To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Klinika - Sala operacyjna

Thorn - 14 Listopad 2017, 22:22

Na twarzy Arystokraty wciąż widniał uprzejmy uśmiech. Cieszył się, że mógł porozmawiać z Anomanderem na tak różne tematy. Nie co dzień spotyka się osobę z wiedzą nieskupioną na jednej dziedzinie.
- Nie znam się co prawda na psach. - przyznał - Jednak jestem pod wrażeniem. Widziałem psa w Recepcji. Wyglądał na niebezpieczne stworzenie lecz bez wątpienia również i bezgranicznie posłuszne. - skinął głową.
Przypomniało mu się, jak kiedyś, będąc małym gnojkiem poprosił Mamę o zwierzątko. Pamiętał, że Matka zignorowała pytanie co chłopiec odebrał za przyzwolenie. Przyniósł do domu Avi, niewielkiego, wesołego ptaszka. Cieszył się, że będzie miał Przyjaciela...
To Matka powiedziała mu, że już nie zobaczy swojego malucha. Wyjaśniła, że ptaszek uciekł ale... Dziadek patrzył na kolacji z taką dziką satysfakcją na swojego Wnuka i to, że chłopiec siedzi smutny.
Po latach, Thorn nie odbierał tego jako traumę. Przekuł swoją słabość w siłę. Nie przywiązywał się do stworzeń, ich życia były zbyt ulotne. Jako istota żyjąca setki lat obserwował śmierć znajomych mu osób. Umierali ze starości w momencie gdy ich niegdyś rówieśnik nadal był młodzieńcem.
Anomander zainteresował rogatego gdy wspomniał o Demonach w Świecie Ludzi. Thorn powstrzymał się od komentarza - chciał powiedzieć, że to przecież niedorzeczne. Dlaczego istoty z rogami są od razu uważane za złe?
Był wdzięczny za informację o tym, że w Bibliotece znajdzie książki traktujące o Diabłach. Postanowił, że gdy się tam znajdzie poczyta o nich nieco więcej. Ciekawiło go jakie spojrzenie na Zło mieli Ludzie... stworzenia, które przecież jako pierwsze zaatakowały równoległy świat, Krainę Luster.
Kiedy Dyrektor znowu wyszedł, Thorn usiadł ostrożnie na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Czuł narastający niepokój, dlatego chciał się czymś zająć, by nie myśleć o... Strachu.
Czuł, że jego ciało zaczyna nienaturalnie szybko reagować. Nerwowo. Gdy tak siedział, poruszał delikatnie palcami u stóp w butach i pocierał o siebie palce dłoni, jakby go ręce świerzbiły.
Co miał o tym wszystkim myśleć? Przecież nie znał się na medycynie, na pewno nie na Ludzkiej. Wszystkie te terminy, skróty określające badania były mu obce. Dodatkowo, nigdy wcześniej nie korzystał z pomocy Medyków poza tymi, których rekrutowała Armia. A leczenie według Medyków Armii bardzo różniło się od tej tutaj, Thorn mógł to stwierdzić już po kilku minutach rozmowy ze skrzydlatym. W Koszarach nikt nie tłumaczył mu co mu podaje, czym sparuje.
Inaczej leczyła go Julia. Przez ten bardzo krótki czas kiedy go odwiedzała, miała do czynienia z jego ranami. Krwawił normalnie jak każda inna żywa istota ale ona używała mocy do łatania go. Było to bezbolesne i szybkie ale i tak Upiorny rzadko kiedy prosił o pomoc - nie chciał by poczuła się wykorzystywana.
Westchnął patrząc w bok. Pokój był dość przestronny i bogato urządzony. Może nawet za bogato... ale czy ktoś, kto nie ma pojęcia o wyposażeniu Szpitala może oceniać jego wnętrze? Thorn zauważył przy łóżku kilka książek. Chciał po nie sięgnąć ale przypomniał sobie o tym co powiedział Dyrektor - to, że aktualnie nie czuł bólu w plecach, nie oznaczało, że został wyleczony. Powstrzymał więc ciekawość i przeniósł wzrok na drzwi, które dosłownie po kilku sekundach otworzyły się. Do pokoju wszedł Anomander, prowadząc przed sobą fotel na kółkach.
Gdy usłyszał słowa mężczyzny, parsknął szczerym, melodyjnym śmiechem. Szybko uniósł do ust dłoń, by kulturalnie je zakryć, ale nie mógł powstrzymać śmiechu. Rozładowało to atmosferę, chociaż rogaty śmiał się trochę nerwowo.
Z pomocą skrzydlatego usiadł na fotelu i ze śmiechem opuścili pomieszczenie. Aeron wyciągnął przed siebie swoją laskę, udając że jest ona wspomnianą przez Medyka lancą.
- Nigdy nie byłem mistrzem, we władaniu lancą, ale na tym rumaku czuję, że mogę podbijać w pojedynkę całe kraje! - zaśmiał się zerkając w tył na niebieskookiego.
Ta krótka chwila kiedy razem mogli pożartować w jakiś sposób zbliżyła do siebie dwóch Szlachciców. Widać, że nie tylko Thorn zrezygnował z Gry. Vaele zwyczajnie nie miał już siły udawać, bawić się w dobieranie słów. Trafił na wyrozumiałego rozmówcę i... chyba się polubili.
W czasie drogi dyskretnie rozglądał się na boki. Wszystko tutaj było takie eleganckie i urządzone ze smakiem. Arystokrata czuł się dobrze w budynkach urządzonych w praktyczny ale i piękny sposób. Wnętrze Kliniki momentami przypominało jego Rezydencję, chociaż tutaj kolory były jaśniejsze, cieplejsze. On, Upiorny Arystokrata wolał ciemniejsze kolory ale można to zwalić na przyzwyczajenie. Zawsze mieszkał w mrocznym zamczysku, potwierdzając stereotyp, że Upiorni są z natury mroczni.
Śmiał się co chwilę z tego, jak musieli razem wyglądać. Anomander napędzający fotel na którym siedział rozebrany do pasa rogaty rycerz z laską robiącą mu za lancę. Brakowało jeszcze by co chwilę pokrzykiwali: "Do boju!"
Mina zrzedła mu momentalnie gdy wjechali do sali, w której centrum był szpitalny stół. Zapach nieznanych chemikaliów uderzył go mocno w nozdrza, może dlatego, że pierwszy raz czuł coś pachnącego w ten sposób. Przejechali jednak dalej, do sąsiedniego pomieszczenia z podobnym stołem.
Skrzydlaty podprowadził fotel z siedzącym na nim Aeronem do owego stolika po czym sam opuścił na chwilę pomieszczenie. Vaele zaczął się denerwować. Odwrócił szybko wzrok, patrząc za Dyrektorem. Jego mina jednak nie zdradzała jeszcze Strachu.
Pilnował się. I to bardzo. A to pożerało lwią część jego energii. Nie mógł dopuścić do tego, by stres przerodził się w Strach. Jego bał się najbardziej. Bał się paraliżu, jaki go wtedy ogarniał, bał się tego, że zdradzi, że wcale nie jest niczym Skała. Że i on potrafi czuć i odczuwa również i Strach.
Gdy usłyszał głośny ryk jakiejś dziwacznej maszynerii, aż podskoczył w fotelu i podparł się na łokciach, zaciskając mocno dłonie na oparciach. Aż mu pobielały kostki.
Otworzył szerzej oczy lecz gdy pan van Vyvern do niego wyszedł, odetchnął cicho z ulgą. Przy nim czuł się... pewniej? Ten skrzydlaty, sympatyczny typ zyskał jego zaufanie.
Tłumaczenie co tak warczy i skąd nagle w pomieszczeniu pojawiło się światło, nie pomogło. Thorn co prawda kiwnął głową, ale nic nie powiedział. Osoby mu bliskie, które go znały, już teraz zgadłyby, że młody Vaele mocno się stresuje.
Rogaty wstał gdy Anomander o to poprosił. Nie usiadł jednak a znowu powiódł wzrokiem za Lekarzem. Patrzył mu na ręce, jego własne lekko dygotały ale krył je za tułowiem, by niebieskooki tego nie zauważył.
Szeroko otwartymi oczami obserwował poczynania czarnowłosego. Miał zaciśnięte w szparkę usta i ciężko przełykał ślinę, której zaczęło dziwnie brakować.
Mężczyznę powoli ogarniała panika. To pomieszczenie... było takie... obce.
Nie zdążył zatrzymać Medyka bo nagle zabrakło mu języka w gębie. Patrzył tylko jak tamten znika w małym, przylegającym pomieszczeniu. Jego brwi powędrowały w górę, zdradzając, że wielkimi krokami zbliża się to, czego Gwardzista obawiał się najbardziej - Strach.
Gdy nagle stół został oświetlony, Thorn prawie krzyknął. Szybko jednak powstrzymał odruch i z jego ust wydostał się tylko głośniejszy, potwierdzający zaskoczenie wdech.
Tego było za wiele. Ten stół... Ta świecąca gruszka... Metalowa blacha... Klisza? Warkot aparatury...
Mężczyzna patrząc przerażonym wzrokiem na stół cofnął się i nie zatrzymał się, dopóki nie opuścił pokoju, dopóki nie znalazł się w tym jaśniejszym, przez który przejeżdżali.
Jego oddech przyspieszył a ruchy stały się nerwowe. Zaczął w panice rozglądać się na boki, przerzucając głowę z jednego boku na drugi. Poczuł jak jego ciało ogarnia paraliż. Ten specyficzny typ odrętwienia, związany ze Strachem. Ten typ, którego Thorn tak bardzo się bał.
Jego dłonie, opuszczone wzdłuż ciała a jednak odrobinę rozłożone na boki, zaczęły poruszać się, jak gdyby wygrywał na niewidzialnym fortepianie wyjątkowo trudny utwór.
Wszystkie metalowe przedmioty, czy to instrumenty medyczne czy stoliki, zaczęły dygotać. Po pokoju niósł się metaliczny dźwięk uderzających o siebie szczypiec, nożyczek czy noży. Przedmioty w szafkach również o siebie uderzały, delikatnie a jednak wystarczająco by sprawiać wrażenie jakby meble miały za szybami rój srebrnych owadów.
Z lekko otwartych ust Arystokraty wydobył się jęk zniekształcony przez wydech.
- N-nie chcę tu być... To za dużo... - zaczął powtarzać na głos, jak mantrę - N-nie rozumiem... Nic nie rozumiem! - jego ręce dygotały a klatka piersiowa unosiła się szybko, pompując do odrętwiałego ze Strachu ciała rogatego powietrze.
Szukał wzrokiem Anomandera. Wiedział, gdzie jest skrzydlaty ale... chciał by tu przyszedł. By mu wszystko wyjaśnił. Pokazał. Powoli... Nie tak szybko!
Na twarzy Upiornego wymalował się ból. Tak bardzo nie chciał zdradzić, że się boi. Tak bardzo nienawidził Strachu...
Wystraszony Upiorny, to niebezpieczny Upiorny. A już zwłaszcza Aeron Vaele. Ten... który tak bardzo bał się bać.

Anomander - 15 Listopad 2017, 04:58

Anomander krzątał się po niewielkiej salce, która jednocześnie była sterówką RTG. Wszystkie kontrolki świeciły się ładnym, uspokajającym zielonym światłem. Generalnie wszystko było już gotowe do wykonania prześwietlenia. Klisza na miejscu, pomieszczenie przyciemnione, zasilanie działało, aparat był sprawny, tylko pacjenta nie było. Skrzydlaty dał by sobie głowę uciąć przy samej swojej diabelskiej rzyci, że sadzał Ciernia na stole. Wszedł tylko na chwilę do kantorka i „pufff” Pacjent zniknął jak sen jaki złoty, nawet smrodu po sobie nie zostawiając.
- Co jest? – pomyślał gdy usłyszał brzęki z Sali operacyjnej.
Rozumiał, że okazja czyni złodzieja a Aeron może być kleptomanem, ale żeby aż tak bezecnym i bezceremonialnym?
Skrzydlaty pokręcił głową i wyszedł z pomieszczenia sterowniczego.
Dźwięk zdecydowanie się nasilił. Wyglądało na to że Cierń, z prędkością Diabła Tasmańskiego znanego skrzydlatemu z kreskówek, które kiedyś oglądał z dziećmi, plądruje salę operacyjną.
A to ci heca! Bezecnik jeden. – Anomander uśmiechnął się do swoich myśli. Toż to zachowanie było iście paradne. Jego rubaszna przaśność przebijała nawet podejście do jakiegoś mężczyzny, zapytanie o godzinę, a gdy ten spojrzy na zegarek przyładowanie mu kopa w klejnoty rodowe znane również jako nabiał. To było coś jak narobienie komuś na wycieraczkę, zadzwonienie do drzwi i poproszenie o papier. Na tyle bezczelne, że aż śmieszne.
Anomander wziął się pod boki i wyszedł z sali chcąc zaskoczyć bezecnika, ale to co zobaczył przerosło jego oczekiwania.
Mężczyzna stał przy stole operacyjnym i wyglądał na wystraszonego. Mało, że wystraszonego. Wyglądał na spłoszonego. Dokładniej rzecz biorąc spłoszonego niemal na śmierć. Cały czas bełkotał coś co można było odczytać jako komunikat, że nie chce tu być, nie rozumie i to zbyt wiele.
- Spokojnie – powiedział do niego - Uspokój się. Wszystko będzie dobrze, ale nie możesz panikować.
Mówił głosem spokojnym ale zdecydowanym. Podobnie jak mówi się do konia.
Rozejrzał się po sali operacyjnej. Brzęczenie i drganie narzędzi metalowych było ewidentnie powodowanie przez arystokratę. Zatem potrafił kontrolować metal lub posługiwał się telekinezą. Wynik szybkiej obserwacji uzupełniła jeszcze jedna rzecz, przedmioty nie metalowe takie jak opakowania, strzykawki, szklane probówki i reszta, nie reagowały. Zatem musiało chodzić o metal. Skrzydlaty czuł że nawet jego guziki zaczynają wibrować.
Nie było na co czekać.
Aeron odpłynął w świat własnych koszmarów i trzeba było działać by go z nich wyrwać.
Podszedł szybko do szafki z lekami i wyjął z niej dziesięciomililitrowa ampułkę diazepamu i małą strzykawkę z dwoma igłami. Wprawnym ruchem wbił pierwsza igłę i pobrał prawie 3 ml płynu. Zmienił igłę i podszedł do Ciernia. Zastanawiał się, na ile moc ta jest w stanie zatrzymać lub spowolnić wbicie igły w ciało. W sumie, i tak musiał to zrobić, Aeron wyraźnie stracił panowanie nad sobą i swoim ciałem.
Nie było czasu na szukanie żyły. Zastrzyk musiał wykonać szybko i pewnie. Pozostawała zatem metoda intramusculare, czyli domięśniowa. Wiedział, że lek zadziała wolniej niż przy intravenosus, czyli iniekcji dożylnej. Ale jak miał w tej chwili dobrać się do żyły? Odruchowo sprawdził grubość igły. Różowa. Powinna wytrzymać
Popatrzył na bredzącego i trzęsącego się chłopaka.
- Uspokój się. Nic złego się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Za chwilę zrobię ci zastrzyk – powiedział podchodząc powoli - Spokojnie Aeron. Wszystko jest dobrze.
Nie maił dostępu do pośladka. We wkłuciu w udo przeszkadzały spodnie. Pozostawał tors i dobrze wyeksponowane ramiona. Celował w mięsień naramienny, 3 palce poniżej wyrostka barkowego łopatki.
Ruch był szybki i sprawny. Jak przy szczepieniu dzikich wielkich kotów. Jeśli nie chcesz stracić łapy, rób to szybko. Skoro już o kotach mowa, to Anomander musiał przyznać, że podchodzenie do Aerona, gdy ten znajduje się w tym dziwnym stanie paniki jest jak lizanie lwa po jajach. Ani przyjemne ani bezpieczne. Tym bardziej, że zagrożenie jeszcze nie minęło.
- Patrz na mnie chłopcze. Wszystko jest w porządku. Nic się nie dzieje. – powiedział łapiąc go za ramiona i spoglądając głeboko w oczy.
Szkoda, że Anomander nie wiedział jakież to może być niebezpieczne.

Thorn - 15 Listopad 2017, 14:27

Pokój stał się nagle za mały. Duszny...
Dziwna maszyneria klekotała głośno, wwiercając się w głowę przestraszonego Aerona Vaele, walczącego nie dość że z własnym Strachem to jeszcze z chęcią ucieczki.
Nigdy nie uważał się za tchórzliwego. Ba, był odważny, nie bał się ryzykować życiem. Niejednokrotnie podejmował się misji które z góry były nazwane samobójczymi. Igrał ze śmiercią i za każdym razem gdy się jej wywinął czuł chorą satysfakcję. Że po raz kolejny się udało i wróci do siebie silniejszy o nową wiedzę i doświadczenia.
Ale jak być odważnym, gdy nie rozumiesz co się wokół dzieje? Gdy warkot mechanizmu jest ci obcy i nie wiesz co oznacza. Gdy dziwaczna gruszka wydziela światło, dyndając u sufitu na sznurku. Gdy masz położyć się na stole w którą wsunięto... blachę.
Thorn rozglądał się na boki bo widział co się dzieje z wszystkimi metalowymi przedmiotami. Wiedział, że to za jego sprawką się poruszają, stukają o siebie wydając brzdęknięcia. Robiły to delikatnie a jednak w pokoju utrzymywał się harmider.
Mięśnie potężnych ramion napinały się gdy wygrywał palcami utwór na niewidzialnym fortepianie, wprawiając w ruch metalowe przedmioty. Nie mógł się jednak powstrzymać. Wiedział, że robi źle ale to co miało we władaniu jego ciało, było silniejsze.
Dygotał ze strachu bo choć nie był wcale najsilniejszy, jego obezwładniał o wiele szybciej. Nie dopuszczał nigdy do siebie myśli, że może się bać, a jeśli już mu się to zdarzało, zamykał się w pokoju, w Rezydencji i tam przeczekiwał te dziwaczne... ataki.
Nie pojmował tego co go otaczało. Może był za głupi, może to kwestia zmęczenia ale czuł się w tej chwili jak Bestia w przyciasnej klatce. Która dodatkowo z każdą chwilą zacieśniała się wokół jego ciała.
Gdy w pomieszczeniu pojawił się Anomander, rogaty początkowo wypuścił powietrze z ulgą ale w kolejnej chwili poczuł jak Strach atakuje ze zdwojoną siłą, wykorzystując lukę w Murze Upiornego. Zacisnął mocno zęby, szczerząc je i krzywiąc się, jakby samo stanie i odczuwanie stresu powodowało ogromny ból.
Wstyd... Dyrektor placówki cię widzi. Słaby, plugawy Bękarcie. Największy błędzie. Dziecię Kłamstwa. Książę Kłamstwa! Wstyd!
Szeroko otwartymi oczyma obserwował skrzydlatego ale jego wzrok był rozbiegany. Nie mógł się skupić na dłużej na jednym przedmiocie. Zobaczył, że Anomander coś wyjmuje, coś... napełnia?
Cofnął się patrząc na niego z niedowierzaniem, gdy ten ruszył ku niemu ze strzykawką.
- Nie rozumiem... Nic nie rozumiem! - powiedział z wyrzutem - Jak zobaczysz me wnętrze... Jak chcesz mnie leczyć? - cały czas cofał się i zatrzymał dopiero jak natrafił na jakąkolwiek przeszkodę. Nie dbał jednak czy to ściana czy szafka, nie to było teraz ważne.
Gdy Anomander w jego oczach zmienił twarz na znajome, znienawidzone lico Starego Vaele, Thorn potrząsnął gwałtownie głową i warknął. Gdy ponownie na niego spojrzał, widział na powrót Dyrektora ale ten zbliżał się. Osaczał go. Odcinał drogę ucieczki!
- Zastrzyk?! - wyrzucił krzywiąc twarz w grymasie bólu - Po co... Nie pojmuję... Dlaczego!
Nie było miejsca na odskok. Thorn chciał się stąd wyrwać ale gdzieś w głębi umysłu widniał komunikat: "On nie zrobi ci krzywdy." Dosłownie jakby słowa Anomandera wryły się Aeronowi tak mocno, że nawet sparaliżowany przez Strach do końca wierzył, że skrzydlaty jednak nie będzie próbował sztuczek.
Przecież... byli podobni. Dogadali się, nawet razem się śmiali.
Nie, Thorn nie należał do przesadnie ufnych ale też nie skreślał nikogo na podstawie jednego zachowania. Był bardzo tolerancyjny. Dla wszystkich...tylko nie dla siebie. I swoich Słabości.
Podniósł trzęsące się ręce i chwycił się za boki głowy. Walczył sam ze sobą i swoim największym Wrogiem, Lękiem. Zamknął oczy, szczerząc jednocześnie zęby.
I właśnie wtedy poczuł ukłucie. Niczym ugryzienie komara, nic wielkiego. A potem ciepłe dłonie na własnych ramionach.
Otworzył oczy i nie odejmując rąk od głowy, spojrzał na niego z takim zaskoczeniem, jakby zobaczył Demona. Jego twarz wygładziła się, usta pozostały lekko otwarte. Metalowe przedmioty, dotąd pobrzękujące i poruszające się na swych miejscach nagle znieruchomiały a w sali zapadła ciężka cisza.
Aeron patrzył szeroko otwartymi oczyma w lodowe oczy Dyrektora. Widział w nich chłodny spokój, inteligencję i dobre chęci. Rogaty zamrugał szybko dwa razy.
Bez ostrzeżenia nagle chwycił jego głowę po bokach i przyciągnął mocniej do siebie. Jego twardówki zaszły intensywną czernią, zmieniły się w dwie studnie na których dnie kusiły jeziorka tęczy. Oparł swoje czoło o czoło niebieskookiego, zmniejszając dystans i tym samym nie dając mu możliwości wyrwania się spod działania jego mocy.
- Pokaż mi. - powiedział, jakby chciał odczytać jego myśli. Nie posiadał jednak mocy Czytania w Umysłach a jedynie wykorzystywania największych traum i przechwyconych wspomnień do torturowania adwersarza. Poznawał je tylko po to by pokazać je przeciwnikowi po raz kolejny, ze zwiększoną intensywnością.
Miał go. Złapał. Teraz mógł z nim zrobić wszystko - zgnębić, zasypać jego własnymi, najgorszymi wspomnieniami. Rozdrapać stare rany. Rozjątrzyć je.
Przekrzywił lekko głowę w bok, jakby tym ruchem miał wwiercić się głębiej by szybciej i lepiej poznać Echa jego Przeszłości. Skupił się by dokopać się do tego najbardziej bolesnego a gdy już złapał je niczym kot upragnioną zdobycz, uderzył nim w Umysł Anomandera, wkładając w to cały swój Strach i Wstyd.
Nie chciał go niszczyć. Chciał oddać mu swój ból. Oddać mu Lęk. Sprawić... by i on, solidarnie, poczuł się tak jak Aeron. Zobaczył czym jest niewiedza i bezsilność.
By poczuł jak to jest przeżywać znowu to samo, nie mogąc nic zmienić.

Anomander - 15 Listopad 2017, 19:40

Anomander, jak sam przyznawał, był Holendrem. Lubił drewniane galeony, sery i wiatraki. Co prawda od tulipanów wolał róże, ale on nigdy nie był „statystycznym” mieszkańcem Niderlandów. Był tolerancyjny aż do przesady, starał się być uprzejmy i miły a przede wszystkim był dumny z faktu, że na jego państwo ciągle jest monarchią. Jednak w głębi duszy Anomander był Polakiem. Albowiem kiedy Cierń złapał go za głowę, przysuwając się bliżej dla lepszego kontaktu, pierwsze co pomyślał skrzydlaty to O kurwa … .
Widział jak twardówki Aerona zmieniają kolor z białego na czarny. Widział tęczowe oczy zbliżające się do jego oczu, a później nie widział już nic.
Zatonął w świecie koszmarów i bólu.
Obrazy pojawiały się jak szalone. Wiły się niczym węże. Ich ruch był straszny i nieuchronny. Wypływały przed oczy, skakały aby zaprezentować się a następnie odpełznąć w dal umysłu pozostawiając za sobą głębokie bruzdy.
Co widział Aeron Vale?
Najpierw pojawiła się twarz Pięknej kobiety o uśmiechu anioła. Ostry błysk. Ciemność. Twarz człowieka w dziwnej czapce, który coś mówi ale z ruchu ust nie da się wyczytać co. Migające światła w barwie błękitu i czerwieni. Następnie rzeźba płaczącej skrzydlatej istoty z czerwonymi różami leżącą przed nią. Zobaczył siedzącego mężczyznę . Człowiek ten przebywał w jakimś pomieszczeniu. Głowę ukrył w dłoniach a jego plecami wstrząsał szloch. Następnie małe miasto wśród lasów położone po dwóch stronach rzeczki. Szedł jego pustymi, starymi ulicami . Było inne niż kraina luster. Domy były wyraźnie stare i zniszczone. Szedł przed siebie a obraz się zacierał by w jednej chwili ukazać mu zapewne tę samą ulicę wiele lat później . Nie było starych domów. Były światła jakby małych wielobarwnych słońc i setki pędzących przed siebie ludzi i dziwnych machin. Widok znów się zmienił. Widział panoramę miasteczka a raczej metropolii, którą się stało. To był zupełnie inny świat. Szklane domy. Wielkie. Niebosiężne. Pełne świecących małych punktów. Kolejny obraz. Dziwny budynek pusty i pozbawiony wszelkiej świętości. Krzesło i fortepian stojące w pomieszczeniu. Puste i niszczejące. Wielka sala z oknami , która kiedyś mogła być salą balową lub olbrzymim salonem teraz stała pusta i zniszczona. W innym pokoju, zniszczonym i brudnym stały dwa puste siedziska. Krzesło i fotel. Próżno czekały na właścicieli.
Późniejsze obrazy były chaotyczne. Czarna noc, skrzydlaty mężczyzna sam w pustym polu pod gwiazdami, widok pękającej skóry spod której wyłaniały się błękitne łuski i w końcu rycząca błękitna bestia przypominająca smoka. Na koniec zobaczył wielki gadzi łeb patrzący mu prosto w oczy z odbicia w tafli wody. Bestia ryczała z otwartą paszczą pełną ostrych jak sztylety kłów, a z jej oczu wyczytać było można, że jest sama. Ostatnia na tym świecie.
Co widział Anomander?
Jago ukochana Anna-Klara. Znowu uśmiechnięta. Znowu szczęśliwa z kolejnego spędzonego razem dnia. Błysk. Twarz policjanta. Chyba nazywał się Otto. Chłopaka wysłali by go poinformował o jego prywatnym końcu świata. Strach. Niepewność jutra. Ból. Światła karetek pogotowia i policji migają w oszalałym tańcu. Nie ma ich … . Nie ma …. . Kolejny obraz. Grób Anny – Klary i Zoe. Anioł, wsparty na ramieniu płacze, ale on sam już nie ma siły płakać. Ból. Smutek. Samotność. Bezsilność. Wyjechał z Holandii. Chciał zrobić coś, by się oderwać od rzeczywistości, ale gdzie się nie ruszył, gdzie nie uciekł, tam samotność smutek mu towarzyszyły, niczym dwaj nieodłączni przyjaciele. Zobaczył siebie siedzącego w pokoju. Nie pamiętał już gdzie to było. Stany? Japonia? A może Sydney? Myślał by z sobą skończyć. Czemu tego nie zrobił? Znowu przyszło to uczucie. Bezradność, samotność, ból rozrywający jaźń. Kolejny błysk i przeskok do nowego obrazu. Panorama Dinan, urokliwego miasta we Francji. Tu się poznali. Ona piękna i oczytana, zainteresowana malarstwem studentka z Paryża i on, student weterynarii z Amsterdamu. Była taka piękna… Taka dobra … Szedł pustymi ulicami ciągle mając nadzieję na to co nie możliwe. Podszedł do restauracji gdzie jedli naleśniki. Restauracji już nie było. Czemu tu przyjechał? Może w chorym widzie, marzył i wierzył, że Ona tu będzie? Ból rozdzierał mu serce. Świat utracił sens razem z jej śmiercią. Był pusty i czarno-biały. Tortury zdawały się nie mieć końca. Miasto była wymarłe. Jego starodawne uliczki, zawsze tętniące życiem i gwarem teraz były puste i smutne. To już nie było ich Dinan. Szedł dalej i nim się zorientował sceneria się zmieniła. Był na Manhattanie w Nowym Jorku. Kolorowe bilbordy reklamowe, światła samochodów i ci wszyscy ludzie spieszący się gdzieś w swoim ślepym pędzie. Przechodnie go potrącali i przepychali, gdy szedł z wolna w swoją stronę. Traktowali go tak, jakby nie istniał. Był duchem. Ból samotności nasilił się jeszcze. Kolejny przeskok. Jak wiele jeszcze? Nie miał już siły. Nie miał ochoty żyć. Tym razem panorama Manhattanu o zmierzchu. Nawet to go nie cieszyło. Obiecywali sobie zawsze, że pojadą tam na wycieczkę. A teraz? Teraz jest tu sam, goniąc za swoimi marzeniami i złudzeniami jak szaleniec z niesionym przez wiatr piórem. Zapadła ciemność. Czy to koniec? Nie odpowiada ból z mściwą satysfakcją, to dopiero początek. Z wolna rozjaśnia się obraz. Widzi kościół. Nie ma w nim Boga. Nie ma świętości ani przedmiotów kultu. Zrujnowana bryła pełna zepsucia i pleśni. Uczucie utraty części siebie, palący żal, beznadzieja i bezsilność. Oraz złość, na obojętność nieboskłonu. Gdzie jesteś Anno? Wrzeszczy w kościele a ściany odbijają jego głos jakby z szyderstwem i zwierzęcą nutą. Obraz się zmienił. Stoi w salonie. Duma jego domu, fortepian Steinway niszczeje. Nie ma kto na nim grać. On nie ma na to siły ani chęci a Anny już nie ma. „Nie ma” powtarza pustka z krzesła. „Nie ma” powtarzają czarne i białe klawisze pokryte kurzem. Ano tak, nie ma i nie będzie. Patrzy na salę balową. Ongiś piękną i pełną światła, a teraz pustą i szarą. Na gwiazdkę nie stawia już choinki. Bo i po co? Nie ma nikogo. Został sam. Sam jak palec. Ból i smutek to nieodłączni towarzysze jego życia. Nie pamięta już kiedy ostatnio się śmiał. Wszedł do pokoju dziecięcego gdzie spała Zoe. Pusty fotel i puste krzesło. Puste łóżeczko. Nie ma ich. Wyje z bólu i żalu. Wyje jak oszalałe zwierzę. Raptowne szarpnięcie i ciemność. To kolejny obraz. Czarna noc i on, skrzydlaty mężczyzna sam w pustym polu pod gwiazdami. Jest sam i zostanie sam. Taka już właśnie jest sprawiedliwość niebiańska. Ktoś może powie, że nie on jeden utracił bliskich, ale dla niego nie ma to znaczenia. Ból go zaślepia. Ludzie mu obrzydli. Pragnie ich zabijać. Pragnie szarpać mięso i rozrywać ciała. Niech cierpią tak jak on! Odbierze rodzicom dzieci, mężom żony, żonom mężów. Niech poznają sprawiedliwość niebiańska. Ból, wściekłość a ponad wszystko żal tętnią w jego krwi i wypełniają serce oraz rozum. Skóra pęka i przepełnia go ból. Ból straszny, bo i psychiczny i fizyczny. Zmienia się umysł. Odchodzą uczucia dobra i radości. Zostaje żądza mordu i łaknienie krwi. Odpadają od ciała płaty skóry i strzępy mięsa. Wydobywają się błękitne łuski. Nadeszła rycząca błękitna bestia przypominająca smoka. Wyszła z jego ciała. Czy jest demonem? Czy został potępiony? Jeśli tak, to za co? Za utratę Anny i swoich dzieci? Zatem będzie siał spustoszenie. Będzie zabijał dla zabawy. Pragnie krwi. Pragnie mordu. Podchodzi do sadzawki pełnej wody. Nie jest już sobą. Zobaczył wielki gadzi łeb patrzący mu prosto w oczy z odbicia w tafli wody. Annie Klarze by się spodobał. Ona lubiła opowiadać dzieciom bajki o bajecznych krainach i istotach. Anno … Anno … Wróć do mnie … nie zostawiaj mnie … BŁAGAM CIĘ! ANNO! Ale Anny już nie było. Został sam.
Ból i smutek znowu zalały go falą dławiąc wszelkie postrzeganie.
- Jak długo jeszcze … mam już dość …
Bestia w jego wnętrzu też cierpiała i chciała uciec. Wyrwać się na wolność.

Thorn - 15 Listopad 2017, 21:49

Gdyby ktoś zamierzał zapytać go za jakiś czas dlaczego zaatakował sympatycznego Dyrektora Kliniki, Anomandera van Vyverna, Thorn nie wiedziałby co odpowiedzieć. Prawdopodobnie stałby jak słup soli i uciekał wzrokiem. ale nie potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie.
Może działał instynktownie. Może nie do końca świadomie. Ale co się stało, to się nie odstanie.
Czarno-tęczowe oczy wwiercały się w lodowe spojrzenie skrzydlatego i jego mózg. Umysł Aerona rozdrapywał teraz niewidzialnymi łapskami Umysł Anomandera ale nie zaglądał do ran, póki nie wypłynęła z nich posoka w postaci ściskających za serce scen.
Wszystko co miał od tej pory zobaczyć złapany Opętaniec, miało go pognębić. Złamać. Sprawić, że jego Lęki i Żal odżyją na nowo. Uderzą ze zdwojoną, albo i potrojoną siłą.
Vaele przyciskał swoje czoło do czoła Medyka jakby wierzył, że przez ten fizyczny kontakt dwóch ciał dokopie się głębiej i poruszy Duszę skrzydlatego. Nie. Nie poruszy. Rozszarpie.
Rogaty zezował lekko ale nie porzucał kontaktu wzrokowego. Był on najważniejszy by utrzymać moc. By dokończyć napoczęte dzieło.
Poczuj to, co ja... Dezorientację... Strach... Wstyd... Wszystkie negatywne emocje, które w tej chwili targają mym ciałem! Przejmij moją nienawiść. Żal. Ból. Samotność. Gniew!
Oczywiście moc nie działała na zasadzie przesyłania emocji. Thorn nawet nie miał za bardzo wpływu na wygląd scen które przesyłał osobie. On jedynie pomagał w wyborze tych najboleśniejszych. Dodawał do nich więcej negatywnych emocji, intensyfikował i używał jak broni.
Ale nie przypuszczał, nawet nie śnił nigdy o tym co ujrzał gdy wdarł się do Umysłu Dyrektora Kliniki.
Kobieta. Mężczyzna. Czerwone i niebieskie światło.
Leżący na postumencie Anioł, chyba rzeźba. Płaczący mężczyzna... skąd Thorn wiedział, że ów płacze? Nie słyszał słów ani odgłosów zakodowanych w scenach - domyślił się tego po ruchu jego barków.
Mentalna, szponiasta łapa chwyciła to Wspomnienie i ścisnęła, niczym miękki owoc. Pierwsze bolesne wspomnienie, które należało podkręcić. Które w tej chwili było bronią Arystokraty.
Krajobraz, miły dla oka. Właściwie dlaczego taka scena wyciekła z Ran jakie zadał mocą? Przecież nie było w niej nic bolesnego... A przynajmniej nie dla Upiornego. Mimo wszystko zaatakował również i to wspomnienie. Przesłał Anomanderowi o wiele silniejsze emocje.
To co w następnej kolejności wydostało się z Umysłu Dyrektora tak mocno wstrząsnęło rogatym Szlachcicem, że używając mocy, będąc w tej chwili Panem Umysłu skrzydlatego, poczuł znajome uczucie, którego tak pragnął się wyrzec - zdezorientowanie.
Obrazy przedstawiały miasto... Kryształowe miasto. Pełne ludzi, pędzących we wszystkie kierunki. Pełne dziwacznych maszyn, sunących po twardych ulicach. Pełne świateł... Twarzy na wielkich tablicach. Budynków sięgających gwiazd. Przezroczystych budynków!
Widok zaparł mu dech w piersiach. Poczuł panikę. Zorientował się, że... nie powinien atakować Medyka. Nie. Wszystko poszło nie tak.
Ale było za późno bo kolejne krajobrazy wytrysnęły ze Szczelin niczym krew buchająca ze świeżo rozdrapanych Ran. I w odczuciu atakującego tak samo pachniały. Posoką i Śmiercią.
Scena ukazująca dwa puste krzesła była... zbyt kusząca. Aeron chwycił się jej niemalże oburącz, szarpiąc wspomnienie, rozrywając je niczym delikatne ciało. Zmuszał, by Anomander poczuł jeszcze więcej. By zapłakał, cokolwiek by ta scena nie znaczyła.
I po tej scenie nastąpił chaos. Chaos, który ogarnął Umysł skrzydlatego. Wir który pojawił się wewnątrz, był tak szalony, że Arystokrata z trudem dawał radę by poprzecinać go. Chciał dobrać się również i do tych chaotycznych wspomnień. Takie smakowały bowiem najlepiej bo podszyte były Szaleństwem, które aż prosiło się o małą pomoc ze strony Vaele. Prosiły, by Upiorny łaskawą ręką poruszył mechanizm, napędzający Tortury.
Widok ryczącego smoka sprawił jednak, że Thorn, stojąc z przyciśniętym czołem do Anomandera, zmrużył oczy i wykrzywił twarz. Scena, choć niema, wyrażała tyle emocji... Mężczyzna prawie czuł Gniew jakim kipiała Bestia. Prawie czuł Samotność, gdy patrzyła na swój gadzi pysk.
Kim był Anomander van Vyvern? Co przeszedł, że jego najgorsze wspomnienia są takie... porozrzucane?
Vaele jak dotąd nie spotkał Umysłu który w tak losowy sposób wyrzucałby z siebie pozornie nie związane ze sobą obrazy. Zazwyczaj potrafił złożyć je w całość i miażdżył je, sprawiając drugiej osobie mentalny ból. Umysł skrzydlatego zawierał jednak tak wiele złych wspomnień... Całość nie chciała się wykształcić. Pełny obraz był zniekształcony i nie pozwalał się zaatakować. Tylko skrawki były podatne na szarpanie.
Słowa jakie usłyszał były jak kubeł zimnej wody wylany na rozgrzane ciało. Thorn otworzył szerzej oczy, szukając w lodowych oczach jakiegokolwiek znaku.
Pokusa Torturowania go była taka... silna. Do tego stopnia, że Aeron poczuł do siebie obrzydzenie. Zazwyczaj atakując tą mocą czuł satysfakcję. Teraz jednak czuł, że posunął się za daleko.
Z jego ust wyrwał się szloch. Usta wykrzywiły się z grymasie bólu.
Chciał go uwolnić... ale jego chaotyczne wspomnienia tak kusząco ociekały Smutkiem. Grzechem byłoby nie wycisnąć z nich jeszcze więcej.
Szloch zmienił się w warkot aż wreszcie mężczyzna otworzył usta, jak do krzyku. Z jego oczu pociekły łzy a ręce, ściskające głowę bezbronnego w tej chwili Anomandera zatrzęsły się.
Nagle zamknął oczy i oderwał się od niego, dosłownie odskoczył i zachwiał się ku tyłowi. Dysząc głośno pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Oczy miał zamknięte. Zobaczył za dużo. Zdecydowanie za dużo.
O dziwo jednak czuł się spokojniejszy niż przed atakiem. Wiedział jednak, ze to zasługa zastrzyku bo poczucie winy szalało w nim jak ognie piekielne na stosach, w czasie wojny z MORIĄ.
Upadł w końcu na kolana. Przed Anomanderem, Dyrektorem Kliniki. Niczym sługa przed swoim Panem.
Co ja najlepszego zrobiłem...?
Nie miał odwagi spojrzeć mu w oczy. Nawet ich nie otwierał, by skrzydlaty nie zauważył łez - dowodu, że obrazy które siłą wywlókł na wierzch jego Umysłu ugodziły również i jego.
- Wybacz... - wyrwało się cicho ze ściśniętego gardła.
Aeron Vaele zaatakował właśnie Istotę Pradawną.
Uosobienie Bólu.
Ostatniego ze Smoków.

Anomander - 16 Listopad 2017, 00:06

Choć było to dziwne, to ból, żal, uczucie bezsilności i poczucie straty były dla Anomandera codziennością. Albowiem o ile większość ludzi, po stracie bliskich lub ukochanych osób, po jakimś czasie przechodzi do porządku dziennego, o tyle Anomander tego nie potrafił. Po mimo straty, która go dotknęła wiele lat temu, on ciągle kochał Annę. Wspomnienie jej uśmiechniętej twarzy, wyobrażenie jej głosu czy wspólnie spędzonych chwil, dawały mu siłę do tego, by każdego dnia podjąć walkę z otaczającym go światem. By wstać z łóżka i zagłębić się w pracy. Praca była dla niego ucieczką od codzienności. Najbardziej lubił ciężkie dni, takie w których działo się wiele i nie było czasu na myślenie. Ciągle bowiem tęsknił i nieustannie odczuwał żal, a jako, że w jego sercu ciągle była Anna – Klara, skrzydlaty nie potrafił i nie chciał pokochać nikogo innego. Patrząc na spacerujące pary, na istoty okazujące sobie czułość, Anomander cierpiał. Z tego też powodu, rzadko opuszczał Klinikę, czy nawet wychodził do miasta. Nie w ludzkiej postaci.
Wypuszczony z rąk Ciernia Anomander cofnął się o krok.
Bestia szalała w nim pragnąc wyrwać się na zewnątrz i rozszarpać napastnika. Ciągle szumiało mu w głowie i był lekko zdezorientowany.
- Co się stało? Co on zrobił? – myśli kłębiły mu się w głowie - Dlaczego to zrobił?
Starał się możliwie szybko zebrać do kupy. Miał zadanie do wykonania. Musiał myśleć i działać.
Chwilę zabrało mu skoncentrowanie się na tyle, by zobaczyć Aerona klęczącego na ziemi.
- Czy to kwestia strachu? Zaatakowałeś ze strachu? – myślał Anomander stojąc nad klęczącym arystokratą.
Bestia chciała zatopić w nim kły. Rozszarpać. Zabić.
Ale teraz to nie ona miała głos. Teraz przemawiała Anna.
- Wstań proszę, – powiedział Anomander głosem, który zdziwił nawet jego samego. Brzmiał tak, jakby krzyczał przez godzinę.
Odchrząknął i odezwał się ponownie
- Wstań młodzieńcze – jego głos brzmiał staro pomimo tego, że starał się mówić normalnie - Choć w zasadzie, jeśli chcesz, to możemy posiedzieć, mamy czas
Powiedziawszy to skrzydlaty opadł na podłogę. Miał nadzieję, że zrobi to w miarę sprawnie i z gracją, ale coś mu nie wyszło. Usiadł na ziemi ciężko i oparł się o ścianę przy drzwiach pracowni RTG. Jedną nogę miał zgiętą w kolanie i skierowaną ku górze, drugą położył płasko na ziemi .
Musiał odpocząć. Choć przez chwilę.
Popatrzył na przepraszającego młodzieńca, który mógł być starszy od niego o całe setki lat.
- Nie przejmuj się, – westchnął i przesunął dłonią po twarzy - przecież nie zrobiłeś tego celowo, prawda?
Zapytał patrząc na Ciernia. W twarzy skrzydlatego nie było niczego co można by uznać za złość, niechęć czy nienawiść. Nie był nawet zły. Te wszystkie uczucia towarzyszyły mu w końcu na co dzień, choć musiał przyznać, że nie z takim nasileniem. To czego teraz doświadczył graniczyło niemal z torturami. Gdyby Aeron w takie coś złapał Bane'a … Wolał nie myśleć, co stałoby się z psychiką białowłosego.
Przez chwilę myślał o Bene'ie. Kochał tego białowłosego histeryka jak własnego syna. Może potraktował go za ostro? Może był zbyt ostry dla niego? Może jemu faktycznie brakowało jego uwagi? W końcu przez te trzy lata był sam i na nim spoczywała cała uwaga. Od czasu gdy przyszła Julia, cała uwaga była zwrócona na nią. Będzie musiał to Baneowi jakoś wynagrodzić. Może i był dorosłym facetem, ale nigdy nie miał ojca. Może poza tym, że był jego szefem, Anomander był też dla niego jak przyszywany ojciec? Może Bane pragnął jego uwagi tak jak dziecko pragnie atencji swojego ojca?
- Powiem Ci, że to co zrobiłeś było całkiem potężne. Nie kontrolujesz tego jeszcze zbyt dobrze, ale zobaczysz, kiedyś zaczniesz. – pokiwał głowa i oparł się łokciem na kolanie - - Gdy byłem młody, też nie w pełni panowałem nad swoimi umiejętnościami.
Uśmiechnął się do niego, a w uśmiechu tym widać było zmęczenie.
- - Za chwilę pójdziemy zrobić RTG. Nie obawiaj się. Wiesz co, najpierw ty zrobisz zdjęcie mnie, zobaczysz, że to nie boli, a później ja zrobię tobie.
Popatrzył na Aerona i pomimo przeżytych przed chwilą katuszy uśmiechnął się.
Anomander dokładnie wiedział, czemu był taki wyrozumiały zarówno dla Aerona jak i Bane'a.
Otóż, zanim doświadczył tortur, które zgotował mu Cierń, mógł choć na chwilę zobaczyć swoją ukochaną Anię. Swoje Słoneczko.
Jakże bardzo ja kochał.

Thorn - 16 Listopad 2017, 01:21

W pierwszym odruchu targnął nim szloch, ale mężczyzna zdusił go w sobie. Nie. Nie mógł płakać, nie było miejsca na łzy.
Zobaczył zbyt wiele. I co gorsze, nic z tego nie zrozumiał. Umysł Anomandera, Dyrektora który wydawał się być ostoją spokoju był tak chaotyczny. To co wyszarpnął Aeron nie miało ze sobą związku, przynajmniej nie dla Arystokraty. Ciężko interpretowało się obrazy, nie wiedząc do czego się odnoszą.
W drugim odruchu pochylił się niżej, jakby był gotów by zebrać laską po plecach. Zacisnął szczęki, płaszcząc się przed Medykiem. Może wyglądał żałośnie, ale był tak przyzwyczajony do tej pozy... Tak właśnie przyjmował kary od swojego Dziadka. Musiał klęczeć przed nim i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mógł chociaż skrzywić twarzy, nie mógł pokazać po sobie, że go to boli.
W trzecim natomiast... Aeron poczuł, że powinien wyjść. Opuścić to miejsce. Na zawsze. Zaatakował pana van Vyverna. Sprawił mu tak straszliwy ból, że w fazie końcowej mocy nawet sam po części go poczuł.
Czuł do siebie wstręt. Jak mógł uczynić coś tak podłego. Nie dało się tego usprawiedliwić, nie ważne, że Upiorny do końca nie panował nad mocą.
Przed oczami widział jeszcze sceny. Widział ostatni wir który postanowił w szale szarpać, by wydobyć więcej. Słyszał w głowie ciche błaganie... Błaganie silnego, rosłego mężczyzny. Anomandera van Vyverna.
I normalnie pewnie czułby satysfakcję, że udało mu się złamać tak potężną istotę. Bo mimo, że nie wiedział o nim prawie nic, czuł respekt.
Rozdrapał jego rany. Poznał obrazy z przeszłości i czuł się w jakimś stopniu zwykłym, obrzydliwym złodziejem. Wdarł się do jego Umysłu tylko po to, by skraść jakąś cząstkę jego. By w zamian za jego siłę, oddać mu swój Strach.
Gdy usłyszał polecenie, podniósł na niego zaszklone oczy. Były całe czerwone, po użyciu mocy zawsze go bolały. Teraz jednak zaszły łzami nie z powodu bólu ale ze wstydu. Czuł się bardzo źle. Zdenerwowanie minęło. Z pewnością była to zasługa lekarstwa jakie dostał.
Podniósł się powoli, patrząc w oczy Medykowi. Brwi miał nieco uniesione ale skierowane tak, że jego twarz wyrażała ogromny żal. Zacisnął zęby powstrzymując się przed tym by nie paść przed nim ponownie na kolana. Zapragnął błagać o litość, ale byłby wtedy żałosny. A tego nie chciał. Skoro, jak powiedział sam Anomander, Thorn zasłużył sobie na szacunek...
Słysząc jednak kolejne słowa i widząc, że Dyrektor siada pod ścianą, jego twarz wygładziła się. Nie oznaczało to jednak tego, że przestał żałować.
Medyk wyglądał teraz tak... staro. Był zmęczony. I pomyśleć, że to wszystko przez Upiornego Arystokratę, który przybył po pomoc a jeszcze przed rozpoczęciem leczenia, potraktował Lekarza swoją najskuteczniejszą bronią.
Podszedł powoli do ściany i przyciskając do niej plecy, osunął się po niej w dół. Usiadł podobnie jak pan van Vyvern, ale spuścił wzrok. Na jego twarzy malował się smutek.
Jak Aeron miał się tym nie przejmować? Co prawda nie mógł za pomocą tych Tortur zabić, ale mógł zgnębić. Doprowadzić drugą osobę na skraj szaleństwa...
Nagle 500 lat życia przytłoczyło go niczym kowadło zarzucone na plecy. Nie patrzył na Lekarza. Zwyczajnie nie miał odwagi.
Pytanie Anomandera wymagało odpowiedzi, ale młody Vaele nie potrafił jej udzielić. Nie dlatego, że się wstydził czy bał. Nie dlatego, że głos uwiązł mu w gardle.
Pierwszy raz w swoim długowiecznym życiu poczuł, że nie może skłamać. Tak po prostu. Nie mógł przytaknąć, bo chociaż faktycznie zaatakował pod wpływem strachu... to gdy zaczął szarpać jego Umysł, poczuł smak satysfakcji. Zniknęła dopiero gdy zobaczył obraz Kryształowego Miasta. I gdy ujrzał Smoka, ryczącego w niebiosa.
Nie wiedział, co mówili bohaterowie tych migawek. Nie potrafił złożyć w całość tych poszarpanych fragmentów. Ale w swojej własnej głowie, dodał historię i emocje to tego ostatniego wspomnienia. Tego gdy Smok patrzył na swe odbicie. Gdy jego oczy wyrażały tak silny żal...
W odpowiedzi spojrzał więc tylko na siedzącego nieopodal mężczyznę. Miał lekko uchylone usta i pozornie martwą twarz - to w jego oczach kryły się przeprosiny. Tak żarliwe, że gdyby rogaty miał je wypowiedzieć, musiałby nieustannie mówić przez następne sto albo i dwieście lat.
Miał rację gdy skomentował, że Aeron tego nie kontroluje. Nie było potrzeby by się do tego przyznawać. Już drugi raz zaatakował osobę, na której zaczynało mu zależeć.
Przeniósł wzrok przed siebie po czym spuścił głowę i zacisnął mocno powieki
- Tak straszliwie żałuję... tego co ci zrobiłem... - wydusił z siebie. Mówił cicho, niepewnie. Głos przez chwilę nie pasował do rosłego, silnego mężczyzny jakiego miano Upiornego.
Zamilkł i przez dłuższą chwilę nie odezwał się ani słowem. Podniósł jedynie wzrok i ponownie utkwił tęczowe, zaczerwienione oczy w twarzy Dyrektora. Nadal lico zdradzało Smutek.
I gdy tak siedzieli w ciszy... poczuł więź. Delikatną nić zrozumienia. Bo chociaż tak bardzo zranił Anomandera, ten zwyczajnie usiadł przy ścianie by odpocząć. Nie zaatakował w odwecie. Nie wyrzucił go z Kliniki. Rozumiał. I chyba... chyba właśnie wybaczał.
Uśmiech mężczyzny był tak niespodziewany, że Vaele z całej siły musiał powstrzymać szloch.
Ten mężczyzna... Poszarpany, wymęczony... tak po prostu uśmiechał się do niego. Jakby nic się nie stało. Jakby moc której był ofiarą była jedynie kolejnym doświadczeniem z jakim spotkał się w swoim długowiecznym życiu.
I wtedy Aeron Vaele poczuł tak ogromną falę szacunku i sympatii do siedzącego obok, wymęczonego starca w młodym ciele, że wysunął lekko rękę, jakby szukał na podłodze jego dłoni, by ją uścisnąć. Szybko jednak cofnął dłoń, ale ciepło jakie wlało się do jego serca zastąpiło obrzydzenie, jakie czuł do samego siebie.
Mimo wszystko jednak zranił skrzydlatego. Tak, jak nikt inny. Nie mógł tak zwyczajnie przejść z tym do porządku dziennego. Tylko jak wynagrodzić Pradawnemu taki ból...?
Odwzajemnił uśmiech i w jego oczach błysnęła nadzieja. Skłonił się pokornie. Mimo podobnego statusu, Anomander był od niego wyżej. Rogaty czuł to. Widział w jego lodowych oczach spokój. Niesamowitą cierpliwość. I tolerancję.
I nagle Dyrektor wspomniał o badaniu. To było takie niespodziewane i normalne, że z ust Vaele wyrwał się śmiech, który bardziej przypominał szloch. Upiorny szybko przetarł dłonią twarz, ukrywając łzy.
Ten skrzydlaty mężczyzna był niesamowity. Zgnębiony, wycieńczony, poszarpany... Nadal myślał o niesieniu pomocy. Mimo upadku zamierzał wstać i wrócić do codziennych, zapewne rutynowych czynności.
Thornowi przyszło to z wiekiem, ale on zaczął zachowywać się tak gdy skończył jakieś 450 lat. Ile więc miał Dyrektor, skoro z takim spokojem potrafił podnieść się, otrzepać ubranie i z wrodzoną elegancją oraz uprzejmym uśmiechem wrócić do pracy?
Vaele spojrzał na niego z uznaniem i sympatią. Zapragnął uścisnąć go, w braterskim uścisku. Podziękować za wyrozumiałość w momencie gdy Arystokrata nie zasługiwał nawet na splunięcie.
- Dziękuję. - powiedział cicho, pokornie i przekrzywił głowę w jego stronę - Jesteś pierwszym... który mimo tego co ci uczyniłem... Uśmiecha się do mnie. Dziękuję.
Siedział jeszcze przez chwilę. Zastanawiał się, czy wypada wspomnieć o pierwszym obrazie, który rozdrapał. Obrazie, który absolutnie nie pasował do reszty bo był... Czysty. Mimo, że przepełniony Smutkiem i Poczuciem Straty... był Czysty. Nawet atakujący Aeron nie chciał go plugawić, wyciskając z niego więcej i więcej.
Westchnął bo czuł jak ogarnia go spokój i znużenie. Targały nim sprzeczne emocje bo jednocześnie czuł się źle, że skrzywdził Anomandera i był szczęśliwy, bo otrzymał od niego to, czego nigdy nie dał mu ani Dziadek, ani Matka. Zrozumienie.
- Kochałeś ją. - stwierdził z delikatnym uśmiechem - Nie mogłem naruszyć tego wspomnienia. Nie chciałem go bezcześcić. - dodał - Za mocno ją kochałeś.
Może stąpał po grząskim gruncie, ale był pod wrażeniem siły uczucia, jakie wiązało się z tym pierwszym wyszarpniętym wspomnieniem.
W głowię pojawiały się obrazy z Kryształowego Miasta. Te dziwaczne pojazdy i masy Ludzkie, spieszące gdzieś prawie na oślep. Ale Aeron nie miał odwagi zapytać o więcej. Przyjdzie na to czas, czuł bowiem, że mimo okropności jakie zesłał na Dyrektora, ten nie zerwie z nim kontaktu. Nie gdy Vaele poczuł więź, jaka mogła utworzyć się tylko między podobnie traktowanymi przez los istotami.
Zamknął na chwilę oczy i odwrócił twarz przed siebie. Uśmiechnął się delikatnie. Chłodny pan van Vyvern... kochał kogoś tak mocno, że nawet Arystokrata nie był w stanie przemóc się i zniszczyć mu wspomnienia tego pięknego uśmiechu, którym obdarzyła go ta kobieta.
Aeron Vaele zazdrościł mu tego uczucia.

Anomander - 16 Listopad 2017, 04:17

Nie bardzo rozumiał, czemu rogaty się pochylił w ten dziwny sposób. To było coś pomiędzy aktem poddaństwa i pokory a oczekiwaniem na karę. Anomander nie widział powodu by go karać. Ot, zwykły wypadek przy pracy. I nagle przypomniał sobie liczne stare już blizny, skryte pod tatuażem. Zrozumienie przyszło chwilę później. Ten dzieciak zbierał baty, które zostawiły blizny na plecach w takiej właśnie pozycji. Anomander zignorował tę pozycję. Gdyby odezwał się lub zareagował na to ułożenie ciała, mógł dodatkowo sprawić, że nieszczęśnik, tak jak on sam przed chwilą, przypomni sobie tamte chwile. Patrząc na trwającego w tej pozycji szlachcica, skrzydlaty podjął jednak pewną decyzję. Nie powiedział jednak jaką, ale sprawi, że rogaty zapamięta sobie do końca życia ów dzień gdy użył na nim mocy.
Spojrzał na Aerona. Chciał być twardy i pogadać na stojąco, ale zmęczenie dało o sobie znać. Cieszyło go, że mężczyzna razem z nim usiadł pod ścianą. Głupio by było, gdyby on stał a skrzydlaty siedział. Opierając się o chłodną ścianę Sali operacyjnej, Anomander zastanawiał się, ile też czasu upłynęło mu w tej pułapce umysłu. Sądząc po tym, że diazepam prawdopodobnie zaczynał działać, musiało minąć około dziesięciu lub piętnastu minut. Szkoda że nie spojrzał wcześniej na zegarek. Im więcej myślał o tym czego doświadczył, tym bardziej przekonany był o tym, że taka sesja mentalnych katuszy potrafiłaby złamać niemal każdego. Potężna technika. Stało się jasne, że Aeron potrafi zadawać męki spojrzeniem i prawdopodobnie kontroluje metal. Anomander wiedział, że jeśli dobrze wykorzysta obie techniki będzie niemal nie do pokonania. Cóż, Cierń był silnym przeciwnikiem. Znacznie potężniejszym niż skrzydlaty chciałby przyznać.
- W głębi serca wiem, że nie chciałeś tego zrobić. Wiem, że zrobiłeś to ze strachu i dlatego, że nie panowałeś nad sobą. – powiedział skrzydlaty i opuścił głowę patrząc przez chwilę w podłogę po czym podniósł ją i spojrzał na rozmówcę - Gdybyś chciał mnie zaatakować naprawdę, gdybyś widział we mnie wroga, i gdyby to nie był przypadkowy zryw, a zaplanowane i celowe działanie, to pewnie udałoby Ci się mnie złamać bez większego problemu. To bardzo potężna technika, ale jak każda technika, tak i ta ma swoje słabe i mocne strony. Myślę, że te słabe już znasz. – mówiąc to patrzył na rogatego uśmiechając się lekko - Wiesz, co? To znakomita broń dla tych, którzy są źli i okrutni. Ty taki nie jesteś.
Anomander położył młodzieńcowi rękę na ramieniu jakby dodając mu otuchy. Potrzymał ją przez chwilę i zdjął. Siedzieli teraz pod ściana tak, jak dwaj weterani ciężkiej, pełnej trupów bitwy, chwilę po skończonej walce. Obaj wymęczeni, obaj brudni jeśli nie fizycznie to psychicznie i obaj oczekujący spokoju. Obaj też mieli już dosyć strachu, problemów i tego czasu, który przyszło im spędzić na walce. Obaj doceniali tę chwilę spokoju, drobinę stabilizacji w tym morzu chaosu.
- Nie, to ja Ci dziękuję – powiedział Anomander cicho niemal szeptem - Może wyda Ci się to dziwne, ale dałeś mi najwspanialszy prezent o jakim mógłbym kiedykolwiek marzyć
Zawiesił na chwilę głos i kilka razy szybciej zamrugał oczami. Lodowo-błękitne oczy zalśniły nieco bardziej.
- Wiesz, ja nie widziałem Anny – Klary od tak dawna, że Jej obraz zaczynał zacierać mi się w pamięci. Pozwoliłeś mi zobaczyć ją jeszcze raz taką jaka była. Roześmianą, promienną i piękną jak letni poranek. Dałeś mi usłyszeć jaj śmiech. Pozwoliłeś mi zajrzeć, w tej jej piękne oczy, w których był ukazany cały mój świat. – głos mu się nico łamał ale mówił dalej - Nie mam żadnych jej obrazów. Nie mam jej głosu. Nie zostało mi nic poza wspomnieniem. Dziękuję Ci, bo pozwoliłeś mi przypomnieć sobie jak to było dawniej.
Powiedziawszy to uniósł głowę. Przez chwilę wpatrywał się w sufit po czym zamknął oczy a na jego wąskich ustach pojawił się pogodny, dobry uśmiech. Ten człowiek był teraz daleko. Daleko od wszelkiego zła tego świata.
- Wiesz, – powiedział cicho dalej trwając z zamkniętymi oczami i uniesioną głową - W mojej pamięci znowu mogę cieszyć się ciepłymi promieniami słońca, które ogrzewały mi skórę i zapachem trawy, na której leżałem. Znów widzę ją roześmianą, bawiącą się z naszymi pociechami. Znowu ciągnie mnie do zabawy, do tego śmiesznego kółka, w którym się kręcili i śpiewali piosenkę. Znowu słyszę tę piosenkę. Nasze pociechy znowu biegaj mi między nogami piszcząc radośnie. A ona się śmieje. Dzięki niej słońce świeci jaśniej, drzewa mają więcej listowia, ptaki piękniej śpiewają i trawa jest zieleńsza. W moich oczach jest Najpiękniejszą i Najlepszą kobietą we wszystkich światach. Jest Idealna. Jest Doskonała. – westchnął głęboko - Teraz następna scena. Jest już noc, wróciłem z polowania i znowu widzę ją uśmiechniętą i szczęśliwą z mojego powrotu. Czekała na mnie. Ileż w niej jest radości i szczęścia. Maluchy już śpią. Czekały na mnie, ale posnęły. Wystarczyła chwila i znowu zaczynam wyglądać jak człowiek choć śmierdzę dymem, krwią i ziemią. Mimo, że niczego nie upolowałem ona jest ze mnie dumna i nazywa mnie „Wielkim Łowcą” a ja, choć bezpodstawnie, czuję z siebie dumę. Ona zawsze potrafiła podnieść mnie na duchu. – kolejny raz westchnął głęboko – Wiesz, że nigdy się nie kłóciliśmy? Teraz widzę nas w podróży. Rozmawiamy. Ona opowiada mi o Krainie Luster, o tym domu, w którym teraz się znajdujemy, o tym że należy do jej dziadka Eliasza Drosselmeyera, a wczesniej do jego rodziców Konstantego i Anastazji. Wesoło nam. Śmieję się ja a chwilę później śmiejemy się już oboje. W głowie kołacze mi jeszcze jedno słowo - „Laraziron”. Nie pamiętam jednak czego dotyczyło.
Skrzydlaty otworzył oczy i przetarł je dłonią.
Nawet jemu oczy od czasu do czasu się pocą.
Zwłaszcza gdy tak intensywnie myśli o Miłości Swego Życia.
Gdy Cierń powiedział o tym, że nie chciał bezcześcić wspomnienia Anomander uśmiechnął się i wstał wyciągając do niego rękę aby i jemu pomóc powstać.
- Mylisz się Aeronie - powiedział patrząc swoimi zimnymi oczami w oczy Aerona jakby zupełnie nie bał się, że ten może powtórzyć swój atak - Ja jej nie kochałem. Ja DALEJ ją kocham i będę kochał aż do końca, bo wiem, że gdy mój żywot dobiegnie kresu, Ona przyjdzie po mnie. Stanie i zawoła mnie po imieniu, a ja będę wiedział, że oto przyszła na mnie pora. Znowu będzie roześmiana. Znowu te kochane, trzy niesforne kosmyki włosów spłyną jej na buzię. Jakaż Ona piękna, szkoda, że jej nie widzisz. Później powie mi, że czekała na mnie przez cały ten czas, weźmie mnie za rękę i zaprowadzi tam, gdzie już nikt mi jej nie odbierze – powiedział delikatnie kiwając kilka razy głową - Nie ważne jak będę zdychał. Nie boję się śmierci. Nie jest dla mnie istotne czy dokonam żywota na pobojowisku, w chwale, brocząc z setek ran i walcząc z wrogiem by osłaniać innych, czy w rynsztoku, robiąc pod siebie i będąc szarpany przez bezdomne kundle i obsiadany przez owady. Ona po mnie przyjdzie i zawsze będzie ze mnie dumna. Zawsze obdarzy mnie uśmiechem.
Skrzydlaty położył rogatemu rękę na ramieniu i delikatnie pchnął w stronę pomieszczenia z RTG. Już pora. Za chwilę będzie po wszystkim.
- Jako zachętę dodam, że jeśli szybko się uwiniemy z tym RTG, to zdążymy na obiad a wieczorem, jeśli nie zdarzy się nic nieoczekiwanego, to może wybierzemy się trochę polatać i zobaczyć z czego zrobione są chmury? Julia już latała i wie, ale Ty pewnie nigdy jeszcze nie latałeś na wielkim gadzie? – uśmiechnął się a jego oczy zmieniły się w gadzie ślepia - No, dalej, wskakuj na stół a za chwilę pokażę Ci, że strach to kiepski doradca.

Thorn - 16 Listopad 2017, 15:00

Rogaty pokiwał głową, gdy Anomander mówił o powodach dla których Upiorny go zaatakował. Czy to było aż tak oczywiste, że zrobi to ze Strachu? Czy aż tak było po nim widać, że się boi? A może skrzydlaty wiedział, co czuje drugi Szlachcic bo sam zareagowałby tak samo?
Nie. Raczej to pierwsze. Thorn wiedział, że gdy ogarniała go panika wyglądał źle. I tego się wstydził. To zawsze próbował ukryć. Nie chciał by inni widzieli, że Upiorny Arystokrata, elegancki rogaty mężczyzna zwyczajnie się boi.
Anomander miał rację. Gdyby Aeron zaatakował go z pełną mocą, rozszarpałby jego rany na nowo i Dyrektor nie byłby już tą samą istotą. Gdy Upiorny atakował celowo, wlewał w moc więcej negatywnych emocji, chwytał więcej wspomnień, dusił je i rwał póki nie były jednymi wielkimi, krwawiącymi ranami.
Oczywiście wszystko na zewnątrz bezkrwawo. Bo nie ma skuteczniejszej broni od tej, która niszczy Umysł.
Słowa o słabych stronach pewnie miały mu powiedzieć, że nie jest niepokonany. Może miały go zaniepokoić lub zmartwić... ale młody Vaele nie był taki. W głębi serca cieszył się, że istnieje broń mogąca przeciwstawić się Torturom. Bo gdyby tak nie było, Aeron zwyczajnie byłby niepokonany. A przecież na każdego w końcu znajdzie się sposób, on nie był wyjątkiem.
- Znakomita broń na tych, co są źli i okrutni... - powtórzył cicho, jak echo, po Dyrektorze - Tylko czy mam prawo oceniać kto taki jest, skoro sam używam tak okrutnego oręża? - spojrzał przed siebie, w dal - Czy sam nie staję się zły i okrutny, sprawiając innym tak wielki ból? - zamyślił się.
Torturował już wielu. Wielu zniszczył psychikę, popchnął ich do Szaleństwa bo przecież sam nie mógł go zgotować. On jedynie nadawał kierunek a resztę robiła sama ofiara. Wystarczyło wywlec na wierzch kilka najboleśniejszych wspomnień, by zaatakowany Umysł sam się zniszczył.
Nikt nie chce przeżywać na nowo swoich dawnych tragedii.
Spojrzał zdumiony na siedzącego obok mężczyznę gdy ten mu podziękował. Poczuł się dziwnie zakłopotany. Jak można dziękować za coś takiego? Jak można dziękować za rozdrapanie ran?
Jaką trzeba być istotą, by dziękować za sprawienie tak niewyobrażalnego bólu...
Wyjaśnienie przyszło samo, Anomander podjął się tego by go oświecić, za co rogaty był mu wdzięczny. Sam niewiele rozumiał, nie potrafił złożyć wykradzionych obrazów w całość. Nie znał Świata Anomandera i chociaż wkradł się do niego bezczelnie, nie dostał odpowiedzi na pytania które go nurtowały.
Poczuł żal i ścisk w gardle, gdy usłyszał o jego Ukochanej. To nie tak, nie Aeron pokazał mu jej obraz. Skrzydlaty sam go wykształcił i ukazał atakującemu, ryzykując wiele. Młody Vaele miał jednak na tyle przyzwoitości, by nie bezcześcić tego pięknego, przepełnionego smutkiem obrazu. No i była jeszcze jedna, przerażająco potężna siła, bariera która nie pozwoliła mu się przebić. Ba! sprawiła, że nawet nie starał się uchwycić tego wspomnienia - Miłość.
Uczucie tak silne i płomienne a przede wszystkim szczere i żywe. Rogaty jeszcze nigdy nie spotkał kogoś, kto kochałby tak bardzo.
Poczuł, że po raz kolejny zaczynają niemęsko piec go oczy. Jego usta ułożyły się w podkówkę gdy spojrzał w sufit a następnie zamknął powieki, gasząc pod nimi dwie studnie tęczy.
Jak to jest kochać w ten sposób?
Jak to jest być kochanym... w ten sposób?
Aeron, choć z pozoru silny, zawsze uśmiechnięty nosił w sercu paraliżując smutek. Starał się nie użalać nad sobą bo w ten sposób nigdy nie osiągnąłby tak wiele, a jednak w sprawach miłości czuł pustkę. Przez połowę swojego życia myślał, że chociaż Matka go kocha. Jego rodzicielka, ta która chociaż nie potrafiła przeciwstawić się swojemu Ojcu gdy katował małego Aerona za byle głupotę, zdobywała się na to by po wszystkim utulić pobitego, zapłakanego Synka. Ta która tak dbała, by zawsze wyglądał pięknie i elegancko, nawet gdy ledwo stał na nogach po wybuchu Dziadka. By zawsze utrzymywał prostą postawę, wysoko uniesioną głowę niezależnie ile ran miał na plecach.
Mężczyzna przetarł twarz, bo poczuł, że łzy zaczęły niesfornie wymykać się spod powiek. Cisza przerywana jedynie przez warkot mechanizmu nie dawała ukojenia. Nie pozwalała skierować tor myśli w inną stronę.
Cały świat Aerona prysł w jednej chwili, gdy umierająca Matka wyrzuciła wszystkie te bolesne słowa. Kiedy przyznała się, że całe życie kłamała. Że całe życie żałowała, że ma Syna. Królowa Kłamstw. Słodkich Kłamstw którymi żywiła swoją latorośl. Swojego jedynego Potomka. Brudnego Bękarta. Księcia Kłamstw.
Gdy Anomander zaczął opowiadać o tym co odżyło w jego pamięci, Vaele obrócił twarz w jego stronę i spojrzał na niego zaszklonymi oczyma. Gula w gardle nie pozwalała mu się odezwać ale mimo wszystko słysząc, jak Dyrektor miał piękne wspomnienia, rogaty uśmiechnął się.
Złapał się na tym, że gdzieś wewnątrz siebie poczuł zazdrość. Ciężko było wyjaśnić czemu. Może zazdrościł niebieskookiemu szczęśliwego życia, niezależnie jak miało nagły i straszny koniec?
Nigdy nie chciał mieć dzieci ale teraz gdy słyszał uczucie w głosie pana van Vyverna, poczuł ja wiele tracił. Gdyby miał takie pociechy... może byłby szczęśliwszy? Może w tych najgorszych chwilach kiedy Samotność go przytłaczała swoim ciężarem, miałby przynajmniej jakąś małą istotkę przy sobie która odwróciłaby jego uwagę?
Nie. Nie mógł mieć dzieci. Nie chciał mieć dzieci. Nie przekaże dalej swojej brudnej krwi, nie skaże Syna czy Córki na los Potomka Bękarta. Już zawsze ta łatka będzie przypinana jemu i jego rodzinie.
Kiedy pan van Vyvern tak pięknie opowiadał o rodzinie, Thorn czuł spokój. Jednocześnie wewnątrz siebie płakał rzewnymi łzami, już sam nie wiedział czemu. Czy ze wstydu czy z tego, że on nie mógł pochwalić się tak pięknymi wspomnieniami.
Gdyby ktoś zaatakował go Torturami... Aeron szybko popadłby w Szaleństwo. Nie trudno skruszyć Mur który jest już tak popękany, mimo mocnych z pozoru fundamentów.
Z zamyślenia wyrwało go jedno nazwisko. Znał osobę o której mówił Anomander. A raczej trzy osoby i to ostatnie słowo.
- Pamiętam ten dzień... Dzień kiedy Marionetki zbuntowały się i zwróciły przeciwko Wojskom Krainy Luster. - powiedział wolno ponownie przenosząc wzrok przed siebie - MORIA nie zadała nam tak potężnych strat jak właśnie one. - dodał cicho - Pamiętam przerażenie na twarzach moich żołnierzy, gdy rzuciły się na nich w szale. Wyglądały jakby całkiem straciły zdolność myślenia. Nie rozumiały, że przecież walczymy po jednej stronie, że nie liczy się kto łapie za broń. Oczywiście, mogły mieć pretensje do swoich Twórców którzy siedzieli wygodnie w fotelach w swoich Posiadłościach i pili wino nad rozłożonymi mapami. Ale przecież taka rola Dowództwa, czyż nie? - zaśmiał się ale nie było w tym śmiechu nic z wesołości - Ja, młody Dowódca, wyrwałem się przed szereg. Myślałem, że będąc z moimi na polu walki zdziałamy więcej. Chciałem udowodnić swoją wartość. Miałem się za Zbawcę. - spojrzał w lodowe oczy - Pożałowałem decyzji, gdy zobaczyłem pierwsze trupy współtowarzyszy. A raczej nie tyle trupy co ich spojrzenia. Oskarżycielskie. - przejechał dłonią po twarzy i zacisnął zęby na bolesne wspomnienie - Myślałem, że to koniec. Zginiemy wszyscy, wymordowani przez krajan. Najgorszy scenariusz. - westchnął robiąc pauzę - A gdy zobaczyłem wśród oddziałów Marionetek jednego z przerażających Sześciorękich Drosselmeyera... Wiedziałem, że to koniec. Nie opuściłem broni, chciałem umrzeć godnie. Poderwałem Tancerza do ostatniej szarży, on też wiedział, że nie wyjdziemy z tego cało. Konie są bardzo mądre. - uśmiechnął się spuszczając wzrok - Ale wtedy usłyszałem pełen bólu ryk i podniosłem wzrok na Sześciorękiego. Wył i młócił kończynami... przerzedzając szeregi, zdawałoby się jego własnych braci i sióstr, Marionetek.
Aeron postanowił, że tutaj zakończy wspominanie tamtych strasznych dni, które wstrząsnęły nim jako młodym Dowódcą. Kiedy to po raz pierwszy jego Morale upadło w tak zastraszającym tempie.
- Po wojnie... Długo go szukałem. - powiedział - Spotkałem go przypadkiem. Akurat spacerował po Rynku Miasta Lalek. - uśmiechnął się, widząc we wspomnieniach dobrotliwą twarzy starego Marionetkarza - Był... z wnukami. Małą, roześmianą dziewczynką i spokojnym chłopcem. Nie pamiętam ich twarzy... pamiętam tylko, że gdy szedłem w jego stronę, dziewczynka wpadła na mnie niechcący i klapnęła na bruk. Nie bała się jednak. Patrzyła na mnie bez słowa. - spojrzał w oczy Anomanderowi, jego były dziwnie wesołe - Nie mogłem odnaleźć słów na to by podziękować staremu Eliaszowi. Jego Sześcioręcy do końca pozostali wierni Krainie Luster... - wypuścił powietrze a kąciki ust drgnęły, walczyły by Aeron pozwolił im się opuścić w grymasie smutku - Dali mi wiarę, że może to jeszcze nie moja pora. Może jeszcze nie powinienem umierać... - oczy ponownie zaszły łzami - Wiesz co zrobił stary, dobry Drosselmeyer gdy mnie zobaczył? - rogaty zrobił celowo dłuższą pauzę po czym z jego ust wydobyło się coś, będące połączeniem śmiechu i szlochu - Zwyczajnie podszedł i zamknął mnie w ramionach. Do dzisiaj nie wiem, skąd wiedział co chciałem mu powiedzieć. Nie wiem... - mężczyzna pokręcił głową ale uśmiechnął się. To wspomnienie było jednym z jego piękniejszych. Jednym z tych nielicznych, które pielęgnował.
Kolejne nazwisko wcale mu się nie podobało. Znał kogoś należącego do tego rodu. Przeklętego Vyrona Larazirona, skurwysyna jakich mało. Słyszał opowieści o śmierci jego całej rodziny. Spotykał go na bankietach wystawianych przez Arcyksięcia dla Szlachty Krainy Luster.
Musiało więc istnieć jakieś powiązanie. Anomander nie mógł pamiętać tego nazwiska bez powodu. Aeron postanowił na własną rękę dowiedzieć się, co łączy Największego Okrutnika wśród Upiornej Arystokracji z rodziną Drosselmeyer i oczywiście połączonej z nią rodziny van Vyvern.
Dlaczego poczuł niepokój? Ciężko to wyjaśnić. Może to przeczucie. Może dlatego, że nazwisko Laraziron zawsze mroziło krew w żyłach i nigdy nie wiązało się z niczym dobrym.
Anomander tak pięknie mówił o swojej Miłości. Vaele wiedział, że on nigdy nie będzie potrafił mówić w ten sposób. Bo choćby nie wiadomo co się stało, choćby jego życie wywróciło się teraz o 180 stopni... on żył już ponad 500 lat. A skoro jeszcze nie spotkał na swej drodze tak silnej Miłości, raczej nie istniało prawdopodobieństwo, by jeszcze ją spotkał. Bo nawet jeśli przyjdzie mu żyć kolejne 500 lat albo i więcej, osoba zamknięta i nie znająca tego uczucia nie rozpozna kiedy obok niego przejdzie.
Gdy Dyrektor podał mu rękę by pomóc mu wstać, rogaty chwycił ją mocno i podniósł się ale nie puścił jego dłoni. Uznał, że przytrzymując ją może w jakiś magiczny sposób prześle niebieskookiemu szacunek, który w tej chwili do niego czuł. Szlachcic jeszcze nigdy nie spotkał kogoś pokroju Anomandera.
Nagle pociągnął go lekko i nieoczekiwanie przylgnął do niego, przytulając go mocno. Skrzydlaty nad nim górował wzrostem, ale nie przeszkadzało to Upiornemu. Zacisnął mocno ręce wokół jego piersi.
- Tak jak kiedyś Drosselmeyer... Ty też na pewno wiesz, co chciałbym teraz ci powiedzieć. - mruknął cicho. Uśmiechnął się łagodnie. Tego mu było trzeba. Nie było nic złego w tym, że dwóch mężczyzn się przytuliło. Przecież i oni mają uczucia.
- Wiesz też, że nie da się ubrać w słowa, tego co chciałbym powiedzieć. - dodał i przez chwilę trzymał go, jakby się bał odtrącenia.
Nie trwało to długo. Thorn puścił go i cofnął się po czym kiwnął głową na znak potwierdzenia, gdy ten pchnął go lekko w stronę stołu. I znowu w jego oczach pojawiła się wesoła iskierka, gdy tamten wspomniał o lataniu. Aeron zawsze zazdrościł Opętańcom skrzydeł. Marzył o tym, by wzbić się w powietrze i spojrzeć na świat z tej perspektywy.
A Anomander oprócz tego, że pozwolił mu zajrzeć do swojej Biblioteki, oprócz tego, że wybaczył mu atak to jeszcze zaproponował mu... że spełni to jego dziecięce marzenie.
Vaele tym bardziej poczuł respekt do Medyka. Już teraz był pewien, że rozmawia z Istotą Starożytną.
Już się nie bał. Nie, kiedy działały leki i stało się, to co się stało. Zaufał Anomanderowi i odrzucił natrętne myśli. Wielu rzeczy nie rozumiał ale nie było to teraz takie ważne. Czuł, że nie stanie mu się krzywda. Na zadanie pytań jeszcze przyjdzie czas.
Położył się posłusznie na stole i spojrzał na Dyrektora. Posłał mu szczery uśmiech i skinął mu wolno głową.
- Dziękuję. Za wszystko.

Anomander - 16 Listopad 2017, 23:55

Aeron opowiadał a Anomander słuchał.
Wychodziło na to, że chłopak mógł mieć co najmniej tyle lat co skrzydlaty albo i znacznie więcej. Brał udział w walkach i znał Eliasza. Skrzydlaty mimo tego, że opowieść był dość tragiczna uśmiechał się lekko. Wojna, marionetki nia miały w sobie nic zabawnego, ale ten staruszek z siwa brodą i opaską na oku, które stracił kiedyś przez przypadek – Eliasz Drosselmeyer – był zabawną osobowością. Gdy przyjeżdżał do nich z wizytą zawsze był takim pogodnym dziadziem-pierdziem posiadającym większą wiedzę o lalkach i marionetkach niż wszyscy lalkarze teatralni razem wzięci. Do dziś pamięta ich wspólny wypad do teatru lalek. Siedzieli na przedstawieniu a staruszek kręcił nosem. Nie podobały mu się lalki, ciągle czepiał się animacji postaci i w ogóle był jakiś takie obrażony na cały świat. W końcu, gdy przedstawienie dobiegło końca postanowił, że pójdzie to wyjaśnić. I pokazał im sztukę. W ciągu kilkunastu minut zrobił lalkę sceniczną tak zmyślną, że nie tylko wyglądała jak żywa, ale też poruszała dłońmi bez czempurytów. Oczywiście posypały się pytania o to gdzie się uczył, kiedy, w jaki sposób ją wykonał, oraz inne typowe pytania zadawane przez zaskoczonych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko. W ciągu tych kilku minut dostał tyle ofert pracy, co Anomander przez całe życie, ale odrzucił je wszystkie. Staruszek tylko uśmiechał się, głaskał swoją nowo zrobioną lalkę (którą później zabrał ze sobą twierdząc, że nazywa się Molly) a na koniec stwierdził, że z tym trzeba się urodzić. Dał kilka rad aktorom, pokazał jak animować pojedynek marionetek za pomocą jednego krzyżaka ośmioodsadniowego i jednej ręki. Był prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Gdy tylko dotykał marionetek i lalek te zaczynały się zachowywać jakby żyły. Teraz to już nie dziwiło Anomandera, w końcu jego, jak by nie patrzyć dziadek, był Marionetkarzem, i to z tego co słyszy nie byle jakim.
Pamiętał swoje przerażenie i zdziwienie gdy przejął ten dom znalazł jego działa. Sześciorękich. Stały w piwnicach zniszczonego skrzydła. Wielkie na przynajmniej pięć metrów, w każdej dłoni dzierżyły ogromne miecze. Na plecach miały coś, co przypominało spalone i zniszczone skrzydła. Prawdziwe upadłe anioły. Kto wie może to na wierzeniach ze Świata Ludzi wzorował się Staruszek? Te marionetki, wyglądające bardziej jak potwory z koszmarów, niż dzieła sztuki marionetkarskiej wzbudzały strach już samym faktem swojego istnienia. W niektórych z nich dalej tkwiły połamane ostrza, groty i drzazgi. Wszystkie miały na sobie ślady cięć, uderzeń i zakrzepłą krew. O ile inne marionetki Anomander, zgodnie z radami marionetkarzy, ponakręcał, o tyle Sześciorękich zostawił. Obawiał się ich. Stary Drosselmeyer nie bez przyczyny ukrył te potwory w podziemiach. Pamiętał, że któregoś dnia policzył te monstra. Było ich dwadzieścia jeden. Dwadzieścia jeden potworów, które miały w sobie coś przerażającego, jakąś nieludzką złość, potworne oblicza i puste oczy. Czemu akurat tyle? Nie wiedział. Może było ich więcej, tylko niektóre zostały zniszczone? A może ten jeden, dodatkowy, był ich dowódcą? Gdy rozbierano skrzydło zostawił do niego jedno ukryte i zabezpieczone wejście. Martwi i pogrzebani – tak o nich myślał – zawsze mogli zostać przebudzeni. Tylko czy był ktokolwiek, poza starym Eliaszem, kto mógł ich kontrolować?
Gdy Aeron mówił o dzieciach skrzydlaty uśmiechnął się smutno.
- Tak, to były nasze dzieci. Eryk i Zoe. Były jego oczkami w głowie. Gdy tylko było to możliwe pokazywał im cały świat. Kto wie, gdyby dziś żyły, może któreś poszłoby w jego ślady? – zamyślił się na chwilę, a było to zamyślenie smutne. Jednak w miarę tego jak rogaty kontynuował opowieść nieco się rozpogadzał - Staruszek już taki był. Wiedział chyba wszystko jeszcze przed tym, zanim mu się powiedziało. Ja zawsze zwalałem to na lalki. Skoro Staruszek wiedział czego im potrzeba, to lubię wierzyć, że tak samo jak swoje marionetki czytał ludzi. – powiedział skrzydlaty - A może był po prostu bardziej ludzki niż to jakikolwiek rozkaz przewiduje. Może wystarczyło mu jedno spojrzenie by wyczytać wszystkie emocje z twarzy napotkanego. Nie wiem.
Również przytulił Ciernia i poklepał go po plecach. To było takie … normalne. Taki gest męskiego braterstwa.
Gdy weszli do pokoju spokojnie posadził i położył go na stole. Ustawił aparat na pozycji i poszedł do kantorka. Nie przestawał mówić do rogatego. Cały czas mówił że tylko przygotowują się do badania i jeszcze nic się nie dzieje. Później wyszedł i jeszcze raz przestawił aparat. Znowu zniknął w kantorku ale dalej wołał do Ciernia by ten się nie bał, i że za chwilę zaczną badanie tylko wszystko przygotuje jak należy. Wychodził i wchodził kilka razy. Poprosił, by Aerona by ten położył się na boku, bo to jeszcze chwilę potrwa, a tak będzie lepiej dla kręgosłupa. Znów nastawiał aparat. Na koniec kazał mu położyć rękę na stole i tez oświetlił ją dziwnym krzyżykiem. Ponownie poszedł do kantorka i wyszedł z niego chwilę później. Popatrzył na leżącego Aerona.
- Wiem, że stół jest wygodny i fajnie pachnie, ale pora wstawać. – powiedział krzyżując ręce na piersi i uśmiechając się - I co, było tak źle jak się spodziewałeś?
Uśmiechnął się serdecznie i pokręcił głową lekko. Jakby mówi „Ot, psotnik mały”
Ponownie wszedł do pomieszczenia i wyszedł z niego niosąc trzy dość duże arkusze czarnego materiału, który wydawał dziwny dźwięk gdy się zginał. Uniósł je do żarówki i czerwonym flamastrem coś zaznaczał.
- No, już pora na Czas Wielkich Odkryć. Chodź, zobaczysz swoje kości.
Podszedł do dziwnej białej tafli, która po dotknięciu jej ręką zrobiła się jasna.
- To co widzisz to plansza do odczytu zdjęć, które dla uproszczenia nazywać będziemy obrazami. Można robić to pod światło ale tu jest lepiej i widać więcej
Powiedziawszy to przyłożył pierwsze zdjęcie.

Ukazały się na nim zrośnięte kości łokciowa i promieniowa. Łokciowa nosiła ślady poważnego urazu ale zrosła się dość dobrze jak na fakt że opatrywał ją jakiś lokalny konował.
- Kość łokciowa, czyli ta oznaczona przeze mnie dwoma czerwonymi kropkami, zrosła się w miarę ładnie, podobnie jak pęknięta wcześniej promieniowa. Nie mam do nich żadnych uwag.[color]
Zdjął kliszę i założył nową.

Na tej, ukazany był kręgosłup lędźwiowy oznaczony czerwonymi liniami przez skrzydlatego.
- [color=#3399cc] Widać że mocno przywaliłeś w to drzewo. Kręgosłup jest skręcony, nosi ślady stanu zapalnego, a tu gdzie zrobiłem strzałkę mamy zwężenie i lekkie przesunięcie. Dostaniesz leki które Ci pomogą a następnie skierowanie na rehabilitację i masaże. Poćwiczysz troszkę z Klinice, pogniotą Cię tu u nas na rehabilitacji jak kogut kurkę w słoneczny dzionek i powinno być dobrze.

Zdjął kliszę i powiesił trzecią.

Na tej ukazał się kręgosłup piersiowy i żebra.
- Widzisz te kropki? – zapytał skrzydlaty patrząc na Ciernia - Zaznaczyłem nimi to co jest złamane. Tam gdzie są trzy kropki konieczna jest interwencja chirurgiczna. Tam gdzie dwie niestety też, ale stan jest mniej poważny. Wytłumacz mi jedną rzecz, jak z takimi obrażeniami możesz w ogóle oddychać nie mówiąc już o mówieniu? Przecież to boli jak jasna cholera.
Zdjął ostatnią klisze i dołączył do pozostałych. Wszystkie trzy wręczył Aeronowi.
- Proszę, to Twoje kości. Możesz je podziwiać kiedy tylko zechcesz. Jakby było trzeba to kiedyś przyniesiesz te zdjęcia ze sobą. Jutro wypożyczę je od ciebie na chwilę, ale zanim się obudzisz będziesz je miał z powrotem – powiedział Anomander podchodząc do drzwi wyjściowych z pokoju i pchając wózek przed sobą. Złoty Rydwan zaparkował przy stole operacyjnym.
Skrzydlaty wszedł jeszcze raz do pracowni. Zgasił światło i wyłączył generator. Pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
- Jutro przeprowadzę operację. Połączę Twoje żebra tak, byś mógł funkcjonować jak dawniej. Nie bój się, nic nie poczujesz, będziesz spał jak kamień, a gdy się obudzisz będzie już po wszystkim. – powiedział Anomander - Wadą tego, że masz mieć operację jutro rano jest to, że dziś niestety musisz pozostać na czczo. Co najwyżej możesz napić się wody. Jednak po operacji będziesz mógł pałaszować ile dusza zapragnie. Muszę powiedzieć Ci jednak coś ważnego. Nie tylko po operacji, ale też do chwili, aż Twój kręgosłup zostanie wyleczony, będziesz miał zakaz przeciążania go. Żadnego wysiłku, żadnego dźwigania et cetera. Dlatego będziesz jeździł na … Rydwanie Szatana. W Krainie Luster nikt nie jeździ na wózkach zatem Ty, jadąc takim złotym zadaszonym pojazdem będziesz prekursorem nowej mody na … jak by go tu nazwać … Już wiem! Samojazd. Będziesz pierwszym posiadającym Samojazd w Krainie Luster. Nawet Sam Arcyksiążę nie ma takiego Samojazdu. Pamiętaj tylko, że z górki musisz hamować bo skubany lubi się rozpędzić, a że nie jest mądrym koniem tylko zwykłym narzędziem to i o wypadek nie trudno. Poza tym Rydwan Szatana wygląda tak, że nikt nie połączy go z czasową niepełnosprawnością. Ten oto Samojazd sam napędzasz popychając obręcze na kołach. Możesz też kazać słudze lub dzieciom by Cię pchały tak jak przed chwilą robiłem to ja. – wytłumaczył Anomander, ale za chwile zorientował się, że wysnuł twierdzenie nie mając żadnych przesłanek - Przepraszam bo nie dopytałem, masz dzieci prawda?
Gestem wskazał by Cierń usiadł na wózku. Po czym ruszył ku wyjściu z sali operacyjnej.

Thorn - 17 Listopad 2017, 18:50

Dzieci Anomandera zmarły, tak? Thorn niestety nie wiedział co powiedzieć. Sam też stracił rodzinę ale postrzegał to raczej jako błogosławieństwo. Dopiero gdy umarł stary Vaele, Aeron mógł zacząć normalnie żyć. Cóż... gdyby Matka nie powiedziała mu przed śmiercią takich przykrych rzeczy, może by nawet zapłakał. Może nawet co roku wspominałby ją, w ten jeden dzień. Gdyby okazała się inna...
Słuchał Dyrektora uważnie i przytakiwał mu uprzejmie. Nie znał tak dobrze Drosselmeyera. Nawet z nim nie rozmawiał bo gdy doszło do spotkania, nie mógł wykrztusić an jednego słowa.
Nie było potrzeby by dodawać coś więcej. Obaj byli tak wymęczeni, że pewnie gdyby mogli, każdy poszedłby do swojej kwatery i najzwyczajniej uciął komara, jak się to mówi. Ale mieli przed sobą jeszcze trochę roboty. Hmm... nawet nie tyle oni, co on, Anomander.
Był mu wdzięczny, że go nie odtrącił. Chyb obaj potrzebowali tak zwykłego a jednak mówiącego wiele gestu. Tu nie chodziło o bliskość czy uczucie. Zwyczajnie okazali sobie zrozumienie i potwierdzili solidarność. Dodatkowo Dyrektor potwierdził, że wybacza Upiornemu.
Nadal obawiał się badania. Nie wiedział, co go czeka ale jednak posłusznie położył się na stole. Spojrzał niepewnie na Lekarza, ale gdy usłyszał, że ten do niego mówi, uspokoił się. Chyba domyślił się, że Cierń bał się zostać sam w tym obcym miejscu. Warczący mechanizm naprawdę nie pomagał w relaksie.
Kilka razy wychodził i wracał. Może coś ustawiał? Wyglądał jakby poprawiał działanie maszynerii ale Thorn nie wiedział co dokładnie skrzydlaty robi w małym, przyległym pokoiku. Czekał na sygnał. Oddychał miarowo i patrzył w sufit. Słuchał mężczyzny by wychwycić moment, kiedy ma się przygotować na start.
W pewnym momencie kazał mu się położyć na boku. Rogaty uniósł głowę i spojrzał na niego zdumiony, ale spełnił prośbę. Pewnie gdyby nie leki, teraz skrzywiłby się z bólu bo leżenie na boku nie było dla niego ostatnimi czasy przyjemne. Ułożył się wygodnie i przeniósł wzrok na ścianę.
Przygotowania przedłużały się ale nie marudził. Nie znał się zupełnie na leczeniu przy pomocy takiego sprzętu. Niby Anomander wyjaśnił mu, że... z tego badania pozostanie jakiś obraz, ukazujący jego kości. Aeron nie wierzył, że coś takiego może istnieć, no chyba, że ktoś szybko namaluje przybliżony obraz jego szkieletu. Ale co niby miałoby to pokazać?
Nagle Dyrektor wyszedł i stanął w drzwiach, uśmiechając się życzliwie. Vaele spojrzał na niego i słysząc jego słowa, prawie mu szczęka opadła. Co? Już po wszystkim? Ale... co się właściwie stało?
Podniósł się, odwzajemniając uśmiech i pokręcił głową. Teraz było mu głupio, że tak bał się badania. Było całkowicie bezbolesne... właściwie tylko poleżał chwilę i koniec.
- Stół faktycznie wygodny. Ale zapach... Cóż, polemizowałbym. - zaśmiał się, rozładowując napięcie. No tak. Duży, rogaty pan przestraszył się leżenia na stole.
Gdy skrzydlaty go zawołał, Upiorny wstał i podszedł do tafli która za chwilę zaświeciła się, oświetlając ich twarze mlecznym światłem.
Był wstrząśnięty tym co zobaczył. Każdemu zdjęciu przyglądał się, zbliżając się i oddalając, by ogarnąć wzrokiem zarówno całość jak i szczegóły. Miał szeroko otwarte oczy i milczał, tym razem z wrażenia.
- T-to są moje kości? - zapytał, chociaż przecież nie musiał - Jak... jakim cudem?
To zdecydowanie nie był obraz namalowany na szybko przez malarza. Czerwone kropeczki ukazywały miejsca problematyczne, Aeron przekrzywiał głowę by lepiej wszystko pojąć. Nie był Medykiem i nie potrafił czytać z tych... klisz. Ale bardzo się starał, chociaż jego szybkie mrugnięcia i zdumienie na twarzy zdradzały, że jednak niewiele rozumiał.
Ale wierzył Dyrektorowi. Skoro ten mówił, że nie było źle, pozostawało tylko się cieszyć.
Zaśmiał się słysząc określenie. "Pogniotą jak kogut kurkę w słoneczny dzionek."... Jeszcze chyba nie słyszał tak rubasznego porównania.
Spojrzał na Anomandera i posłał mu uśmiech. Trudno, niewiele rozumiał ale i tak cieszył się, że doszło do badania. Najwidoczniej Lekarz wiedział co robi.
Na ostatniej kliszy było najwięcej czerwonych znaczników. Arystokrata zmrużył oczy i przez chwilę wyglądał nawet jakby łapał o co chodzi. Po chwili udawania mądrego westchnął jednak, rezygnując z prób udowodnienia, że nie zostaje w tyle.
Pytanie niebieskookiego zaskoczyło go. Nie wiedział, że z jego żebrami było tak źle.
- Fakt. Trochę boli. - wzruszył ramionami z uśmiechem - Możesz uznać, że jestem twardzielem. - dodał, szczerząc się jak głupi.
Rozmowa stała się o wiele luźniejsza. Nawet przeszli naturalnie na "Ty" co Aeronowi bardzo się podobało. Nie lubił ciągłego udawania, zwłaszcza kiedy łapał z drugą osobą tak dobry kontakt.
Wziął obrazy i podziękował grzecznie. W domu z pewnością będzie im się przyglądał. Wykorzysta też je do nauki, następnym razem gdy tu przyjdzie, będzie wiedział o Klinice i metodach leczenia o wiele więcej!
- Będę spał w trakcie operacji? - zapytał szczerze zdziwiony. Nie oczekiwał odpowiedzi, wiedział, że i tak wszystkiego się dowie. W końcu... to jego ciało Anomander będzie kroił, prawda?
No dobrze, trochę się obawiał zabiegu. Wierzył jednak, że jest w dobrych rękach. A nauczony doświadczeniem sprzed kilku minut postanowił nie odstawiać już żadnych cyrków. Nie chciał sprawiać więcej problemów, już wystarczy, że zaatakował Dyrektora.
I ostatecznie nie było się czego bać. Aeron nawet nie wiedział, kiedy skrzydlaty wykonał obrazy z jego szkieletem.
- Wytrzymam. - powiedział na wieść, że ma być na czczo. Zrobił błąd, że nie zjadł rano śniadania ale nie przewidział, że tak szybko otrzyma pomoc. Kiszki jeszcze nie grały mu marsza, ale wiedział, że wieczorem już będą... Mówi się trudno. Będzie pił wodę. Dużo wody. Jakoś tak już jest, że jak jest się głodnym i wypije się kilka litrów czystej wody, nagle głód znika, oszukany płynnym wypełnieniem żołądka.
Na kolejną uwagę zaśmiał się serdecznie. Nie sądził, że będzie musiał oszczędzać ciało aż do tego stopnia, że ma zrezygnować z chodzenia, ale perspektywa jazdy na tym fotelu była zabawna! Dodatkowo, gdy usłyszał zapewnienia, że nawet Arcyksiążę nie zna Samojazdu, poczuł się jak prekursor jakiejś nowej mody. A Arystokraci bardzo lubili, gdy byli w czymś pierwsi. Nawet Aeron, Szlachcic nie pasujący do reszty pobratymców.
Nazwa niewiele mu mówiła. Kim był ten... Szatan? Najwyraźniej kimś ważnym, może jakimś bóstwem albo bohaterem śmiesznej książki? Vaele postanowił poszukać odpowiedzi w Bibliotece, o ile Anomander po tym co się stało nadal będzie tak chętny, by go tam zaprowadzić.
Ostatnie pytanie sprawiło, że niespokojnie drgnął. Uśmiech zniknął mu z ust. Siadając miał minę, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Jego lico zachmurzyło się ale tylko na chwilę. Gdy już się usadowił, spojrzał w tył na drugiego mężczyznę.
- Nie mam dzieci. - powiedział powoli - Jestem ostatnim Vaele i tak już pozostanie. - dodał ale poczuł, że przydałoby się wyjaśnić, dlaczego tak myśli - Nie będę obarczać potomka... tak wielkim ciężarem, jakim byłoby posiadanie mnie za ojca. Nie chodzi mi o to, że jestem zły czy... nie umiem się zająć dzieckiem... - oj kłamał, bo nie umiał! - Zwyczajnie nie chcę by moje dzieci żyły z łatką, jaką przypięto mnie. Z łatką, której nie da się tak łatwo pozbyć. - westchnął - Poza tym... nie sądzę bym potrafił kogoś pokochać. Jestem dość otwartą osobą, łatwo nawiązuję znajomości a nawet przyjaźnie ale nie czuję nic więcej. Przywiązanie czy troska, która czasem czuję w stosunku do bliskich mi osób nie jest i nie będzie nigdy miłością.
Zamilkł na chwilę. Chciał ładnie ubrać w słowa to, co chciał powiedzieć. Przychodziło mu to z trudem bo pierwszy raz musiał odpowiedzieć na takie pytanie.
- Moja Matka przed śmiercią powiedziała mi, że byłem jej największym błędem. Że żałuje, że się mnie nie pozbyła kiedy jeszcze miała okazję. - postanowił nieco się otworzyć - Nie chcę, by moje dzieci kiedykolwiek usłyszały coś takiego od kogokolwiek, nawet obcych. A obawiam się, że biorąc pod uwagę moje pochodzenie... raczej słyszałyby to często. - podniósł na niego wzrok i spojrzał mu głęboko w oczy - Dzieci Bękarta nigdy nie będą traktowane na równi z innymi. Zawsze będą gorszymi... Potomkami brudnej krwi. - stwierdził z powagą - Dlatego zdecydowałem, że nigdy nie będę miał rodziny. Ród Vaele, plugawy ród którego członkowie byli straszliwie okrutni... Wymrze wraz z moją śmiercią. - uśmiechnął się blado po czym nagle zmienił uśmiech na zawadiacki, przez co wyglądał jak psotny chłopiec - A poza tym nie trafiłem jeszcze na panią, która byłaby zainteresowana czymś więcej niż zabawą w łóżku albo zwykłą przyjaźnią.
Wyjechali z pomieszczenia i skierowali się w stronę pokoju, który miał na jakiś czas zastąpić Aeronowi sypialnię.
Gdy znaleźli się w pomieszczeniu, z dala od uszu innych Pacjentów, spojrzał na niego już ze spokojniejszym, łagodniejszym uśmiechem.
- Jaką piosenkę śpiewały twoje dzieci?


Z.T. Thorn i Anomander

Bane - 30 Listopad 2017, 06:47

Wjechał do sali operacyjnej i odetchnął z ulgą. Docierając tutaj był już prawie pewny, że odratują tego tu pociętego, leżącego na stole. Facet pojękiwał, więc był przytomny. Bane rozpoznał też jego twarz. Z trudem, bo pamiętał go jako czarnowłosego, roześmianego typa, ale jednak kojarzył te rysy twarzy.
Lusian Foxsoul.
Tylko co ten gość robił w Krainie Luster? Miał uszy i ogon, ale cholera wie czy to doczepki jak u Tulki czy efekt jakiejś mocy. Na te pytania jeszcze przyjdzie pora.
Bane czekał na pozostałych, lekko zdenerwowany. Czuł na sobie delikatny zapach błota, który przyniósł ze sobą Pacjent. Marzył by się umyć. Trzeba będzie też rozpylić środek dezynfekujący, tak na wszelki wypadek.
Nie mógł wyjść, nie mógł nic zrobić. Przecież nie zostawi Lusiana samego. Mężczyzna krwawił, teraz po umyciu i oblaniu ran środkiem odkażającym nieco mocniej.
Anomander wpadł chwilę później. Bane spojrzał mu prosto w oczy. Gad mógł zauważyć, że Chirurg wpadł w swój standardowy tryb, jak zawsze gdy miał pracować. Chwilowo przed skrzydlatym nie stał już rozhisteryzowany Cyrkowiec a w pełni sprawny i gotowy do działania Lekarz.
- Złamanie otwarte łydki. - zaczął mówić z powagą, jakby recytował wiersz - Ugryzienie na policzku, zmasakrowane przyrodzenie, jeszcze nie wiem czy do odratowania. Reszta obrażeń powierzchowna, nie wiadomo jak do tego wszystkiego doszło. Pacjent, Lusian Foxsoul, jest odporny na używki i leki przeciwbólowe.
Potrzebował polecenia i jeśli tylko je dostał, ruszył do wyjścia. Musiał szybko się ogarnąć, odświeżyć i przebrać do operacji. Był lekko zestresowany bo czeka go dość poważna operacja przyrodzenia znajomego Aktora. Bał się, że trzeba będzie amputować kuśkę... a bardzo tego nie chciał. Wyglądała źle, ale może lepiej nie wydawać osądu tak wcześnie.
- Proszę nie pozwolić Julii zbliżać się do jego krocza. - powiedział cicho, przechodząc obok Dyrektora. Prośba była nieco głupawa i Bane zarumienił się mocno, ale był poważny. A przynajmniej się starał.
Pognał się przygotować. Szybko wziął prysznic by zmyć odór błota i wszelkie drobnoustroje. Tym razem nie spryskał się aż tak perfumami ale za to ponownie umył zęby. Ubrał czyste ubranie i pobiegł do magazynu by tam je zmienić na uniform medyczny. Wszystko zajęło mu może z 10 minut, Anomander miał czas by przygotować pacjenta do zabiegu.
Wszedł do operacyjnej przygotowany. Grzywę spiął w górę czarną, małą spinką by nie leciała mu do oczu. Szybko w przyległej umywalni umył ręce i wyszedł trzymając je w górze, by Anomander pomógł mu założyć rękawice.
Czas działać. Czekał na dalsze instrukcje. W duchu aż wył z radości, że może jednak dzisiaj chociaż trochę popracować.
Uratują Lusiana. Przecież są diabelnie dobrymi Medykami, już nie raz oszukali Śmierć.

Anomander - 30 Listopad 2017, 09:11

Sprawa z którą pacjent przybył do Kliniki wyglądała na poważną, nie było zatem czasu do stracenia. W korytarzu prowadzącym do umywalni i sali operacyjnej unosił się zapach perfum Bane’a i coś jeszcze. Jakiś nieznośny i wyczuwalny zapach wdzierający się w nozdrza subtelnie niczym cios w mordę. Ani chybi smród gówna. Anomander widział, że Chirurg ucieszył się z możliwości powrotu do pracy, ale żeby się zaraz zesrać z radości? Cholera, ludzie mają dziwne metody na okazywanie swojego szczęścia. Zganił się w myślach. To nie był czas na humorystyczne przemyślenia.
Ruszył biegiem.
Do miejsca przeznaczenia dotarł w ciągu chwili, i może nie wpadł do sali operacyjnej jak burza, ale to z rozmachem godnym Jaśnie Pana. Oburącz pchnął drzwi, pomagając sobie wychyleniem ciała ku przodowi. Wejście jak w klasycznym westernie. Szkoda tylko, że skrzydlaty nie znosił westernów. Stanął w wejściu, szybko ogarniając salę wzrokiem. Od razu zobaczył Bane’a i jakąś leżącą na przewoźnym łóżku istotę, która jako żywo, wyglądała niczym męska wersja Julii. Też miała uszy i ogon. Tyle, że białe.
Podszedł do Bane’a wysłuchując raportu. Złamanie otwarte nogi w łydce, liczne rany na całym ciele, pogryzienie na twarzy i na udach, ślady po pazurach a do tego przyrodzenie przypominające befsztyk tatarski. Zajebiście.
Większość z tych obrażeń skrzydlaty mógł zrozumieć. Jakiś przykry wypadek. Wybuch granatu albo miny. Nie potrafił jednak pojąć etiologii śladów po pazurach na torsie, pogryzienia na twarzy i udach, że o ranach na przyrodzeniu nie wspomni. Cholera, chyba trafił im się niezwykle śmiały i szukający mocnych wrażeń homoseksualistą. Wersja pierwsza wydawała się prawdziwsza, ale mimo to nie mógł przegonić natrętnej myśli, że oto na stole operacyjnym leży radosny i natchniony zoofil, który w przypływie głodu erotyki międzygatunkowej i szale pożądania dopadł jakiegoś wyjątkowo rozsierdzonego rosomaka. Może i kształt zębów nie przypominał paszczy rosomaka, ale kto wie jakie dziwy kryją się w Krainie Luster? Cóż, jeśli pominąć te szczegóły, to sprawa wyglądała kiepsko. Może nawet chujowo. Jeśli Bane mówi, że nie wie czy da radę coś odratować, to znaczy, że najlepiej byłoby to zwyczajnie amputować.
Poszedł szybko umyć ręce i założył rękawiczki, w końcu musiał zająć się pacjentem do chwili aż zbierze się cały zespół.
- Widzę, że umyłeś pacjenta. Dobra robota Bane. Świetnie się spisałeś, a teraz biegnij się przebrać. – powiedział Anomander kiwając mu głową
Gdy usłyszał prośbę białowłosego uśmiechnął się pod nosem. Podszedł do niego i pochylił się do ucha białowłosego szepcząc cicho
- Nie pozwalać jej pomóc cierpiącemu, czemu? Czyżbyś bał się porównań albo był zazdrosny? Nie przejmuj się, podobno liczy się grubość a nie długość. Tak przynajmniej mówią wszyscy ci, którzy maja małego Wacusia. – puścił oko do Bane’a i brodą wskazał na drzwi dając do zrozumienia że nie ma na co czekać.
Przykrył przyrodzenie Luciana chustą (na wypadek gdyby Julia weszła na salę) i podszedł do witryny wyjmując z niej zestaw do kroplówki a następnie zakładając kaniulę obwodową. Wykonując te działania ciągle mówił do Pacjenta.
- Witam Pana, Nazywam się Anomander van Vyvern i razem z Panem doktorem Bane’m Blackburnem oraz Panną Julia Renard dołożymy wszelkich starań by przywrócić Pana do dawnej świetności. Proszę być dobrej myśli. Pan Bane to znakomity chirurg. Na początek będziemy musieli prześwietlić kończynę i sprawdzić w jakim stanie są kości oraz zbadać wszystkie rany. Następnie dokonamy repozycji kości podudzia i zajmiemy się innymi obrażeniami. W związku z tym, że jest Pan odporny na leki przeciwbólowe oraz inne używki zmuszeni będziemy podać Panu narkozę wziewną. Czy rozumie Pan, co do Pana mówię? – sprawdzał na ile pacjent kontaktuje
Podał kroplówkę by zminimalizować skutki szoku wywołanego utratą krwi.
Przesunął łóżko do butli z gazem i założył pacjentowi maskę na twarz. Musiał zaryzykować podanie mu znieczulenia. Ketamina, Propofol lub zwykłe środki przeciwbólowe raczej nie miały szans zadziałać, a przenoszenie pacjenta ze złamaniem otwartym ze stołu na stół, przy zachowaniej świadomości, odpadało ze względu na silny ból. Nie było wyjścia, trzeba podać narkozę. Bał się, że jeśli spróbują operować bez narkozy i znieczulenia pacjenta zabije szok wywołany bólem.
- Proszę oddychać głęboko i powoli liczyć od stu do zera – powiedział monitorując akcję serca pacjenta.

Yako - 30 Listopad 2017, 10:20

Naprawdę starał się pokazać, że nie jest taki miętki, ale niestety ból był ogromny. Yako miał podwyższony próg bólu, ale nie był na niego nieczuły. Po prostu przez te wszystkie lata, nauczył się go ignorować. Zwłaszcza po wypadku sprzed dwóch lat. Ta sytuacja mi to trochę przypominała. Dlatego bał się, że jak wyjdzie stąd to nie zobaczy już Gawa. Nie docierało do niego, że te dwie rzeczy nie były tym samym. Był po prostu ból, który kojarzył mu się z czymś co dla tak wiekowego demona wydarzyło się całkiem niedawno.
Słyszał to co mówią do siebie lekarze. Otworzył lekko oczy, był na sali operacyjnej, ale jakiejś przestarzałej. No tak...to nie Świat Ludzi. Jego uszy drgnęły, gdy Bane zaczął mówić w jakim jest stanie. Przekrzywił głowę w przeciwnym kierunku, słysząc, że nie wiadomo czy uda się go całego odratować. Zamknął oczy i z trudem przełknął ślinę. Było mu słabo, ale teraz zrobiło mu się tak trochę gorzej. Pewnie przez to co usłyszał.
Gdyby był w formie to pewnie zwróciłby uwagę na dalsze słowa lekarzy, jednak nie potrafił się już skupić. Miał już tego bólu ta serdecznie dość. Znów odwrócił głowę i uchylił powieki, ukazując czerwone oczy z nikłą domieszką fioletu, gdy drugi z mężczyzn się do niego odezwał. Normalnie pewnie by wywrócił oczami i powiedział, że zna Blackburna oraz wie jak to wygląda, ale teraz nie miał na to ani siły ani ochoty - rozumiem - powiedział cicho.
Nawet nie poczuł wkłucia. Wiedział, że teraz musi się oddać w ręce lekarzy. Był jednak w Krainie Luster, nadal, więc był trochę spokojniejszy. Szkoda, że nie ma tutaj Pardona, może jakoś by się przydał. Ale nie było nawet jak go wezwać. Poza tym lekarz Aktora nie za bardzo przepadał za swoją ojczyzną, z nieznanego Lisowi powodu, więc i tak lipa.
Poczuł jak zaczyna się poruszać. Ale nie jego ciało, raczej to na czym leżał. Pewnie znów go gdzieś przesuwają. Znów rozchylił powieki, czując jak lekarz nakłada mu coś na twarz. Maskę. Przytaknął głową i zaczął liczyć - 100, 99, 98, 97... - liczył powoli, cichym, zmęczonym głosem. Jedyne co mogło bardzo nie pasować Anomanderowi to to, że nie liczył on w lokalnym języku. Liczył w najprostszy dla niego sposób. Po japońsku -80, 79,78,...- starał się na tym skupić. Ale tak bardzo się bał tego wszystkiego - 65, 63, 6... - liczby zaczynały się mu mieszać - 60, 59....ko-wai - ostatnie słowo nie było już liczbą. Demon nawet nie zdawał sobie sprawy, że to powiedział. Tuż przed tym jak całkiem odpłynął, gdy już w końcu pozwolono mu zasnąć, po jego policzku, na którym widniała blizna po pazurach pewnej kotki, pociekła samotna łza.

Tulka - 30 Listopad 2017, 10:38

Skinęła głową i ruszyła do wyjścia zabiegowego. Nie było jej niestety dane opuszczenie pomieszczenia, bo w wejściu pojawiła się Marionetka. Słysząc wieści, westchnęła ciężko. Tego dnia jak na razie prawie nic nie idzie po myśli. Miała jednak nadzieję, że operacja przebiegnie pomyślnie, bo się chyba weźmie i całkiem załamie.
- Tak jest - powiedziała krótko, słysząc polecenie Dyrektora i przepuszczona w drzwiach szybko zniknęła by się przebrać. Zrzuciła bandaż, przez co zaczerwieniania na jej dłoni były widoczne i umyła dokładnie ręce. Przebrała się w świeży strój i spięła śnieżnobiałą grzywkę, by nie spadała jej na oczy w trakcie zabiegu. Nie ważne co Pielęgniarka będzie robić, musiała mieć oczy szeroko otwarte by móc jak najszybciej wykryć wszelkie nieprawidłowości. Nie zakładała nowego bandaża, nie było na to teraz czasu. Będzie musiała jakoś wytrzymać. Włosy związała w kok, by mieć pewność, że nic nie będzie jej przeszkadzać.
Gdy weszła na salę, Bane'a już tam nie było. Był Anomander, który właśnie usypiał pacjenta. Wsłuchała się w słowa białego lisa, który leżał na stole. Kojarzyła ten głos, ale nie umiała teraz przykleić do nikogo twarzy. Ale to nie ważne. Słyszała odliczanie, w obcym języku. Coś jej mówiły te słowa. Ocknęła się dopiero, gdy usłyszała ostanie. Westchnęła smutno i podeszła do Pacjenta. Pogłaskała go delikatnie po głowie, na uspokojenie. Może i był obcy dla niej, ale się bał. Nie znała japońskiego ale kilka słówek zapamiętała.
Wsłuchiwała się w jego oddech i głaskała go delikatnie, póki oddech nie stał się spokojny regularny. Gdy tylko to nastąpiło, szybko zniknęła w drugim pomieszczeniu, umyła dokładnie ręce i założyła rękawiczki. Wyszła do Anomandera gotowa do pracy, czekając na jego polecenia.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group