stanie stwierdzić na pierwszy rzut oka czy dziewczyna jest jednoocznie ociemniała czy nie. Znów pozwoliła sobie na oględziny dłużej niż pozwala na to dobry smak - to chyba taka zemsta za wieczne gapienie się na nią przez innych ludzi. No i niech też dziewczę zobaczy z kim ma do czynienia: smukła, o parę centymetrów za długa szyja, ramiona o zasięgu zdecydowanie większym niż przeciętny, nadliczba stawów w palcach. Brat spotkał brata, jeśliby kto chciał porzucać patosem.

Spojrzała dziewczynie w oczy - albinosi stanowią chyba w Krainie większość wyborczą… A, nie, przepraszam, z winy kogoś, kto nie dał się zasztyletować, już nie - i ponownie się uśmiechnęła. Nawet nie musiała idiotycznie zadzierać głowy, bo stanęła sobie odpowiednio daleko - i bezpiecznie.
- Strachliwe stworzenie, będziesz zbawione, jeśli nie podgryzie cię w trakcie naszej rozmowy żadna z bestii - płaski, beznamiętny ton przekręcający słowa z listu stanowił ogromny rozdźwięk z nadal uśmiechniętymi, bladymi wargami. - Postaraj się więc nie uszkodzić żadnego z mieszkańców lasu, bo bardzo możliwe, że to będzie moje zwierzę.
Oczywiście, że ją drażniła. Korale jednak zmienić koloru nie miały prawa.
W tym momencie obaj działający jej na nerwy mężczyźni powinni zostać już skutecznie utuleni do snu przez śpiew Berde.

[Wheat i Coen wypadają z kolejki z ich braku czasu i zainteresowania oraz braku mojego nerwa. Na koniec dam znać co dalej z wamixAnarchs.]

Aaron - 14 Luty 2015, 15:57

Kapelusznik się postara - przyjął to do wiadomości równie ochoczo, jak wizytę tej dwójki - bez specjalnej radości czy gniewu, tak najzwyczajniej neutralnie, bez przejęcia.
Różyczka zechciała ich zaprosić do stołu, więc tym bardziej wizja odejścia z niego była dla Zegarmistrza dziełem wybitnym. Co za dużo niechcianego towarzystwa, tym bardziej nie szanuje się czasu. A wtedy albo trzeba towarzystwo rozweselić, albo wręcz... uśpić.
I zaczęli odchodzić, a wtedy sama przywódczyni udzieliła dobrej rady i przypomniała mu o posiadanej wiadomości oraz o osobie na zewnątrz. Uniósł brwi w zaciekawieniu.
- W razie problemów przybędę z pomocą. - odrzekł najprościej jak potrafił, bijąc się z myślami w których wyrażał chęci do ujrzenia ciekawszej osoby od nowo nabytej dwójki. Ponadto, interes jeden do jednego brzmiał niezwykle. I sam miał taki do Sophie, ale to może jeszcze zaczekać.
Przysłuchiwał się rozmowie gdy planowała wraz z Różyczką skierować się jako niby ta jednoosobowa armia. To było bardzo interesujące. I gdy uznał, że już na nic im przydatny, wyszedł z Shade pod rękę na zewnątrz. Pospacerowali trochę po ogrodach, aż w końcu białowłosy zechciał swoją ciekawość wypróbować.
- Ciekawi mnie, co dziewczyny kombinują. Dlatego, jeśli nie masz nic przeciwko, skierowałbym się na górne piętro i zza firanki, niezauważenie, obserwował co się dzieje.
I poszedł tam najpewniej wraz z nią. Powtórnie do domu, po schodach i na poddasze. Stamtąd wyglądał przez okienko na drzewa i ścieżkę prowadzącą do domku, wijąca się po trawie. Nie najlepiej dostrzegał dalekie drzewa, ale liczył na to, że podejrzane rzeczy dojrzy w miarę prędko. Ważniejsze było być niezauważonym niż dostrzec coś niezwykłego. Zwłaszcza gdy mógł na pobliską Shade skupiać swoją uwagę, a widok za okna mieć tylko za dodatkową rozrywkę.

//blech, wena uleciała...

Anonymous - 22 Luty 2015, 13:17

Nie czekała zbyt długo. W czasie całej odbywającej się akcji w chatce, ona nadal bawiła się gałązką, obracając ją w swoich palcach (Nie miała nic ciekawszego do roboty). Robiąc to, nie odwracała swojej uwagi od tego, co dzieje się wokół niej. Gdyby ktoś zaczął robić do niej podchody, z pewnością by to zauważyła (Gdyby ktoś miał wobec niej wrogie zamiary, to zauważyłaby kontem oka zmieniający się kolor Korali). Grimm w tym czasie osiadł na jednej z gałęzi drzew wnioskując, że ciągłym lataniem wokół jej głowy nie doprowadzi do wybuchu gniewu.
Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, po chwili - zamykanych. Zareagowała lekkim obróceniem swojej głowy w tym kierunku. Gałązka w tej chwili straciła zainteresowanie Anny. Aktualnie czekała na nadchodzącą do niej postać (lub postaci, ale ona wolałaby tego uniknąć). Liczyła na to, że będzie to przywódca, a nie szaraczek wysłany na zwiady.
W końcu pod miejsce posiedzenia aniołka przyszła kobieta. Na jej widok nieznacznie na krótką chwilę podniosła brwi. Korale zmieniły swoją barwę na tę, która świadczyła o tym, że na razie postać stojąca pod drzewem nie chce jej zrobić krzywdy. I co najważniejsze - była sama (Nie zauważyła osoby znajdującej się pod peleryną). Wzięła przykład z przywódczyni Anarchs i przyjrzała się jej. Nieproporcjonalne długości kończyn do reszty ciała, szyja, deformacja rąk - gdyby nie to, wzięłaby ją za normalną kobietę. Tak jednak się nie stało. Anna uczuła pewnego rodzaju więź z tą osobą, być może przez to, że były do siebie podobne. Nie wpadła jednak na to, że Sophie mogłaby być ofiarą eksperymentów MORII. Na razie przyjęła, że jest to "wada fabryczna".
Reakcją na jej słowne zaczepki uśmiechnęła się cierpko. Czy przejęła się nimi? Ani trochę! Tylko ją nakręciły. Grimm, zaciekawiony zmianą sytuacji, zaczął ponownie robić salta i piruety w powietrzu.
- A o to Pani Lasu! Zaprawdę, ciekawych ma pani podopiecznych, jednak jeżeli nie nauczą się praw panujących na świecie i podstępu - Tu miała na myśli jednego z chłopców przychodzących na spotkanie, zapewne Wheatley'a - Zostaną ofiarami selekcji naturalnej.
Nie była to groźba, raczej kontynuacja słownej, niewinnej wojny. Spojrzała głęboko w oczy swojej rozmówczyni.
- Nam się udało, nieprawdaż? - powiedziała to, sprawiając sobie auto komplement, przy okazji okazywania miłych słówek Sophie - A co jeśli można pokonać Selekcję Naturalną?

Anonymous - 23 Luty 2015, 21:19

Chęć mordu ustąpiła gdy tylko Sophie zaproponowała jej udanie się wraz z nią. Znaczy chyba nawet i już wcześniej, ale wtedy zdecydowanie już jednoznacznie. Poderwała się wtedy z miejsca dość radośnie ciesząc się, że ta dziwna sytuacja została już zażegnana, a jej myśli na temat przyszłości i przeszłości poszły sobie spać. Ale tylko na chwilę. Jeszcze do nich wróci, bo ma dużo, dużo do przemyślenia. I sporo do wprowadzenia w życie, ale teraz na to nie pora.
Pokiwała radośnie głową od razu ustawiając barierę wokół umysłu. Lepiej przygotować się zawczasu niż później narzekać. Założyła na siebie niewidkę i popatrzyła na ptaszki które przysiadły na oknie. Kojarzyła je, tylko skąd? W każdym razie tak, wyciszyła ich śpiew, tak jak poprosiła Sophie, gdy tylko zaczęły śpiewać.
Chwilę później wpadło jej też do głowy, że dobrze by było wyciszyć choć własne kroki, skoro jest niewidzialna.
Więc udała się za przywódczynią jako niewidzialna i niesłyszalna. Tylko wgniecenia w trawie mogłyby ją zdradzić, gdyby ktoś pragnął je zaobserwować. Bo nie dość, że percepcja normalna ją z świata wykluczała to i umysł miała zamknięty i odporny na ataki.

Drzewo, drzewo, znajdź sobie drzewo. Ba, i do tego wdrap się na nie. W sukience. Powinna zrezygnować z sukienek. I urosnąć. Może by miała w życiu łatwiej... No ale w końcu jej się wdrapać udało i się spokojnie między liśćmi ukryła, mając widok, ale na wszelki wypadek będąc niedostrzegalną.
A tak poza tym... Meh. Poza tym szykowała się rozgrywka słowna, może niezbyt fascynująca, ale zapewne ważna. I dużo obserwowania. Więc właściwie mogłaby wrócić do rozmyślań, ale jednak nie. Lepiej skupić się na utrzymywaniu w użyciu obu swoich mocy na raz. Rzadko to robiła, więc pora to poćwiczyć.
Poprawiła się dla wygody, lepiej siadając na rozgałęzieniu dużej gałęzi. Oby to spotkanie przebiegło lepiej niż poprzednie.

Soph - 27 Luty 2015, 23:16

Na zewnątrz

Gdyby wiedziała, że Sofia – której nie widziała, ale i, ba! nie słyszała – zacznie się wdrapywać w swoim majestacie koronek i falban na drzewo, to by jej powiedziała... że chodziło jej, by znalazła sobie grubszy pień i to zza niego obserwowała rozwojów wydarzeń.
Lustracja petentki dobiegła końca, więc Bugs założyła ręce do tyłu i popatrzyła dziewczynie, pewnie jeszcze młodszej od niej samej, bezpośrednio w twarz. Jakoś tak się zdarzało, że każdy Cyrkowiec, którego Akrobatka spotykała był w pierwowzorze Człowiekiem. Mogła się wprawdzie mylić, a nieznajoma liczy sobie dwa razy tyle lat co Zegarmistrz, który przebywa (oby) w jej domku, ale ktoś, kto daje się wciągnąć w przepychanki słowne nie ma na sumieniu więcej niż dwóch dekad życia.
– Nie Pani Lasu, a Pani Opal, rebeliantka – sprostowała flegmatycznie. – Podopieczni zostali ulokowani odpowiednio, stanowiąc siłę argumentu i argument siły – odpowiedziała jedynie, kierując wzrok trochę ponad ramię byłej Opętanej, bo oświadczenie, iż mięso armatnie jest równie potrzebne co i regularne wojsko zatrzymała dla siebie, jako wyjątkowo niepraktyczne w tej sytuacji.
Po chwili przesunęła spojrzeniem po otaczających Cyrkową drzewach i po jej końcowym oświadczeniu o selekcji naturalnej, łącząc zwinność Akrobatów z aerokinezą, popchnęła się strumieniem powietrza w górę, by chwycić i lekko opaść na jeden z grubszych konarów. Jakby rozmyślnie nie wybrała żadnej z dwóch gałęzi znajdujących się wyżej niż kobieta. Spojrzała jej prosto w oczy – na tym samym poziomie było to znacznie wygodniejsze. Nie ma nic zabawniejszego niż sprawne obracanie o 180o arogancji i prób budowania przewagi.

Zwiesiła tylko jedną nogę, a obuta w glan prawa stopa spoczywała stabilnie na siedzisku – był to nawyk, którego nie potrafiła, ale i nie chciała się pozbyć.
Być może błędem Sophie było przyporządkowywanie każdej spotkanej istocie prawdopodobnej rasy, jednak metoda ta sprawdzała się dużo bardziej niż zakładanie niewiadomego, bo Kraina jest tak duża i niezwykła. Dlatego podtrzymywała swoją teorię, szczególnie widząc szczątki metalowych skrzydeł wystających z odkrytych pleców dziewczyny. Że też nie jest jej zimno w tej marnej temperaturze Otchłani. Ad hoc: nieudany eksperyment, niedokończone dzieło, wybrakowana część – jeśli nieznajoma nie szukała jej Marionetkarki (a raczej nie szukała), to drugą opcją będzie MORIA. W głowie Bugs zaczął się kreślić plan. Metalicznie połyskujące, grube linie z grafitu na białym arkuszu... jeszcze paru aktorów i sztuka może zostać wystawiona.
Swoją drogą, że po niemal 6 miesiącach powinna przestać na każdą wzmiankę o rysowaniu mieć przed oczami umazaną węglem dłoń Irvette, prawda? Nieprawda.
Uniosła brew w idealnie wyreżyserowanym lekceważeniu i odparła koniec końców, ignorując autopromocję Opętanej:
– Oczywiście, że można pokonać. Ludzie potrafią uratować swoje dzieci, które urodziły się za wcześnie lub z upośledzonymi płucami i nie mogą zaczerpnąć tchu. Leczą skazy, które 50 lat temu byłyby śmiertelne. Chronią niedorozwinięte jednostki, które tylko społeczeństwo spowalniają. – W zasadzie nie miała pojęcia dlaczego argumentację zaczęła od Świata Ludzi. Być może włączył się jej automatyzm lekarski, wszak leczyła na sposób Ludzi, nie istot z Krainy Luster. – Jeszcze chwila i zostaną zalani przez tyle wybrakowanych egzemplarzy, że nie będzie się miał kto nimi zająć.
Poprawiła kołnierz kurtki i obsunęła ją bardziej na biodra, tym samym mimochodem poprawiając uwierający ją nieco w zgiętej pozycji pas. Nie dbała o to, że trzyma ją tylko grawitacja – wszak jest Akrobatką.
– I czy istoty z tej strony Lustra nie robią tego samego przy pomocy magii? Anielskie Łzy wskrzeszające martwych, zaklęcia, które kupujemy, by leczyć zakaźne choroby.
Zamierzała w zasadzie zapytać czego kobieta tu szuka, bo do filozoficznych dysput przyjemniejszym towarzyszem niż Bugs byłby każdy, ale nie zrobiła tego. Dwóch śniących mężczyzn w jej salonie z pewnością miało z decyzją jakiś związek.

Anonymous - 3 Marzec 2015, 18:27

O ścieżkę prowadzącą do chatki uderzały z cichym stukotem karminowe trzewiki. Na początku powolutku, po tym coraz szybciej, aż w końcu w nadludzkiej szybkości. Była spóźniona. Bardzo spóźniona, jak nigdy dotąd. No bo jako to? Tasaczek nigdy się nie spóźniała, szczególnie na spotkania z ładnymi damami, a za takową uważała Sophie. Co prawda nie wiedziała, czy kobieta ją skojarzy, bo póki co to Marionetka obserwowała ją z ukrycia. Zawsze bała się przywódcy Anarchs, ale to dlatego, że Viper był mężczyzną. Teraz jednak nie odczuwała większego lęku, mimo wszystko wolała się jej przyjrzeć z daleka i podjąć decyzję, czy chce oddać się w ręce takiej osóbki czy nie. Dziś chciała się do niej odezwać, mimo swej Tasakowatej nieśmiałości, jednak... O ZGROZO... zaspała. Ubrała się więc prędko w ciuchy, pierwsze lepsze, które jej wpadły w ręce, a więc jej ulubioną czarną sukienkę z czerwonymi dodatkami , do tego czarne rajstopki, wcześniej wspomniane karminowe trzewiki oraz czarną opaskę z wstążeczkami. Dodatkowo w torebeczce, jak zawsze miała swój ulubiony tasak, igłę i nić(nieodłączną pomoc dla jej rączek), małą pelerynkę, aby się pod nią skryć, jakby padał deszcz, a do tego scyzoryk, którego zawsze używa do przecinania nitek.
Biegła co sił w nogach, jednak im bardziej się zbliżała tym bardziej zwalniała tempa. Dlaczego? Proste. Zobaczyła przy wejściu, z daleka, jakąś nieznajomą kobietę, gawędzącą z przywódczynią Anarchs, o ile ją oczy nie mylą. Jej kroki stały się powolne i niepewne. Zarzuciła na plecy pelerynkę i naciągnęła kaptur na głowę. Zastanawiała się, jak tu przejść niezauważoną. Nie chciała przeszkadzać, że też nie umiała stać się niewidzialną...

Wybaczcie, że tak krótko + przepraszam za wielkie spóźnienie i nieogarnięcie. ;c



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group