To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Lewitujące Osiedle - Kipiąca Chatka

Soph - 23 Grudzień 2014, 21:11

W domku

Borze wszechlistny, tylko nie znowu!
Gdyby protagonistka była bardziej zaznajomiona z ludzkim światem - a nie była za portalem od około pół roku - zrobiłaby natychmiast najprostszy, międzynarodowy facepalm. Ale że nie wiedziała, iż emocje można wyrażać w tak prosty sposób, uniosła tylko jedną brew i wyglądało na to, że cierpliwie słucha przydługiej metafory o maskach w maskach.
- Za dużo gadasz - skwitowała. - Moja cierpliwość wyczerpała się na osobie innego białowłosego dandysa, z Różanego Pałacu, więc nie nadużywaj jej. Następny sofista, na którego trafię, skończy calusieńki wysmarowany mentolem i wystawiony na noc na zewnątrz.
Zeskoczyła z blatu i podeszła, by zaparzyć sobie kolejną filiżankę herbaty.
- Byliśmy tylko ja i SubZero - odparła po prostu. Co nie znaczy, że jesteście tacy sami, wybrzmiało w jej myślach, bo Ty z zabijaniem masz jakieś głupie moralne opory, śliczna.
Na słowa o lęku przed SubZero, który był najbliższy ze wszystkich znanych jej osób określeniu "mój mentor", kobiecie zadrżał kącik ust. Z początku nie powiedziała jednak nic, ograniczyła się jedynie do powstrzymania śmiechu łaskoczącego ją mocno pod żebrami - nie może wszak na starcie zniszczyć imagu, prawda?
- Sar-kazm - przejaskrawiła podział na sylaby. - Witaj w moim świecie.
I to jej zarzucano brak poczucia humoru i wyczuwania kontekstu? Jeśli Bugs była dosłowna aż do bólu, to ten tu mężczyzna… aż jej słów brakło. Nie, Folly, dziękuję za twoją pomoc. ...Albo jest jakiś niekumaty, bo patrząc po ilości zawijasów w poprzednich wypowiedziach prawdopodobnie został stworzony do tego, by Akrobatkę denerwować nadętym tonem. Bycia Codziennością nawet nie komentowała na głos, pewna, że jej przeuroczy charakter może wypłoszyć potencjalnego aplikanta-anarchistę.
- Pewność? Żadnej. - W oczach zamigotały jej iskierki humoru na wspomnienie z niedalekiej przeszłości. - Jeśli nie wierzysz mi na słowo i jeśli nie wierzysz mojej przyjaciółce, ani swojej towarzyszce, to nasze drogi powinny rozejść się tu i teraz, Zegarmistrzu, bo nie zajmuję się gadaniem i udowadnianiem - tym razem zmarszczenie brwi z powodu tego całego wodolejstwa na Balu Maskowym, którego była zarazem świadkiem i częścią - a działaniem.
Ręce oparła na biodrach, choć nie w manifeście zdecydowania lub podkreślenia słów mową ciała.
Co do rangi jego osoby strzelała, bo “lubiących zegary” mogło być wielu, jednak ten kolejny bezsensowny szczegół wyłoniony w trakcie telegraficznego skrótu o swojej osobie wydał się jej nazbyt szczegółowy.

W takiej właśnie nieodpowiedniej chwili zapukano do drzwi. Choć najpierw brzmiało to bardziej jak drobny stukot.
- Co, na żywe skały? - warknęła, gdy dołączył drugi, zdecydowany i natarczywy, powtarzalny dźwięk. - Sąsiedzi chcieli pożyczyć soli?
Było późne popołudnie, jaki idiota pakowałby się tutaj pomimo iluzji? Znaczy, może idiota-anarchista, jak przypuszczała, skoro dobija się do drzwi pomimo iluzji. No, chyba, że faktycznie jakiś mieszkaniec zauważył, że ktoś tu wchodzi.
Teraz grunt to nie dać się zabić i nie wystraszyć potencjalnego napastnika/sąsiada. Pod lewą pachę wsunęła w miarę płaską poduszkę z niebieskiego brokatu. Była odpowiednio wygodna, by mogła swobodnie lewą ręką otworzyć nieszczęsne drzwi oraz wystarczająco duża, by zasłonić niemal całą klatkę piersiową i brzuch naprawdę zbyt szczupłej ostatnio Sophie. Zasłonić sprawnie wyciągniętego z kabury, odbezpieczonego już browninga, trzymanego teraz w prawej dłoni. No i w razie czego poducha spełni rolę całkiem uroczego tłumika.
Nakazała wszystkim przesiąść się z pola bezpośrednio otwierającego się na drzwi i podeszła doń, zwracając się uprzednio do Amona; ton miała cichy, lekki, ale nieco naglący:
- Zegarmistrzu, bądź łaskaw wstrzymać czas naszego gościa, jeśli zrobi coś nieprzewidywalnego. Wbrew pozorom lubię mieć możliwość zapytania zanim kogoś zlikwiduję. I wszyscy herbata w rękę.
Niech żyje paranoja.

Pojedyncze, drewniane skrzydło otwierało się do środka i na lewo; razem ze stojąca pod ścianą szafką o kunsztownej, porcelanowej zawartości tworzyły wąskie gardło. Zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę i rozwarła drzwi do połowy, by i reszta miała niespodziewanego gościa na widoku. Wcześniej przybrała znaną już i samemu arcyksięciu minkę wcielonej niewinności - jasiek zasłaniał też pas z bronią - i uzbrojona w szczere, błękitne spojrzenie wyjrzała na zewnątrz. Przed minutami zostało mi oświadczone, że istotka przytulająca do siebie poduchę wygląda co najmniej uroczo, więc a co mi tam.
- Cześć, o co chodzi? - spytała z zaciekawionym uśmiechem młodego szatyna stojącego na zewnątrz, zerkając też z zaskoczeniem na dobijającego się Grimma.

Anonymous - 23 Grudzień 2014, 21:38

W domku

Drzwi się otwarły. Nareszcie. Jeśli to rzeczywiście jest to miejsce, nareszcie będzie miał szansę zemścić się na MORII za to, co zrobiła.
Otworzyła mu jakaś młoda dziewczyna o błękitnych oczach. Nie wyglądała zbyt niebezpiecznie.Wejrzał dyskretnie do środka i zobaczył jakąś dwójkę pijącą herbatę.
Spojrzał na dziewczynę swoimi czerwonymi ślepiami i walnął prosto z mostu:
- Ponoć odbywa się tu zebranie. Chciałbym dołączyć.
Przy okazji zauważył na grimmowym ogonie jakąś wiadomość.
- A to chyba do ciebie. - powiedział, wskazując palcem na rzeczoną wiadomość. Wszystko to z pewnym siebie tonem w głosie i pozbawionym emocji wyrazem twarzy.

Soph - 23 Grudzień 2014, 22:04

W domku

Również spojrzała za siebie, na zgromadzonych. Pewnie nie rozpoznali tej dziewczyny o ciepłych oczach i łagodnym wyrazie twarzy, niemniej show must go on.
- Zebranie? - spytała go, ponownie zerkając na nietypowe, czerwone tęczówki. - Ale jakie dokładnie? - zapytała, opierając się lekko o skrzydło drzwi. - Bo jeśli chodzi o podwójną randkę - zagaiła z uśmieszkiem co do siedzącej w głębi parki - to moja przyjaciółka tylko wyszła do innego pomieszczenia.
Sophie nie była pewna, czy chłopak wiedział, na co się pisze i nie była pewna, czy Kipiąca jest miejscem, do którego chciał trafić - nie znała go, a więc jeśli był kandydatem, to powinien wiedzieć coś więcej.
No i nie tylko Folly miała monopol na bycie perfidnie teatralną istotą. Jaźń wewnątrz głowy Akrobatki zachichotała miękko.
- Do mnie? - Zmarszczyła brwi i zerknęła na chłopaka. - Czarny Grimm? Wyobrażasz to sobie?
W zależności od odpowiedzi, albo wpuści go do domku, nakazując też złapać za ogon czarnego Grimma i zabrać ze sobą, albo dalej będzie trzymać osobnika na progu.

Anonymous - 23 Grudzień 2014, 22:59

Zmarszczył brwi. To na stówę nie była randka. Chyba.
- "Szukajcie rebeliantów". Tak brzmi część wiadomości. Więc jestem. Zakładam, że ten Kapelusznik kawałek za mną przyszedł w podobnym celu.- powiedział i zerknął na latającego obok Grimma. - Co on tu robi - nie wiem.
Sięgnął do środka i zerwał kartkę z jego ogona, po czym wręczył ją dziewczynie.
- Proszę. Przy okazji: nazywam się Coen Lynch. - przedstawił się, lekko się przy tym kłaniając. Spojrzał na nią ponownie. - Jeśli jesteś przedstawicielką Anarchs, to wiedz, że jestem gotów zasilić wasze szeregi.

Anonymous - 23 Grudzień 2014, 23:48

W chatce

To zadziwiające jak dużo emocji Sofia była w stanie przekazać przez zwykły uśmiech. Chwile po słowach Sophie był to uśmiech rozbawienia, a zaledwie sekundy wcześniej był to zwykły radosny uśmiech. Granica między nimi jest cienka, ale w tym wypadku twarz Sofii jest jak otwarta księga. Cóż, z tym, że ta księga zazwyczaj pokazuje to, co chce pokazać i nie daje się tak łatwo zmienić. W założeniu. Bo w praktyce to musi jeszcze nad tym popracować.
I po kolejnych słowach przywódczyni jej uśmiech przybrał podobny wyraz co za pierwszym razem. Jednak kolejny dodatek lekko ją zaintrygował. To Sophie też była na balu? I do tego ją widziała…?
Tak się zamyśliła nad tą sprawą, że ledwo co do niej dotarła kolejna wypowiedź. Zaraz, czekanie, Fia, że co? Ah, zdrobniła jej imię. Dobra, jakoś ten fakt da się ogarnąć.
Powinna popracować nad koncentracją. I spostrzegawczością i wszystkim innym co się nada. Bo jest marna. Ughr, powinna być bardziej przydatna. Jak ma walczyć o cokolwiek, jak jedyne do czego się nadaje to tworzenie marionetek? No, ewentualnie ich naprawa, o ile jakaś się jej naprawić pozwoli…
- Witajcie – powiedziała ciepło wstając od stołu. Nawet w myślach nie skomentowała feralnej Różyczki.
Zgodnie z poleceniem kobiety ruszyła do kuchni gdzie wlała wodę do niewielkiego czajniczka i postawiła ją na ogniu. Jako iż musiała jej przypilnować to zyskała trochę czasu na rozmyślanie, choć w sumie niezbyt miała o czym.
Choć w sumie… Miała nadzieje. Stojąc oparta plecami o jakąś szafkę i wpatrując się w ogień zaczęła sobie wyobrażać piękną marionetkę z włosami nie ogniście rudymi, lecz ogniście złoto-błękitnymi, o oczach błyszczących i radosnych, cerze wyglądającej na zdrową a nie nienaturalnie białej. Już nawet nie chodziło o to, że pragnęła taką zrobić – pragnęła jakąkolwiek marionetkę spotkać. Zaopiekować się. Stać się kimś w kim nadzieję można pokładać i wcale nie idzie to na marne. Ale zanim do tego dojdzie czeka ją jeszcze zapewne długa droga…
Czy chwaliła się kiedykolwiek Sophie, że jest jedna z Obsydianowych Twórców? Chyba nie… Ale czy jest w ogóle czym się chwalić? Przecież to tylko nazwa, niewiele znacząca. No, znaczy znacząca tyle, że być może kiedyś uda jej się zostać Władcą Lalek, najlepszym spośród wszystkich marionetkarzy, owianym nutą tajemnicy i mroku… Pff, przecież ona z natury się do czegoś takiego nie nadaje. Choć w sumie to by było najlepsze. Bo kto by się spodziewał, że urocza, mała dziewczynka z różowymi włosami jest właśnie kimś takim? Właściwie to nikt.
Uśmiechnęła się do siebie ściągając czajnik i zaparzając herbatę. Dwie niewielkie filiżanki znalazła gdzieś w zakamarkach szafek więc je z radością wykorzystała do nalania do nich owej herbaty, po czym zaniosła ją do salonu i ustawiła przed dwójką przybyłych.
Jednak nie zagrzała długo miejsca w salonie gdyż znów udała się do kuchni. No bo myśląc logicznie powinno ich przybyć więcej, więc czy nie powinna na wszelki wypadek zrobić więcej herbaty? A co by było, gdyby się okazało, że przybył jakiś kapelusznik i właśnie dla niego zabrakło herbaty? No i w końcu sama przywódczyni bez herbaty zostać nie może.
Oj, chyba właśnie stałaś się panną na posyłki. Uważaj, bo cię uznają za służącą i nic więcej, a ty pretendujesz do miana prawej ręki Sophie. No bo w końcu znasz ją najdłużej jako przywódczyni Anarchs i już z nią współpracowałaś i w ogóle…
Powinnaś się zdecydowanie z tym wszystkim ogarnąć. Inaczej nigdy ci się nie uda to o czym marzysz. Ale w pierwszej kolejności nie spal czajnika.
Przygotowała kolejną herbatę, znalazła więcej filiżanek, ładnie zdobiony dzbanek i tacę. Ułożyła to wszystko jak być powinno i ruszyła do salonu modląc się by przypadkiem nie zrobić z siebie niezdary. Tylko tego jej brakowało – by w ich pamięci utkwiła jako mała, różowa, niezdarna pannica na posyłki…
Jednak udało jej się go donieść nic z tym złego nie robiąc. Ustawiła tacę na środku stołu, nalała herbaty sobie i Sophie po czym usiadła patrząc z ciekawością na rozwijającą się akcję. To będzie zdecydowanie fascynujący dzień.

Soph - 29 Grudzień 2014, 15:42

    Nieopisany jeszcze bliżej salonik rozpoczyna się po przejściu przez rzeczone drzwi wejściowe. Kształtem najbliżej mu do kwadratu, z dużymi oknami w każdej ścianie prócz tej na lewo, gdzie w głębi mamy przejście do imbrykowni, a tam schodów na pięterko. Dalej z imbrykowni do kuchni i dzwiczek na spory i bujny, choć obecnie zaniedbany ogród.
    Na samym środku salonu stoi dumnie okrągły, ażurowy stoliczek do kawy, a wokół kanapa, dwa fotele i kilka niskich pufek. Klimat pomieszczeń utrzymany tak, jak urządziła je poprzednia właścicielka - tabuny tkanin i zastępy porcelany - bo nie było czasu i potrzeby, by doprowadzić domek do lśnienia; prawdopodobnie i tak nie stanie się niczyją przystanią.
    Pod ścianami porozmieszczano smukłe szafeczki i etażerki oraz zdobioną komodę, a także szeroki kredens, na którym zwykła siadać Sophie, zaś w rogu, pod przeciwległą do drzwi wejściowych ścianą, stoi śliczny sekretarzyk.

Anonymous - 29 Grudzień 2014, 15:57

Na zewnątrz

Czekała na powrót Grimma. Po oddaniu wiadomości miał on do niej wrócić, uprzednio polatać po osiedlu domków, by w razie wypadku zmylić nieproszonych gości. Siedziała na najwyższej gałęzi drzewa i zastanawiała się, czy ten "Robaczek" do niej przyjdzie. Miała na myśli Wheatleya, którego nie można było mianować najlepszym... szpiegiem? Korale nie pokazywały złych zamiarów, więc po prostu jego obecność potraktowała jako niegodną zauważenia. A niech sobie duma, że udało mu się ją ubiec!
Bawiła się małą gałązką - obracała ją powoli w dłoni i obserwowała insekta, wyglądem podobnego do biedronki, lecz nią na pewno nie był. W tym momencie wrócił Grimm, który znowu latał wokół jej głowy, wzbogacając swój taniec piruetami i saltami. Karteczki na jego kolcu już nie było. Tak więc może się spodziewać gościa. Lub gości. Biorąc pod uwagę drugą opcję, zamierza się wycofać.
Przypomniała jej się nocna tułaczka od laboratorium MORII do Stowarzyszenia Czarnej Róży. Wspomnienia z więzienia jak i poprzedniego życia nie powracały. Tłumaczyła to sobie tym, że przez długi czas przebywała w tym samym miejscu, w którym nigdy wcześniej nie była i nie miało to żadnego związku z jej wspomnieniami. Wracając jednak do tematu - jej ucieczka uświadomiła limit jej możliwości. Brała pod uwagę możliwość, że w chatce znajduję się kilka, jak nie kilkanaście osób, którym sama na pewno nie da sobie rady.
Miała na szczęście przewagę. Gdyby przywódczyni przyszła ze złymi zamiarami, zobaczyła by to po zmianie koloru Korali Zamiarnych. Tak więc w dalszym ciągu czekała.


Edit po poście Wheatley'a: Moja postać jest POZA działką, a nie na niej.

Anonymous - 29 Grudzień 2014, 18:15

Na zewnątrz

Nikt nie zareagował. Serce, możesz zacząć bić.

Wheat podniósł się ze swojej iście szpiegowskiej (i iście niewygodnej) pozycji i rozejrzał się. Spojrzał z wyrzutem na feralną gałązkę pod jego nogą i wykopał ją w krzaki. Niech ma za swoje, durny badyl... =_=

Nie widząc już większego powodu do skradania się, podszedł do jeszcze otwartych drzwi, mijając siedzącą na drzewie kobietę, której uchylił na dobry wieczór kapelusza. Stanął obok czerwonookiego chłopaka i spojrzał z lekkim uśmiechem na najwidoczniej gospodynię.

- Dzień dobry? Podobno przyjmujecie tu do Anarchs. - przywitał się. - No więc chciałbym dołączyć. Poza tym mam tu przyjaciółkę.

Aaron - 30 Grudzień 2014, 13:35

W domku



Nie miał w zwyczaju mówić o czymś w prosty sposób. Lubił udziwniać, skracać formy zdaniowe ażeby się za wiele nie nagadać. Ale były tematy, którymi wyganiał ciszę ze swojego otoczenia skuteczniej, niż można się tego po nim na co dzień spodziewać, a używanie w nich metafor było chlebem powszednim. Dla Sophie jednak była to zbędna gadanina. I w sumie mógłby podzielić jej zdanie, ale przyznać się do tego? Nie, skądże.
- Więc lepiej zdobądź nowe pokłady cierpliwości, bo na sofistę i dandysa nie trafiłaś. Więcej warty jestem od takich ważniaków z tychże pałaców. – Choć na samo określenie dandysa nic nie miał, tak w połączeniu z tym drugim brzmiało mu już niedorzecznie.
Uciął dalsze rozwodzenie się o metaforycznych maskach. Witaj w jej świecie, witaj, „dandysowy” Amonie. Ty także witaj, złośliwy narratorze.
- Sadzę, że miałabyś przyjemność gdybym wyszedł, więc choćby z czystej złośliwości tego nie uczyniłbym. Ale, w prawdzie i poważności, zbyt bardzo wodzisz słowami po mojej ciekawości, abym sobie przypomniał drzwi od drugiej strony.
I skończył już te polemikę – potyczkę na dobór słownictwa - zainspirowany końcówką jej ostatniej wypowiedzi. Złożył dłonie z głuchym klaśnięciem.
- Zatem przejdźmy do działań – i pukanie do drzwi takowe zainicjowało.

Ostrożności nigdy dosyć, ale od razu po ulubioną poduszkę sięgać i ją gładzić w ostatnim pożegnaniu? Więc, tym ostatnim toastem, napijmy się herbaty!
Pomiędzy wyposażeniem się Opal w poduszkę i pukaniem do drzwi, zwrócił się do różowej z zapytaniem:
- Także należysz do A., jak mniemam. Mogę poznać Twoje imię? – dla potrzymania dobrych zwyczajów, także by się jej przedstawił, z dopiskiem: „jak już wiesz”.
Skinął głową na polecenie brunetki, ładnym gestem proponując Shade przejście bliżej końca kanapy i chwytając filiżankę dłonią, z której zwisały już dwa łańcuchy na zawieszone poniżej wysokości blatu, kieszonkowe zegary. Dla niepoznaki chwałę wznosząc, ich zmaterializowanie połączył ze zmianą miejsca i uchowaniem ręki za sobą. Niechaj się przekona o jego wielkiej mocy już teraz, skoro rozważa strzelanie. Nie zna się za wiele na broniach, ale wie, co czynią i zatrzymywanie lecących kul to, obok picia herbaty w najbardziej godnym tego czasie, stanie się najwyraźniej jego hobby. Bo czego może spodziewać się po młodej kobiecie pewnej swego?
Pusta kabura, dłoń pod poduszką. Szkoda byłoby poduszki, pomyślał, pasuje jej do bluzki i do mojej herbaty.

Ukazał się czarnowłosy chłopiec z dopasowaną do żałoby górną częścią ubioru. Jak na ochotnika, to coś prędko zamierza wcielać się w szeregi. Taki głupi, taki pewny, taki szalony – rozmyślał Amon, kosztując kolejnego łyka herbaty, z zegarami w pogotowiu. Myślałby o nim lepiej, gdyby nie ostrożności nałożone przez przywódczynię. Ostrożności wyborowe, uznał wraz z udanym powstrzymywaniem parsknięcia na wieść o randkowaniu. W drzwiach mówić o imieniu, celach i ofiarować siebie? Cóż, jego sprawa, a Grimm… dla nich, to akurat nie miał litości, pamiętając doskonale niedawną ucieczkę wraz z Revi z ich terenu. Pojedyncza sztuka jednak może liczyć na brak oznak wrogości, bo jest tylko… jedna.
Drobnym uśmiechem powitał nowego, kładąc wolną dłoń na ramieniu Shade, na potwierdzenie randkowej atmosfery.
Nowych - bo wszedł kolejny. Tym razem zamiast żałobnego wystroju, widział komiczność. Ale dalej udawał zajętego herbatą i towarzystwem Shade, będąc w gotowości do zatrzymania wszystkiego. I on ma przyjaciółkę, super, potrójna randka! - ponownie w duchu zakpił sobie z nowych.

Anonymous - 30 Grudzień 2014, 21:56

Uśmiechnęła się do białowłosego. Przeleciała jej w głowie myśl, czy nie okaże się przypadkiem, że będzie w tym towarzystwie najstarszą istotą. Co prawda jak na Krainę Luster byłoby to dość dziwne, a jednak starsi często byli zamknięci w swoich myślach i uważali takie działania za idiotyzm. Oczywiście może trafić się ktoś, kogo nuda na tyle zwiodła, że postanowił zabawić się w rewolucjonistę i zawitać w ich progi. A może... może spotka któregoś z starych przyjaciół lub wrogów? W końcu każdy w czasie się zmienia, a więc może...? Ale raczej nie, nie łudźmy się wiarą w aż takie cuda.
Ale jak już o starych przyjaciołach mowa... To w głowie różowej coś zaświtało. Że też głupia o tej możliwości zapomniała. Będzie potrzebowała dnia lub dwóch, w porywach do tygodnia, by przypomnieć sobie te wszystkie szczegóły z odległych wydarzeń, bo co prawda chciała je z umysłu wyrzucić, ale jednak będą jej one potrzebne. Trochę bólu jej to zada, trochę najgorszych wspomnień wypłynie... Tych, które nigdy się do końca nie zagoją... Ale skoro to potrzebne to trzeba przeboleć.
Tylko jak ma na imię? W pełni świadoma, że została już nazwana, lecz sama się nie przedstawiła, stoczyła szybką bitwę w umyśle jaki imię podać. Cóż... Nie Sophie miała dobrą myśl. Znaczy Opal. Nie powinna o niej mówić inaczej przy innych, prawda? Więc... Więc niech zostanie to imię, jakim nazwała je Sophie.
- Dzisiaj Różyczka, drogi Amonie. - Czy nie powiedziała tego tak jakoś... Źle? Może zbyt wyniośle, albo zbyt poufale? Coś zbyt na pewno, ale co? Najprawdopodobniej zbyt słodko.
Ale to już nie chodziło o jej przesłodzony sposób bycia, tylko o wyraźną sugestię bycia tępym jak but. Czy aby na pewno dobrze zrobiła aż tak bardzo to sugerując całą sobą? Jeszcze mogą pomyśleć, że robi tutaj tylko za ozdobę! Cóż, nawet jeśli to co najmniej będzie najsłodszą ozdobą na świecie i każdy kto ją ujrzy zostanie obezwładniony nadmiarem słodyczy.
Jednak już po chwili zdawało się, że utraciła całe zainteresowanie Amonem. Ale kto by się tym przejmował, skoro w drzwiach toczyła się taka rozmowa? Patrząc uwarznie na kolejnych przybyłych zastanawiała się, czy to dobrze, że tak ich dużo, czy też źle, ze tak mało...

Soph - 31 Grudzień 2014, 21:55

W domku

Musiała się mocno hamować, by miękkie, pełne zaciekawienia spojrzenie spoczywające na chłopcach - chłopcach! obaj prawdopodobnie byli od niej starsi, szczególnie mężczyzna, który dołączył jako drugi; chłopcach, którzy tak beztrosko traktowali przyłączenie się do Anarchs - nie zmieniło się nagle w wybałuszanie oczu, które z pewnością już po chwili wypadłyby i potoczyły się niebiesko i urokliwie po ścieżce prowadzącej do domku.
Nie wiedziała, czy jej obawy na temat lekkomyślności nowych towarzyszy broni jeszcze ktoś podziela, niemniej chciała się dowiedzieć z kim ma do czynienia: jak i na co reagują, jak szybko myślą, czy można im zaufać lub powierzyć bardziej odpowiedzialne zadania. Chciała się dowiedzieć, dlaczego z taką ufnością podchodzą do nieznanych osób, dlaczego na dzień dobry głośno wyjawiają swoją godność i chęć przynależności do wpółmartwej nadal i zdecydowanie persona non grata grupy.
Oczywistym jest, że Coen mógł podać zupełnie nieprawdziwe nazwisko, zaś naiwność starszego z mężczyzn była tylko przykrywką dla jego lisiej przebiegłości, jednak we wnętrzu Sophie coś przeskoczyło i odezwało się wyraźnie złośliwym, przekornym głosikiem.

Oczywistym jest, że mężczyźni stojący na progu nie tkwili tam z powodu randki, o której istnieniu za plecami Akrobatki upewniał mężczyzn jeszcze Amon. Kobieta - kiedy przestała określać siebie mianem “dziewczyny”, “dziewczynki”? wszak dotąd w ich duo tą starszą zawsze, wbrew pozorom, była Folly - przełknęła instynktowną niechęć do Lunatyka (na którą sobie zapracował, mając śmiałość jej coś nakazać!) i skupiła się na tej stronie jego osobowości, która nawet ją ciekawiła. Przekora i manifestacja niezależności - to potrafiła zrozumieć, szczególnie, że nie wyobrażała sobie, by bycie Zegarmistrzem nie uczyniło go choć odrobinę próżnym i aroganckim. Otóż więc, to na tych cechach Amona skupiła się bardziej, gdy otwierając szeroko, z lekkim uśmiechem drzwi, wpuszczając nowo przybyłych do salonu, rzucając poza zasięgiem wzroku tamtych intensywne spojrzenie przebywającym w domku Rebeliantom, posłała na skrzydłach aerokinezy Zegarmistrzowi szept cichy jak szelest liści i przeznaczony tylko dla jego uszu: “Ufaj mi”.
Następnie, gdy panowie przekroczyli już próg, bo wyraźnie obaj obrali za cel dołączenie do spotkania Anarchs, zamknęła odrzwia domku (a raczej zatrzasnęła je piętą z powodu zajętych obu dłoni: poducha pod lewą pachą przysłaniająca większość brzucha i klatki piersiowej, prawa ręka wsunięta pod poduszkę, zaś w lewej trzyma wiadomość odebraną od Coena).

Zanim nowo przybyli zdążyli uczynić więcej niż parę kroków wgłąb salonu, Sophie spod swojego miejsca przy zawiasach drzwi warknęła “Pod ścianę!
W tamtej chwili gdy skrzydło trzasnęło o futrynę, równocześnie upadła ozdobna poduszka i Akrobatka już trzymała browninga w pozycji do strzału: na wyciągniętych rękach, z palcem na spuście; karteczka z wiadomością została zgnieciona gdzieś pomiędzy bronią a wnętrzem dłoni. Jeśli zaś któryś okazał się być bardziej ostrożny niż ich podejrzewała i zdołał zareagować nim Sophie w ciągu sekundy przygotowania była gotowa do otwarcia ognia, wtedy powinien zająć się nim Zegarmistrz.
O ile ogarnął i zdecydował się przyjąć do wiadomości twój niespodziewany, cudaczny apel, darling.
Ponowiła w stronę mężczyzn “pod ścianę”, jeśli nie dotarło za pierwszym razem i wtedy już krystalicznie wyraźnie mogli dostrzec, że urocza gospodyni, która powitała ich w drzwiach, zniknęła. Kilka kroków w bok, po półkolu, by celować jedynie w mężczyzn, a nie pokój, rzut kątem oka na pozostałą dwójkę - miała nadzieję, że nie struchlałą lub zaszokowaną, bo właściwe przedstawienie dopiero przed nimi! - i jeszcze krzywy, kwaśny uśmiech ku chłopakom.

Wszystko, od ich przestąpienia przez próg do chwili obecnej, zajęło nie więcej niż kilkanaście sekund. No, chyba że zdołali zrobić coś, by unieszkodliwić odbezpieczony BHP zmodyfikowany na naboje Magnum lub wymyślić coś, co powstrzymałoby od manipulacji czasem samego Zegarmistrza. Ewentualnie porwali się na coś bardzo, bardzo głupiego jak próba rozbrojenia Akrobatki lub niedowierzanie jej, że strzeli.
Przypadku, że którejś z tych rzeczy spróbuje ktoś z jej ludzi lub sam Amon usiłowała nie roztrząsać.
- No proszę, proszę - uśmiechnęła się zębato - jakie się tu nam ptaszki złapały na gadkę o anarchistach! Nic, tylko pogłaskać i podziękować za wejście w pułapkę, która nawet się jeszcze na dobre nie zaczęła. - Kobieta cofnęła się powoli pod ścianę na prawo od drzwi, tę za swoimi plecami. Znała rozkład pomieszczenia całkiem nieźle, a siedziska poodsuwała już wcześniej z dala od okien, jednak naprawdę głupio byłoby wywalić się na jakiejś nierówności w połowie pierwszego aktu. - Zarządca MORII będzie z nas bardzo zadowolony - dodała, a zimnoniebieskie oczy jej błyszczały.

Anonymous - 31 Grudzień 2014, 22:58

Dostał się do środka. Czyli jednak dostanie się do anarchistów. Yay! Herbata dla wszystkich na jego koszt!

Albo nie, bo jak wejście wyszło dobrze, to powitanie z resztą już nie. Już miał się przywitać ze wszystkimi, kiedy nagle ktoś wypalił "Pod ścianę!". Wheat natychmiast uczynił, jak mu kazano i zaczął wpatrywać się w gospodynię swoimi świecącymi ślepiami.

- Co jest? Jeszcze nawet nic nie zrobiłem i już chcą mnie zamknąć?! - zaczął narzekać. No co to ma być za wychowanie? Człowiek chce się zaciągnąć, a ci już go pod ścianą stawiają jak na ostrzał. Ładnie to tak? - To w końcu jestem na spotkaniu Anarchs czy nie?! Ostrzegam: znam karate!

Tutaj zaczął odstawiać jakieś amatorskie wygibasy, które miały utwierdzić resztę w przekonaniu, że rzeczywiście się na tym zna. Jednak jedyne, co udało mu się zrobić, to wywalić się na podłogę, nabijając sobie guza.

- Dobra, zapomnijcie, co mówiłem o karate... Au... - powiedział i złapał się za głowę, wciąż leżąc jak długi na podłodze.

Anonymous - 1 Styczeń 2015, 13:30

Pokręcił głową i zaliczył facepalma, widząc ten "pokaz" ze strony Kapelusznika. Nagle, słysząc słowo "MORIA", oprzytomniał i spojrzał gniewnie na dziewczynę. Jego oczy błyszczały nienawiścią w czystej postaci.

- Jak ty należysz do tych ścierw, to ja jestem Święty Mikołaj. - warknął w jej stronę. - Nie ma tu żadnego ich przedstawiciela, bo jeszcze nikogo z was nie zabiłem. Przyłączam się do pytania Kapelusznika: czy stojące przede mną osoby to przedstawiciele ruchu Anarchs? - widać po nim było, że nie da się łatwo oszukać.

Aaron - 1 Styczeń 2015, 16:10

W domku


Nie przesłyszał się przy wejściu, gdy przywódczyni per Różyczka przywołała ją, jako mającą gości obsłużyć. Znikła zatem wątpliwość, jakoby była gorzej przez Opal traktowana, skoro sama tak nakazuje siebie nazywać, ale z drugiej strony... nie zaprzecza to byciu tu tylko służącą. Ale nie ciągnął już tej myśli w dialogu, bowiem akcja pod arsenałem Sophie zaczęła się i trwa w najlepsze...


Szept, w podobnej barwie głosu do właścicielki browninga, dotarł jego uszu i wywołał niemałe zdziwienie, acz krótkotrwałe. Nie miał pewności, że nie był tylko wymysłem jego umysłu, a ona nie pogrywa z nim przez telepatię. Za taki czyn zdecydowanie by się odegrał, bowiem nie jest królikiem doświadczalnym by w pokłady jego głowy, tak bezkarnie, skierować uczynne spojrzenie. ">>Ufaj mi?<< Twoje niedoczekanie. Póki co, tylko cię obserwuję, działaczko.
Działaczko. To trafne określenie - uznał wraz z trzaskiem drzwi i wymierzeniem pistoletu w przybyłych.
"Zdecydowanie możesz być przywódczynią... powinnaś! Nawet, gdy nią nie jesteś. Już cię lubię."
Przestał obejmować Shade i odłożył cichutko filiżankę na stolik, robiąc na nim troszkę miejsca. Wytężył wzrok w wycelowaną w kierunku krzykliwych osobników broń, pragnąć zdążyć z czasem; zdążyć, nim kula sięgnie któregokolwiek. Bo na przypomnienie Sophie, że nie będzie po niej sprzątał krwi, nie miał jeszcze sposobności.

...Patrzył - o ile Opal nie przerwała tego przedstawienia - i nie wierzył własnym oczom, gdy jeden z nich wywala się na podłodze, a drugi zgrywa lepszego. Debile, stwierdził z niesmakiem, myśląc, czy warto pokazywać im moc czasu. Wszakże, prosi o zaufanie, a do Zegarmistrza lufą nie mierzy.
- Najwyraźniej cyrk przyszedł... - Wyszeptał w stronę kobiet, kiedy głuche uderzenie "komika" miałoby się rozlegać po pomieszczeniu.
Opowieść o byciu wysłannikami MORII przypadłaby do gustu Amonowi. Nie miał tej organizacji za wroga numer jeden - i z nimi współpracę mógłby podjąć, w końcu jest zbieraczem informacji, a na te zawsze znajdzie się kupiec. Oczywiście, współpraca nie równa się wierności i oddaniu.
A jeśliby do zbrodni akcja zmierzała; jeśliby dłoń brunetki zdecydowany ruch miała wykonać; jeśliby wiedział z całym przekonaniem, że to ten właśnie moment... W momencie strzału, czas stanie dla wszystkich poza Zegarmistrzem w miejscu, za sprawą jego dwóch zegarów.

Soph - 8 Styczeń 2015, 00:43

W domku
Za pozwoleniem Sofii, by ją pominąć w kolejce (to zdecydowanie zabrzmiało za bardzo jak dedykacja XD)

Zawsze sądziła, że komend typu: “pod ścianę”, “ręce do góry”, “stój, bo strzelam” czy “lotnik kryj się” nie da się nie zrozumieć. Najwyraźniej przez całe swoje 5-letnie, bojowe życie była w błędzie. Znaczy, a i owszem, Kapelusznik ogarnął, niemniej chyba oglądał jeszcze za mało ludzkiej telewizji, by zrozumieć, że taki rozkaz nie znosi się po chwili sam, jak ograniczenie prędkości po minięciu utwardzanego skrzyżowania! Szpila bólu przeniknęła mózg Akrobatki i ręce obejmujące pistolet poczęły niemal niedostrzegalnie drżeć - niemniej jej palce jakby zesztywniały z dala od spustu. Kobieta pozwoliła Kapelusznikowi wykonać dziwny, poplątany taniec - wszak od chwili wycelowania w nowych gości sukcesywnie cofała się ku ścianie za plecami - sama zaś walczyła wewnętrznie z Folly, która przejęła władzę nad rękami Bugs - na razie tylko rękami. Z tego też powodu czerwonooki Coen Lynch miał czas wypluć swoją dzienną dawkę jadu w kierunku MORII..

- Jak rozumiem, chcesz zrobić z tego pociesznego idioty ser szwajcarski?
- Tak
- odwarknęła - zła Sophie to głodna Sophie.
- Przypomnij mi, jakie naboje masz w tym magazynku?
- Wystarczające, by zrobiły dziurkę i wyleciały: potem mogę ich użyć jako śrutu.
- Nie strzelaj do niego.
- Po raz pierwszy Akrobatka słyszała w głosie drugiej jaźni jakby nutkę prośby miast zwykłej zjadliwości. - Przyda Ci się, darling. Na przykład w rozpoczynaniu akcji dywersyjnych. No przyznaj, że uwagę odwróci idealnie.
Również po raz pierwszy to Sophie była tą mądrzejszą i, przede wszystkim, tą, która miała ostatnie słowo:
- Ale Ty wiesz, że ta Twoja pożal-się-zabawka-od-sabotażu będzie pewnie jednorazowa, nie?

Wtedy też Bugs odzyskała całkowitą kontrolę nad swoim ciałem i pociągnęła za spust.
W tym też momencie wtrąci się z zatrzymaniem czasu Aaron, taka jak zaznaczał, więc następny post winien zostać napisany przez niego.

Skręciła jednak lekko, niby w ostatniej chwili, nadgarstek i kula zamiast przeszyć kłopotliwego, leżącego właśnie plackiem na podłodze Kapelusznika, trafiła z ogromnym hukiem, w obłoku pyłu i skruszonego tynku - cholercia, kto to będzie sprzątał? - w ścianę pomiędzy głową Coena Lyncha a Kapelusznika Samobójcy. Dziura, która tam widniała była odpowiednia dla .357 Magnum, naboju, który z łatwością radził sobie z blachą samochodową i szybami kuloodpornymi, i którego w magazynku Sophie pozostało jeszcze 12 sztuk.
- Mówię tylko ja, panie Lunch - oświadczyła, cedząc powoli słowa. - I mówię, że za waszą dwójkę czeka mnie awans. Zegarmistrzu, zatrzymaj, proszę, ponownie czas i zwiąż naszych milusińskich.
Panowie mają pewnie chwilę na reakcję - moment po wystrzale jeśli nie ogłuchli lub nie zeszli z przerażenia, podczas mowy kobiety, czy zanim Lunatyk ruszy zegarami i będzie po wszystkim - cóż jednak z tego, skoro Akrobatka nieustannie trzyma ich na muszce?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group