To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Klinika - Sala operacyjna

Jocelyn - 21 Marzec 2017, 08:58

Oho. Ale z Ciebie zimna suka Jocelyn. Jesteś paskudna. Dlaczego znowu starasz się ją od siebie odepchnac?
To chyba jasne nie? Nie chce jej mieszać w swoje brudy. Ona ma swoje miejsce tutaj. Widać że jest jej tu dobrze. Sama moja obecność tutaj za bardzo miesza.
Mogłam się spodziewać że Anomander skupi się na tym co było najmniej istotne. Nienawidzę Bane'a ale nie znaczy to że mam zamiar niszczyć mu życie tutaj czy robić cokolwiek innego co by mu zaszkodziło. To jest sprzeczne z zasadami. Owszem. Najchętniej uciełabym mu głowę tempą siekierką ale to tylko fantazje. Wiadome było że żadne z tej czwórki nie znało Joce na tyle by wiedzieć że gdyby przyszło co do czego i życie Bane'a byłoby zagrożone a on nie byłby w stanie się sam ratować to by mu pomogła. Bądź co bądź był w jej załodze. Przez jakiś czas był jej "rodzina". Mimo że był w niej czarna owca. A rodzina to świętość.
Słowa to jedno, czyny to drugie. Najchętniej przytulilaby Julie i powiedziała jak bardzo za nią tesknila. Jak bardzo cierpiała walcząc o to by ją odnaleźć. Jak bardzo żałuje wielu rzeczy. Ale tak już jest. Wystarczy powiedzieć pare słów osobie nieodpowiedniej i robi się heca.
Dlaczego dyrektor aż tak skupił się na sytuacji u tej dwójki? Przecież później było wszystko wyjaśnione. Zdała sobie sprawę z tego że trochę pokręciła swoją opowieść, słuchając jak Julia to przedstawiła. Rzeczywiście tak to było. Nie zmienia to jednak tego że Joce miala prawo zareagować tak a nie inaczej.
Z resztą. Ta historia była najmniej istotna. Do diaska...
Znała Julkę na tyle że wiedziała iż obojętność w głosie Joce i to co powiedziała o jej obecności musiało ją zabolec. Może i minęła kupa czasu ale takie rzeczy zawsze bola. No chyba że jest się Joce.
Ta klinika jest co najmniej dziwna. Tyle o ile dobrze się czuła w obecności Anomandera tak sama klinika... Źle na nią wpływa. Ten szum w głowie narastał. Nigdy tak nie miała. Przez niego miała problem ze skupieniem się na słowach Julii.
Zrobila tak jak zostało jej polecone. Zeszla na dol i odwinela bandaże które wylądowały w koszu. Ręce na których rzeczywiście już nic nie było, umyla dokladnie i wytarla w recznik. Przez ten czas Julia wróciła z piżama. Ciarki przeszły ją wzdłuż pleców. Musi się rozebrać. Zdała sobie dopiero sprawę z tego że teraz nie tylko Julia będzie widziała jej nagie ciało. Jej skóra lekko zzieleniala. Mus ktorego miała w żołądku tylko trochę stał się zbyt ciężki. Jocelyn podbiegla do kibla, podniosła szybko klape i zwymiotowała. Głównie samą żółć. Po tym, sapiac przeplukala usta woda z kranu i dała sobie pomóc przebrać się w ten kaftan.
Oddychała ciężko. Dopiero co się ubrała a już musi się rozebrać. Drzacymi dłońmi zrzucila z siebie wszystkie ubrania i przywdziala szpitalna szatę. Szkoda tylko że bal na który w niej się wybiera nie ma nic wspólnego z tańcem i radością.
Rodzinna pamiątka. Jocelyn była pewna że to broszka jej matki. Skoro to rodzinna pamiątka i Julia ma ją od zawsze... A ma 15 lat.. Czyli tyle ile minęło od zaginięcia broszki i popadniecia w te dziwna depresje Sophie... To... Nie. Uspokoj się. Nie czas na to. Zaraz będą cię kroić kobieto.
Stojąc tyłem do Julii zapytała cicho
- Nauczyłaś się latać? - w jej głosie brzmiał ból. To ona miała nauczyć ją latach. Dać jej ciepły dom do którego chciałaby wracać. Dać jej miłość i rodzinę. Stabilność. Ale wszystko poszło nie tak.
Wyszły z pokoju Julii i pokierowaly się do sali operacyjnej. Po drodze Julka zlapala ja za rękę.
Wiec ta dwójka jej pomogła. To dobrze. Każdy zasługuje na to by wieść godne życie. Słysząc o lekcji latania Joce poczuła ból w sercu ale na twarzy nadal miała tylko napięcie. A więc Anomander zrobił to wszystko co Joce miala. Zastąpił ja w życiu Julii. I jak widać wyszło jej to na dobre.
Może nawet lepiej że wszystko wyszło tak a nie inaczej? Jocelyn pewnie okazala by się fatalnym opiekunem.
Weszła do Sali. Teraz nie ma już odwrotu.
Usiadla na stole i zamknęła swoje zapadniete oczy. Czuła zapach typowo szpitalny. Słyszała jakies rozmowy. Ale nie była w stanie nic wychwycić. Szepty w głowie były teraz jak szum wodospadu. Joce próbowała się skupić ale jej nie szło.
Jest gotowa? Ani trochę. Juz bardziej gotowe są psy na swoją kastracje...

Bane - 21 Marzec 2017, 10:04

Czasem w życiu człowieka następuje taki dzień, że zaczyna on wątpić w to co robi. W to swoje powołanie. Zaczyna wtedy zastanawiać się co by było gdyby te kilkanaście lat temu nie wybrał studiów medycznych, ale poszedł na przykład na policjanta. Gdyby nie kłócił się ze swoją chorą siostrą, nie powiedział jej tylu niemiłych słów i zdążył na czas, by się pożegnać.
Bane stał w umywalni i patrzył w swoje odbicie w lustrze. Nigdy nie przypuszczałby, że rodzina może zadać taki cios. Tak. Rodzina, bo Anomander i wszyscy pracownicy tej Kliniki byli jego nową rodziną.
Dlaczego Anomander zapytał o coś, co było oczywiste, że nie miało miejsca? Miał wątpliwości. Jocelyn zapewne przedstawiła mu swoja wersję wydarzeń, w której Bane był obrzydliwym zboczeńcem tylko czyhającym na cnotę dziecka...
Anomander. Tyle razy uczyłeś mnie bym zawsze badał zjawisko najpierw u źródła. U źródła! Dlaczego więc uwierzyłeś dziewczynie przed którą ostrzegałem?
Gdy starszy medyk wszedł do umywalni, Bane nawet na niego nie spojrzał. Akurat był w trakcie wołania, że dziś nie pośpiewają. Cholera, miał dosyć dzisiejszego dnia. Najchętniej poszedłby do siebie i walnął się do łóżka... Ale praca sama się nie wykona i białowłosy doskonale o tym wiedział. Z resztą w głębi duszy nie chciał zostawiać swojego Mentora samego z wszystkimi obowiązkami. Chciało go jakoś odciążyć, bo widział, że sam skrzydlaty dzisiaj ma zły dzień.
Absolutnie nie spodziewał się, że Anomander do niego podejdzie i go obejmie. Przeprosiny przez niego wypowiedziane były jeszcze bardziej zaskakujące bo zwrócił się do niego "Synku".
Serce Bane'a ukłuło mocno, tak mocno, że gdyby Cyrkowiec nie wiedział czym to jest spowodowane, pomyślałby, że to zawał.
Przyjął przeprosiny i również objął starszego, w mocnym męskim uścisku. Sposób w jaki Anomander się do niego zwrócił, sprawił, że Bane zapomniał o urazie jaką chował. Zapomniał o tym, że wcześniej ten sam skrzydlaty medyk zwątpił w swojego pracownika, swoją prawą rękę.
- Dziękuję, Tato. - powiedział krótko bo ucieszył się z przeprosin i oczywiście je przyjął - Tylko proszę, nie wątp we mnie więcej. Mógłbym kłamać i ukrywać coś przed całym światem, ale nie przed tobą. - gdy czarnowłosy się od niego odsunął, Bane posłał mu łagodny uśmiech i jeszcze przed wyjściem z umywalni, położył mu rękę na ramieniu - Zawsze możesz na mnie liczyć. Choćby nie wiem co, Tato. - powiedział.
Z pomieszczenia wyszli razem i Bane miał już trochę lepszy humor. Kto wie, może nawet dzisiaj zaśpiewają?
Na stole leżała już Jocelyn i gdy białowłosy ją zobaczył, zmrużył oczy. Ale twarz miał spokojną, przecież nie będzie przenosił prywatnych spraw na salę operacyjną, nie będzie strzelał focha na pacjentkę którą zaraz będą leczyć. Teraz pozostało mu już tylko złapać rytm czyli przygotować się do zabiegu. Ale najpierw ustawił sobie przy stole najpotrzebniejsze narzędzia chirurgiczne.
Spojrzał na Tulkę i posłał jej delikatny uśmiech po czym przeniósł wzrok na Anomandera.
- W jakim charakterze mam brać udział w operacji? - zapytał - Mam asystować czy jedynie obserwować? - nie pytał złośliwie, już nie było miejsca na złość. Wybaczył Anomanderowi, widocznie kiedyś musiała nadejść trudna chwila.
Patrzył na pozostałych pracowników Kliniki, unikając wzroku Jocelyn. Jeszcze nie umyli rąk, ale na to przyjdzie pora. I znowu jeden założy rękawice drugiemu i na odwrót.
Zdecydowanie lepiej pracowało się w zespole zaufanych lekarzy.

Anomander - 23 Marzec 2017, 21:56

Od tak dawna nie nazywał nikogo „synem”, że niemal zapomniał jak się wypowiada to słowo. W normalnych okolicznościach, pewnie określenie „syn” nie przeszło by mu przez gardło, lub zdusiłby je zanim spłynęło by wraz z myślami na język. Ale okoliczności nie był normalne. Bane był dla niego jak syn, i tak też był przez skrzydlatego traktowany. Miał te same prawa co syn, a i wymagania w stosunku do niego nie były wcale mniejsze. Tak samo było z Julią. Ta ongiś mała kupka nieszczęścia ze spartolonym skrzydłem, a dziś prawie dorosła panna, była dla niego jak własne dziecko. To dla niej zamienił postać, to dla niej latał w chmurach i krążył nad Kliniką. Później gdy odeszła odcierpiał za swoją głupotę z nawiązką. Niemniej była dla niego jak córka. Gdy dowiedział się co zrobiła Rosemary wpadł w szał. Jakaś przybłęda w wyuzdanym ubranku, która przyszła szukać pomocy a potraktowała Klinikę jak bar szybkiej obsługi dla wampirów i innego tałatajstwa, zaatakowała jego dziecko. Niechaj bogowie obdarzą Gopnika nową wątrobą i hektolitrami najlepszego spirytusu za to, że pomógł jej w tamtej chwili odciągając tę pokrakę. Gdy pomyślał od dziewczynie w izolatce jego myśli wypełniły się obrazami, przy których sceny wyobrażone na lewym skrzydle jednego z najlepiej znanych dzieł Hansa Memlinga przypominały sielankę.
Czemu zatem zadał Bane'owi i Julii to cholerne pytanie? Sam nie wiedział. To nie było zwątpienie zasiane przez Jocelyn, był to raczej jakiś niepokój, wewnętrzna obawa, że coś takiego mogło się ongiś wydarzyć. Jeśli coś takiego miało miejsce on musiał to wiedzieć. Choćby po to by ich chronić.
Gdy Bane nazwał go „Tatą” Anomander nie zareagował. W duszy śmiał się, ale ciało musiało pozostać niewzruszone. To nie była dobra pora na jakąkolwiek reakcję. Kiwnął tylko głową i popatrzył mu w oczy.
- Masz moje słowo. – powiedział zwięźle gdy wychodzili z umywalni.
Nie spodziewał się, że Julia i Pacjentka będą już w sali. Cóż, im szybciej zaczną tym szybciej skończą i będą mogli usiąść w pokoju lub w jadalni napić się alkoholu lub porozmawiać. Wedle uznania.
Słysząc pytanie Julii pokiwał głową
- Obawiam się, że Twoja pomoc będzie niezbędna Julio – powiedział dość enigmatycznie - Właśnie sobie uświadomiłem, że to będzie Twój pierwszy zabieg, zobaczymy jak się sprawisz. – powiedział uśmiechając się półgębkiem
Spojrzał na Pacjentkę chcąc wyjaśnić jej, co będzie teraz miało miejsce.
- Na początek musimy poznać Pani aktualną wagę w celu dobrania dawki znieczulenia a następnie wykonamy prześwietlenie. Zobaczymy w jakim stanie są kości i żebra. Oznaczymy zrosty wymagające interwencji a później podamy narkozę. Po przebudzeniu będzie Pani jak nowa. – powiedział całkowicie pomijając informacje o łamaniu, cięciu, dłutowaniu, okrawaniu i scalaniu kości.
Słysząc pytanie Bane'a podniósł do góry palec dając znać, że pytanie usłyszał ale odpowie na nie za jakąś chwilę.
Podał Pacjentce rękę i zaprowadził do sali z RTG. Na początku zważył Jocelyn a następnie postawił ją przed aparaturą i kazał na chwilę wstrzymać oddech. Podszedł do pulpitu maszyny po czym ta zamruczała cicho i robiąc stłumione „pufff” wykonała zdjęcie. Włożył zdjęcie do wywoływacza, i pomógł Pacjentce wyjść z pokoju.
Burza była już blisko.
Poprosił dziewczynę by ta położyła się na stole operacyjnym cały czas ją asekurując.
- Teraz podamy narkozę. Proszę powoli liczyć od 100 do 1. – wydał polecenie założywszy maskę Pacjentce. Podszedł do butli z gazami i odkręcając je dobrał dawkę do wagi Pacjentki.
Słuchał jak Jocelyn liczy, a gdy przestała zapadając w sen odwrócił się do Bane'a i Julii.
- Bane, mam prośbę byś to Ty wykonał operację – powiedział z powagą - Ja zajmę się żebrami i kośćmi, a Ty będziesz asystował, jednakże plastykę i usuwanie blizn zostawiam Tobie. Julio, Ty zajmiesz się kontrolą pracy serc, saturacji i zakładaniem kroplówek a także bieżącym leczeniem ran. Bane, ty też będziesz na bieżąco leczył. Będziemy bowiem starać się ograniczyć upływ krwi do minimum. Dziewczyna jest za słaba, na więcej niż jeden zabieg, dlatego podczas tej operacji musimy obrobić wszystko. Jak widzicie jest dość odwodniona dlatego za chwilę podamy jej płyny. – spojrzał na nich pytająco - Role rozdane. Przyjmujecie?
Czekał na ich odpowiedź.

Tulka - 23 Marzec 2017, 23:18

- Tak umiem latać - powiedziała spoglądając pytająco na Jocelyn - przez ostatnie trzy lata podróżowałam po całej Krainie Luster oraz Szkarłatnej Otchłani i w tej drugiej o wiele lepiej jest się poruszać latając niż chodząc - uśmiechnęła się.
Słyszała rozmowę Anomandera i Bane'a. Nie chciała podsłuchiwać, jednak słysząc jak się do siebie zwracali, nie mogła się powstrzymać. Uśmiechnęła się delikatnie, jednak po chwili uśmiech znikł. Pierwszy raz poczuła tęsknotę za domem, za rodzicami. W jej oku pojawiła się łza, jednak Tulka szybko się jej pozbyła, widząc, że mężczyźni wychodzą z umywalni. Uśmiechnęła się do nich delikatnie.
Słysząc, że będzie potrzebna przytaknęła głową - dam z siebie wszystko - dodała z lekkim uśmiechem. Miała nadzieję, że sobie poradzi. Jeszcze, nie miała okazji asystować w Klinice, nie wiedziała czego dokładnie będzie się od niej wymagać, ale wiedziała, że dowie się tego w swoim czasie, dlatego nie zadawała zbędnych pytań.
Wysłuchała uważnie tego co miał do powiedzenia Pacjentce. Uśmiechnęła się do niej delikatnie by dodać jej otuchy. Odprowadziła wzrokiem, gdy Anomander poszedł z nią do pokoju obok. Podeszła wtedy do białowłosego i delikatnie, krótko uścisnęła mu dłoń, jakby życząc mu tym samym powodzenia. Nie mogła pozwolić sobie na więcej, nie czas i miejsce na to. Chciała jednak pokazać mu choć odrobinę wsparcia.
Nim Anomander wrócił z Jocelyn, Tulka zajęła się oglądaniem wszystkiego, gdzie co znajdzie, żeby w trakcie operacji, nie zajęło jej to w razie czego zbyt wiele czasu.
Gdy Jocelyn położyła się na stole, Julia stanęła obok niej i chwyciła ją za rękę, uśmiechnęła się do niej miło. Tak jak Bane trzymał ją za rękę gdy sama zasypiała, tak teraz chciała dotrzymać Opętańcowi towarzystwa, pokazać, że będzie przy niej i nie pozwoli, żeby coś jej się złego stało. Wiedziała, że nie lubi białowłosego, więc chciała, żeby czarnowłosa wiedziała, ze Tulka go dla niej przypilnuje.
Widząc, że Jocelyn już zasypia, ścisnęła delikatnie jej dłoń - dobranoc siostrzyczko - powiedziała jeszcze i skupiła się na słowach dyrektora. Przytaknęła głową, że przyjmuje swoje zadania. Słysząc jakie zadanie ma Bane, spojrzała na niego - panie Ordynatorze, czy mogę mieć też prośbę, aby usunąć blizny z ud Pacjentki? - zapytała nieśmiało - jeśli największy problem leży w jej psychice, to na pewno będzie jej łatwiej dojść do siebie jeśli nie będzie miała takich pamiątek - domyślała się, ze blizny te to ślady po gwałtach. Nie była tego jednak w stu procentach pewna. Jeśli jednak miała rację, to na pewno będzie Jocelyn łatwiej dojść do siebie, przecież Tulka pamiętała doskonale, o ile lepiej się poczuła, gdy zobaczyła, że nie ma już blizn po operacjach. Nie miała najbardziej szpecącej jej pamiątki po roku spędzonym w piwnicy Gipinga.
Słuchała też uważnie dalszych słów. Trzeba będzie naprawdę bardzo uważać. Widziała w jakim stanie jest Jocelyn i wiedziała, że jeśli straci za dużo krwi to może być kiepsko.
Spojrzała niepewnie za okno, czując zbliżającą się burzę. Będzie musiała dać sobie radę ze strachem przed grzmotami. Nie ma teraz na niego miejsca, musi się skupić na swoich zadaniach. Jednak zanim zaczną miała do Anomandera jeszcze jedno pytanie.
- Panie Dyrektorze, Pacjentka ma na plecach tatuaż, który przez blizny został mocno uszkodzony i na pewno po zabiegu będzie miał braki, czy gdy uda mi się zdobyć sprzęt i tusze mogłabym jeszcze w Klinice spróbować malunek odtworzyć? - zapytała niepewnie. Wiedziała, że Klinika to nie żaden salon tatuażu, ale chciała też dać Joce jakiś mały prezent - najchętniej zrobiłabym jej niespodziankę i naprawiła go jeszcze zanim się obudzi, ale niestety nie mam tuszy ani sprzętu do tego - przyznała. Czekała na decyzję lekarza, oraz na pierwsze polecenia dotyczące zabiegu. Miała nadzieję, że Anomander przystanie na jej prośbę, a jak nie to trudno. Miała jednak nadzieję, że skrzydlata nie postanowi sobie go odtworzyć u jakiegoś podejrzanego typka, który może ją czymś zarazić (o ile w Krainie Luster istniała taka możliwość) albo po prostu zrobić jej na plecach coś co jej się nie spodoba, lub kobietę ośmieszy. Tulcia wolała zabrać się za to osobiście, jednak nie zrobi tego bez zgody Dyrektora. Jednak niezależnie od jego zgody, od razy zabrała się do wykonywania poleceń, najpierw oczywiście umyła ręce, jednak nie zakładała rękawiczek. Jeśli ma leczyć Pacjentkę, musi mieć kontakt ze skórą, żeby moc działa jak najefektywniej.

Jocelyn - 24 Marzec 2017, 05:57

Cholera. To przez toksyna czy jak? Szum w jej głowie był w tym momencie tak intensywny że przechodził w pisk. W dodatku nie potrafiła skupić się na niczym innym. Zamknęła na chwile oczy, zaciskajac dłonie na stole tak że zbielały jej kostki. To się nie dzieje naprawdę. To jest tylko w twojej głowie. Uspokoj się.
Zazwyczaj pomagało jednak teraz było inaczej. Nie rozumiała o co chodzi.
Mimo tego szumu usłyszała wzmiankę o Julii. Pierwszy zabieg? A to Ci dopiero. Chociaż na coś się jej przyda. Niech sobie na niej ćwiczy. Obie na tym skorzystają. Chyba...
Najgorsza była atmosfera w sali. Rodzinna sielanka i gniew skierowany w jej stronę. Ale właściwie... Nic nie było jej winą. Dlatego się nie przejmowala. Z resztą, od kiedy obchodzi ją zdanie innych o jej osobie? Może kiedyś tak było ale teraz? Pokręciła sama do siebie głową.
Waga. Rany, nie ważyła się chyba od szóstej klasy podstawówki. Jakoś ta czynność nie wydawała jej się priorytetowa. Przeswietlą ją... Co zobaczą? Jej oddech na chwilę przyspieszył poczuła się tak jakby się dusiła. Jeden z koszmarów jej się w tym momencie przypomniał. Sala operacyjna, ona lezy na stole, nad nią lekarz sprawdza jej przeswietlenie. Joce się przygląda wydrukowi i co widzi? Jak dwie pary oczu są w jej mozgu. Facet wtedy zaczyna się śmiać po czym wielką igła wstrzykuje coś w nią co wywołuje u Joce drgawki i leci jej piana z ust. Koniec. Budzi się z rozdrapanymi rękami.
Spokój.
Gdy Anomander złapał ją za rękę a Julka się uśmiechnęła, trucicielka trochę się uspokoiła. Stara koza a boi się jakiegoś tam zabiegu? Żenujące.
Dała się bez problemu zważyć ale gdy Anomander kazał jej nie oddychać by zrobić jej zdjęcie miała z tym pewien trud. Gdy w końcu jej się udało, pojedyncza łza splynela po jej policzku.
Położyła się na stole. W jej oczach można było dostrzec panikę. Która znikała z każdą kolejną wypowiedziana cyfrą. Trzymała kurczowo dłoń Julii. Bała się. Co jeśli się nie obudzi?
Niee. Jest dobrze. Taaak. Idziemy spaaac.
- 37...36...35... Niech to... Przestanie tak piszczyc. Zabierzcie ten wodospad... 34...33...- wzięła ostatni głębszy oddech i odplynela.
Dookola rozpostarla się ciemność. A ona czuła się blogo. Spokojnie jak nigdy. Ciemność ją otulila jak matka swoje nowonarodzone dziecko, ciepłym kocem.

Bane - 24 Marzec 2017, 11:26

Rozmowa między mężczyznami była zakończona i nie było ani sensu, ani możliwości by ją kontynuować. Bane wystarczająco dużo już się nagadał a Anomander otworzył, nazywając go 'synem'. Obaj pokazali, że znaczą dla siebie coś więcej, że są nie tylko dobrymi przyjaciółmi ale też kimś na kształt rodziny. Ich małej, klinicznej, popapranej rodziny.
Bane słuchał uważnie i obserwował Dyrektora, gdy ten mówił Tulce, że mała weźmie udział w zabiegu. Gdy udało mu się pochwycić na chwilę jej spojrzenie, skinął jej głową z delikatnym uśmiechem i podniósł kciuk w znanym wszystkim geście.
Zachowywał się tak, jakby Jocelyn tutaj nie było. Było mu łatwiej, jej pewnie też. Najprościej jest traktować na sali operacyjnej pacjenta przedmiotowo, odłożyć na bok uczucia. A że Bane był w obecnej chwili negatywnie do niej nastawiony... No cóż. Pomóc - pomoże i nawet wykona robotę najlepiej jak tylko da radę. W końcu jest lekarzem, prawda?
Gdy Anomander wyszedł, prowadząc Joce do sali obok, Bane westchnął i zaczął wykonywać krążenie ramion by je trochę rozluźnić. Kiedy Tulka chwyciła go za rękę, on uścisnął jej dłoń posyłając jej uśmiech.
- Trzymam kciuki. - powiedział krótko - I jestem dumny.
Nie było potrzeby by mówił więcej. Bane już zaczynał w głowie wyobrażać sobie przebieg operacji, tworzył plan i kilka awaryjnych. Zawsze lubił mieć wszystko poukładane, nie było miejsca na przypadek. Liczyły się tylko umiejętności lekarzy.
Anomander po jakiejś chwili wrócił. Pacjentka ułożyła się na stole i przyjęła narkozę.
Patrzył na nią beznamiętnie gdy odpływała. Wyglądała na wystraszoną, ale Bane, jako rasowy buc bez uczuć, nie zrobił nic by ją jakoś pocieszyć. Od tego miała Tulkę, może i Anomandera. Nie dała powodu by białowłosy traktował ją cieplej. Ba! nawet zrobiła wszystko by traktował ją jak najchłodniej.
Tulka trzymała ją za rękę, jak on kiedyś lisią dziewczynkę. Jocelyn coś tak jęczała sobie pod nosem, ale Cyrkowiec ignorował ją i jej humorki. Bała się narkozy? Oj tam. Najwyżej się nie obudzi. Nic strasznego.
- Przyjmuję. - powiedział kiwając Anomanderowi głową na znak zgody. Bane lubił jak starszy medyk wydawał mu plecenia. Zawsze były jasne i wynikały z logiki.
Odwrócił się do nich tyłem i odszedł na kilka kroków by przysunąć sobie wózek z ułożonymi na nim skalpelami. Błyszczały zachęcająco i były ostre jak cholera, aż prosiły by użyć ich jak najszybciej.
Słysząc prośbę Tulki odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią uważnie. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Patrzył na dziewczynę spod półprzymkniętych powiek - widać, że myślał już o zabiegu, myślami był w już może w trakcie.
- Oczywiście. Zrobię co w mojej mocy. - powiedział z powagą.
Informacja o tym, że Jocelyn jest słaba i odwodniona spłynęła po nim jak woda po zaimpregnowanej powierzchni. Cisnął mu się na usta komentarz, ale nie byłby stosowny więc postanowił siedzieć cicho.
Gdyby normalnie jadła a nie bawiła się w psychicznie chorą, nie doprowadziłaby się do takiego stanu.
Może był zbyt surowy dla niej. Ale w obliczu tego co kobieta powiedziała Anomanderowi...jak oskarżyła go o tak obrzydliwy czyn jak macanie dziecka... No, nie mógł inaczej o niej myśleć.
Burza zbliżała się wielkimi krokami, dało się słyszeć już pierwsze grzmoty. W czasie takie pogody jeszcze nie operowali. Ciekawe czy aparatura wytrzyma.
Słowa Tulki o tatuażu trochę go zaskoczyły. Wiedział, że mała ma zdolności plastyczne ale nie sądził, że z taką chęcią podejmie się wykonania malunku na żywej skórze.
Przeniósł wzrok na Dyrektora, ciekawy czy Anomander się zgodzi.
- Jestem gotów. Możemy zaczynać. - powiedział po chwili, czekając na dalsze polecenia lub początek operacji.

Anomander - 24 Marzec 2017, 15:32

Usłyszawszy, że wszyscy przyjmują powierzone role skrzydlaty skinął głową. Już miał ich poprosić do pokoju z aparaturą RTG by razem obejrzeć zdjęcie i wybrać stosowną metodę leczenia, gdy Julia zapytała o tatuaż. Do tej pory nie zwracał na to uwagi.
- Julio, jako że to Klinika a nie salon tatuażu, nie mamy tu odpowiedniego tuszu ani igieł. Dysponuję tylko samodzielnie zrobioną, a zatem dość prymitywną, maszynką do znakowania psów. - pokręcił głową na znak przeczenia – Nie, nie ma takiej możliwości.– oświadczył dziewczynie chłodno i popatrzył na ciało Pacjentki pogrążonej we śnie.
Julii chyba zależało na tym, by wykonać ów rysunek na skórze Jocelyn. Może miała rację? Może nowy malunek sprawi, że jej stan się poprawi? Przez chwilę myślał o czym intensywnie
Julio, zmiana planów, jednak jest możliwość. Jako, że będziesz potrzebna przy operacji, a ta potrwa zapewne przez jakiś czas, musimy w końcu zająć się żebrami, bliznami i ewentualnymi innymi urazami, wyślij kogoś po cały potrzebny sprzęt. Niech się spieszy, jeśli wróci z nim przed zakończeniem zabiegu, to będziesz mogła zrobić Pacjentce niespodziankę. Pieniędzmi się nie przejmuj, płaci Klinika. Najwyżej nowe szczeniaki będą miały w pachwinach kolorowe tatuaże zamiast niebieskich. – uśmiechnął się do Julii nieznacznie - Dobra, dość tych rozmów, leć do Alice niech wyśle kogoś po sprawunki, za chwilę pójdziemy zobaczyć jak wyglądają żebra Pacjentki.
Stanął przy oknie i wpatrywał się w niebo. Bez słowa.
Gdy Julia wróciła pokiwał głową na znak że dobrze iż się pospieszyła i ruszył w stronę pokoju, w którym czekało już zdjęcie RTG żeber Jocelyn. Wyjął klisze z wywoływacza i włączył podświetlaną tablicę na której powiesił zdjęcie.

Pokiwał głową i przeniósł wzrok na Bane'a i Julię. Julia zaczyna prawdziwą naukę zawodu pomyślał przez chwilę ale błyskawicznie odgonił niepotrzebne w tej chwili myśli. Musiał skupić się na zabiegu.
- Moi drodzy, – powiedział celem wstępu - Zrosty kostne dzielimy na dwa typy: typ dobry i typ zły. Tu mamy przykład trzeciego typu. Typ chujowy. Dziwię się, że Pacjentka w ogóle może oddychać. Niestety oznacza to, że poza waszymi mocami leczniczymi będziemy się bawić łącznikami. Nie uda się bowiem na tak poszczerbionej kości wykonać tak szybkiego i trwałego zrostu by nie pękł chwilę po zamknięciu Pacjentki. Postanowiłem, że zamiast gwoździa, po ścięciu zrostu, wyrównaniu powierzchni i ponownym połączeniu fragmentów użyjemy czegoś innego. – powiedział kiwając głową w typowej dla siebie zadumie - Julio, wyjmij proszę z zamkniętej szafki medycznej pod ścianą, pudełko z napisem M.RIB – powiedział podając dziewczynie klucze - Jak już wyjmiesz pudełko główne, to otwórz je i wyjmij z niego jedno płaskie opakowanie z tworzywa sztucznego uważając, by to opakowanie się nie otworzyło przypadkiem.
Bane jako chirurg plastyczny na pewno wiedział, na co zdecydował się Anomander słysząc samą nazwę produktu. Metoda, którą chciał zastosować, nawet w Świecie Ludzi używana była tylko w wysoko rozwiniętych krajach. Tak, skrzydlaty zamiast gwoździa ortopedycznego i przykuwania pacjentki na bite trzy tygodnie do łóżka (lub około tydzień - jeśliby użyć mocy) bez możliwości poruszania się, wybrał implanty plastyczne spajające kości, których pełny zestaw wart był tyle co samochód średniej klasy. Następna osoba, która będzie próbowała połamać dziewczynie naprawiane dziś żebra, prędzej diabła zje, niż tego dokona. Tych cienkich, mających raptem na dwa i trzy dziesiąte milimetra grubości, blaszek nie dało się przeciąć nawet toporem drwalskim. Wyginały się i wracały do poprzedniego kształtu jakby kpiły z ostrza którym dało się ściąć największe drzewa. Oto cud techniki XXI wieku. Technologia niemal kosmiczna.
Spojrzał na Bane'a i kiwnął głową.
- Chodź myć ręce, im szybciej skończymy robotę tym szybciej coś zjem – powiedział i wyszedł z pokoju wyłączając generator zasilający aparaturę.
Spojrzał przez okno na nadchodzącą burzę i słuchając grzmotów.
Nie zamknąłem psów, że też ja zawsze muszę o czymś zapomnieć.
Podszedł szybko do drzwi sali operacyjnej, uchylił je i krzyknął.
- ALICE! BURZA IDZIE! WPUŚĆ MALUCHY DO KLINIKI!
Krzyknąwszy schował się do sali.
Alice bez słowa wzięła gwizdek i podeszłą do drzwi, które prowadziły na taras znajdujący sie od strony parku. Zagwizdała na gwizdku a chwilę później do korytarza, jak burzowy wicher, wpadły psy. Cała wesoła kompania z Grubą Bertą na czele. Wielkie, czarne psiska pędem pobiegły do recepcji położyć się na skórze. Berta jak zwykle najpierw zajrzała do jadalni i pokoju gościnnego w poszukiwaniu łakoci i smakołyków wykraczających poza przydziałową michę. Psy były nauczone życia w stadzie, toteż obyło się bez przepychanek. Każdy miał kawałek skóry z miśka dla siebie.
Alice wróciła do recepcji uśmiechając się na widok ułożonych niemal na kupę psów. Cóż, każdy z nich chciał mieć ciepło i miękko. Berta, która przyszła jako ostatnia, niczym królowa uwaliła się na szczycie tej góry psów. A co, królowa jest tylko jedna.
Tymczasem Anomander, widząc, że Julia przygotowała pudełko zawołał ją do umywalni. Pora przygotować się do zabiegu. Skrzydlaty w umywalni założywszy maskę, nowy kitel i czepek. Strzykawkę z brevitalem przełożył do nowego kitla.
- Julio, jako że pierwszy raz bierzesz udział w operacji w Klinice, musisz najpierw nauczyć się podstaw chirurgii – powiedział Anomander nie odrywając wzroku od swoich mytych rąk - Najważniejsze jest zawsze umycie rąk. Czyste ręce oznaczają bezpieczny zabieg. Kolejną rzeczą jest dezynfekcja dodatkowa – powiedziawszy to wycisnął trochę płynu na ręce i dokładnie wtarł go w dłonie - i pomoc zespołu
Wyciągnął ręce w kierunku Bane'a by ten pomógł mu założyć rękawice. To był ich mały rytuał. Jeden pomagał drugiemu.
Anomander zamyślił się na chwilę. Ciekawe czy jeszcze by potrafił samodzielnie założyć rękawiczki po myciu rąk. Człowiek łatwo się rozleniwia.
Wyszedł z umywalni i skierował się w stronę pacjentki. Dokładnie obejrzał miejsce, gdzie przez skórę odznaczały się niekształtne zrosty.
- Julio, kroplówka z wodą. Bane, skalpel i rozwieraki. Wszystko gotowe? Czy możemy zaczynać?
Zapytał obserwując ich działania.
Gdy byli już gotowi a kroplówka podłączona, skrzydlaty przemył barwionym płynem dezynfekującym ciało w miejscu i okolicach zabiegu i okrył Jocelyn chustami, pozostawiając jedynie pole operacyjne.
Palcami wyczuł linię złamania i poprosiwszy o skalpel wykonał nacięcie. Dziewczyna była chuda, zatem odsłonięcie żeber nie stanowiło problemu. Poprosił o założenie haków i odciągów po czym wziął do reki młotek i osteotom i kilkoma szybkimi ruchami pozacinał patologiczne narośle kostne, które utworzył się w miejscu złamania. Usunąwszy odłamki kostne do nerki chirurgicznej przeciął źle pozrastane żebra.
Poprosił o przetarcie czoła, ale w końcu prawie ¼ drogi mieli już za sobą.
- Julio, przepłucz solą fizjologiczną ranę tak by zrobiła się w niej warstewka wody. Musimy sprawdzić czy nie ma bąbelków powietrza. Jeśli nie będzie odessij wszystko ssakiem. Bane, otwórz i przygotuj implanty. – wiedział, że Bane, który nie od dziś był chirurgiem będzie znał zasady obchodzenia się z tymi „złączkami” o wartości samochodu. Tu szły aż dwa zestawy, czyli mniej więcej równowartość kawalerki w świecie ludzi.
Wszystkie one pływały w specjalnym płynie, który w kontakcie z płynami ustrojowymi działał jak klej i cement jednocześnie. Kolory, którymi je oznaczono odpowiadały uniwersalnej kolorystyce medycznej stosowanej do oznaczania fragmentów kośćca i układu mięśniowego, zatem nie istniała możliwość pomyłki przy zakładaniu. Najgorzej było z ich otwieraniem. Po pierwsze woreczki były dość oporne na rozrywanie a po drugie, ich otwieranie musiało następować tuż przed założeniem połączenia na kość.
Anomander z oznaczonego na czerwono woreczka wyjął próbnik i na jego podstawie pozaznaczał na kościach żeber miejsca, w których miały powstać otwory na śruby a także położenie właściwych implantów.
Przez chwilę zastanawiał się czy Bane trzymał kiedyś w rękach coś takiego i czy kiedykolwiek zakładał już tego typu połączenia kostne, ale szybko skarcił się w myślach i ponownie skupił na pracy.
Wziął w dłoń ręczna wiertarkę i założywszy wiertło, wywiercił po sześć dziurek na każdym ze złamanych żeber, w ten sposób, że pęknięcie znajdowało się dokładnie pośrodku połączenia.
- Bane rozpakuj „blaszki” proszę. Jak położę jedną na żebrze, to złap złączkę cęgami i potrzymaj gdy będę wkręcał śruby. Julio, obetrzyj mi proszę pot z czoła. Już prawie jesteśmy w połowie.
Spojrzał na kroplówkę i zmarszczył brwi.
- Julio, podłącz jej pięćsetkę Tetraspanu. Jest w pierwszej szafie pod ścianą od strony drzwi, na drugiej półce od góry. Jest zresztą podpisany. To będzie ostatnia kroplówka na dziś, przynajmniej taką mam nadzieję. – poruszył głową na boki rozluźniając kark,
Wziął pierwszą z rozpakowanych przez białowłosego złączek i położył ja dokładnie tak, by pasowała otworami do dziurek wywierconych w kości. Zabrał dołączone do zestawu śruby chirurgiczne i po zamoczeniu ich w płynie, w którym pływały implanty zaczął wkręcać w kości żeber.
Cała procedura powtórzyła się na kolejnym żebrze. Gdy płytki były już przytwierdzone Anomander poprosił o zielony woreczek z pojemnika z implantami. Gdy dostał go do ręki, rozerwał opakowanie o delikatnie wylał cześć jego zawartości na implant. Płyn zareagował z powietrzem tworząc cienką masę chrzęstną na dokręconej płytce. Dzięki temu Jocelyn nie będzie jej czuła nawet gdy będzie dotykać się po żebrach.
- Jeszcze tylko szycie i kończymy moją część zabiegu. – Powiedział prawie radośnie choć w głosie słychać było zmęczenie - Julio, podaj proszę nawleczoną igłę, imak i nożyczki
Gdy dostał do ręki przygotowany zestaw zaczął zszywać ranę.
Nacięcie było małe zatem i szwów nie było wiele.
- Koniec, – powiedział gdy odciął ostatnie nici - Bardzo dziękuję Wam za pomoc. Jesteście świetnym zespołem.
Odetchnął głęboko.
Teraz on będzie asystował Bane'owi przy usuwaniu blizn, a gdy już wszystko załatwią i razem z Julią wyleczą Jocelyn ze wszystkich ran, usiądą sobie w pokoju i odpoczną. Zasłużyli na to jak nigdy. Zasłużyli na prezent.
Nie zwracał nawet uwagi na to, że burza szalała sobie w najlepsze na zewnątrz.
Gdzie ten goniec z tuszem dla Julii?

Bane - 24 Marzec 2017, 21:21

Żebra Jocelyn wyglądały beznadziejnie. Bane przyglądał się im bez słowa, marszcząc brwi. Na studiach spotykał się już takimi zrostami, ale nie zagłębiał się bardziej w temat bo wybrał inną specjalizację. W czasie gdy jego koledzy bawili się w składanie kosteczek, on zszywał pięknie skórę i wykonywał zabiegi czysto chirurgiczne.
Gdy Anomander pospieszył z wyjaśnieniami, Bane poczuł się znowu jak w szkole. Uśmiechnął się pod nosem słuchając wykładu, zrobiło mu się jakoś tak cieplej na sercu. Właśnie takim tonem zawsze pouczał go Dyrektor. Tłumaczył cierpliwie, wysłuchiwał pytań i odpowiadał na wszystkie wyczerpująco.
Białowłosy spojrzał na Tulkę. To będzie jej pierwszy zabieg. Czy się bała? Stresowała? A może przyjęła to ze stoickim spokojem?
Bane pamiętał swój pierwszy zabieg gdy jeszcze był gówniarzem. Bał się jak cholera, profesor jednak pouczył go by na czas wykonywania operacji myślał o pacjencie przedmiotowo. Traktował go jako obiekt, nie człowieka. Takie myślenie pomagało. Odmóżdżało.
Gdy Anomander powiedział, że do scalenia żeber wykorzystają coś innego, Bane spojrzał na niego. A usłyszawszy czego użyją, zmarszczył brwi. Na jego twarzy pojawiło się oburzenie.
Dyrektor zwołał go do umywalni na ich mały rytuał co Bane postanowił wykorzystać na wygłoszenie własnego zdania na temat materiałów które mają zamiar użyć.
- Anomander, czyś ty zwariował? - zapytał zaskoczony - Po co używać tak...niecodziennych metod na... przypadkowym pacjencie? - był bezpośredni ale to dlatego, że zdawał sobie sprawę z ceny jaką osiągają implanty - Przecież nic jej się nie stanie jak poleży u nas nawet miesiąc.
Założył skrzydlatemu rękawice, później przyszła kolej na niego - po umyciu i zdezynfekowaniu wyciągnął ręce ku niemu. Gdy już się ubrali, wrócili na salę.
Bane był przeciwny implantom. Metodę tą stosowało się tylko w przypadku gdy... Gdy pacjent miał w cholerę pieniędzy i był kimś więcej niż zwykłym mieszkańcem świata. A Jocelyn była zwykłym mieszkańcem, Opętańcem. Anomander naprawdę uważał ją za kogoś ważniejszego?
Spojrzał na uśpioną pacjentkę gdy już całą trójką zbliżyli się do stołu operacyjnego.
Masz tak cholerne szczęście dziewucho...Nie dość, że Dyrektor naprawą ulepszy twe ciało, to jeszcze będziesz nosiła w sobie niezniszczalne implanty o wartości dobrego samochodu, albo i nawet mieszkania. Spróbuj tylko okazać brak wdzięczności a osobiście wyrwę ci je w korpusu.
Westchnął cicho słysząc polecenie i zabrał się od razu do wykonywania go. Przysunął stolik by mieć narzędzia pod ręką.
Szkoda, że to Anomander wykonał pierwsze nacięcie. Bane zawsze lubił ten moment - gdy skóra rozchodziła się gładziutko pod ostrym skalpelem. No dobrze, brzmiało to makabrycznie, ale Bane zwyczajnie lubił to robić bo zawsze wiązało się to z niesieniem pomocy. I zawsze później pięknie zszywał ranki nie pozostawiając wielkich blizn.
Cała część którą wykonywał Opętaniec trwała długo. Bane usłużnie podawał narzędzia i implanty, obserwował też swojego mentora i w razie potrzeby gdy Tulka była akurat zajęta, osobiście ocierał Mentorowi czoło.
Mimo iż kiedyś (raz) był przy operacji z wykorzystaniem takich oto implantów, patrzył z zafascynowaniem jak blaszki są przytwierdzane do kości. Był pod wrażeniem umiejętności skrzydlatego - mężczyzna robił wszystko sprawnie i pewnie, jakby zakładał takie cuda nie pierwszy raz.
Po jakimś czasie Anomander był już zmęczony. Bane nie musiał tego u niego widzieć by wiedzieć o tym, że czarnowłosy ma dosyć. Dla wszystkich ten dzień był męczący.
Tulka sprawowała się wyśmienicie, jak dobrze naoliwiona maszyna wykonywała polecenia dokładnie i bez dyskusji. Przyjęcie jej do Kliniki nie było błędem, trzecia para rąk przydawała się.
Szycie również wykonał Anomander. Bane z rozkoszą patrzył jak jego sprawne ręce idealnie zmykają rany.
No no. Robisz mi konkurencję, staruszku!
Uśmiechnął się pod nosem gdy Anomander ogłosił koniec jego części. Skinął głową Opętańcowi dziękując za współpracę i przystąpił do swojej części.
Nie mówił dużo. Skupiał się na zabiegu. Był perfekcjonistą, przyzwyczajonym do samodzielnej pracy. Mimo to, prosił co chwilę Anomander i Tulkę o pomoc, by nie czuli się odtrąceni.
Najpierw postanowił zająć się udami. Skoro kobieta leżała już na plecach, zrobi najpierw to co będzie mógł w tej pozie. Zdjął z niej okrywający ją fartuszek (był ubrudzony).
- Julio, podaj proszę czyste okrycie. - poprosił a gdy dziewczyna wykonała polecenie, okrył pacjentkę tak, że dolną część ciała pozostawił odkrytą. Z pomocą Anomandera wymienił też rękawice na czyste - higiena przede wszystkim. Odchylił jej uda na boki i przyjrzał się bliznom.
Były stare i wyjątkowo brzydkie. Zgrubiałe bliznowce pokrywały wewnętrzne części jej ud, tworząc mozaikę bolesnych dla niej wspomnień.
- No dobrze. - powiedział - Czas usunąć te paskudztwa. - dodał i przejechał płynem odkażającym po jednym udzie.
Zanim jednak wykonał nacięcia, spojrzał na wymienioną kroplówkę. Miał stosunkowo niewiele czasu, ale wszystko da się zrobić! Nie z takimi zabiegami Bane się już spotykał.
- Anomanderze, proszę, stań obok mnie z nerką lekarską bym mógł wrzucać ci na nią usunięte tkanki. - powiedział.
Gdy już reszta załogi wykonała polecenia, zaczął ciąć. Niczym wprawny malarz sunący pędzlem po pustym płótnie, Bane kreślił pewne kreski na ciele Jocelyn, otaczając każdy z bliznowców. Może wyglądało to beztrosko i niedokładnie, ale Bane starał się jak mógł.
Gdyby ktoś później zapytał go czy miał problemy, powiedziałby, że nie. Ale niestety skłamałby bo zgrubiałe szramy były wyjątkowo oporne na jego sztukę.
Wycinał je powoli, nie zapominając o żadnym, choćby najmniejszym 'ziarenku' zbliznowaciałej tkanki. Zabieg trwał długo, wystarczająco długo by Bane poczuł znużenie. A przecież jeszcze czekała na niego druga nóżka, plecki i reszta.
Zmobilizował się. Co chwilę prosił Tulkę by i jemu wytarła czoło.
Ho ho! Jakbyś dostała taką słodką kropelkę ode mnie, Jocyś, nie byłoby co zbierać!
Rola Anomandera ograniczała się właściwie jedynie do patrzenia i ewentualnie podawania narzędzi. Białowłosy poprosił starszego medyka by ten kontrolował parametry pacjentki i informował go a jakichkolwiek anomaliach.
Założył szwy rozpuszczalne, bo przecież i tak za chwilę będą kobietę leczyć mocą.
Druga noga poszła już sprawniej bo Bane mniej więcej wiedział co i jak. Blizn było prawie tyle samo i w podobnych miejscach, więc nie musiał szukać blizn gdzie indziej.
Gdy nadeszła pora na plecy, poprosił załogę o pomoc w zmianie jej pozy. Oczywiście zabrał brudny fartuszek i ponownie wymienił rękawiczki.
Plecki miała... jak zebra. Z tym, że zebra ma czarne pasy a Jocelyn miała białe. Przecinały tatuaż przez co Bane nie mógł ocenić czy malunek był ładny czy nie. Ale nie na to teraz czas.
Blizny były młodsze dlatego zabieg był jeszcze łatwiejszy.
W międzyczasie za oknem rozpętała się burza. Cyrkowiec lubił burzę, ale zauważył, że stojąca nieopodal Tulka wzdryga się na każdy grzmot. Dlatego postanowił jakoś odciągnąć jej uwagę.
- There, out in the darkness
A fugitive running
Fallen from god
Fallen from grace
God be my witness
I never shall yield
Till we come face to face
Till we come face to face...
- zaczął, patrząc niepewnie na Anomandera. Czy podchwyci nutę, czy zrezygnuje ze wspólnego śpiewania?
Jeśli starszy medyk podjął śpiew, Bane uśmiechnął się szeroko i wzmocnił śpiew chcąc zagłuszyć grzmoty. Jeśli jednak został sam z piosenką, kontynuował, ale niezbyt głośno bo nie mógł się pochwalić operowym głosem.
Ostatnie cięcia, wyciąganie z Jocelyn brzydactw w postaci bliznowców i szycie wykonał przy akompaniamencie własnego śpiewu.
Był zadowolony z efektu. Kilka pomniejszych blizn które w następnej kolejności pousuwał było zaledwie kosmetyką. Po skończonej pracy, uśmiechnął się szeroko i rozluźnił kark, kręcąc głową.
- No, koniec. - powiedział. Był trochę znużony, ale starał się tego po sobie nie pokazywać - Dziękuję za współpracę. Mam nadzieję, że pacjentka ucieszy się z prezentu. - wskazał na uda.
Następna część do leczenie ran. Poprosił więc Tulkę by podeszła bliżej.
- Ja zacznę, możesz dołączyć jeśli czujesz się na siłach. - powiedział z uśmiechem i zdjął rękawiczki. Odrzucił je na stolik z brudami.
Spojrzał na Anomandera i posłał mu zadziorny uśmieszek, jak dzieciak który właśnie przygotowuje się do popisywania się przed ojcem. Zaczął znaną chyba wszystkim nutę z opery Notre Dame de Paris.
Jego dłonie zaświeciły się a świetliste malunki wypełzły na twarz gdy dotknął jej skóry w zdrowym miejscu. Ciepło rozlało się po jej ciele ale nie mogła tego poczuć przez narkozę.
Bane śpiewał obserwując jak rany się pięknie zasklepiają. Małe od razu, te większe trochę wolniej.
Po kilku minutach poczuł znajome zawroty głowy. Zrobił krok w tył, przerwał piosenkę i pochylił się do przodu, opierając ręce na udach.
No tak. Wywaliłem z siebie śniadanie. Nie dziwne, że mam mniej siły do działania.
Postanowił jednak, że tym razem nie przedobrzy. To nie tak, że Jocelyn nie była tego warta. Po prostu Bane musiał też myśleć o sobie.
Po chwili oddechu, podjął piosenkę i wrócił do leczenia. Ale ostatnie blizny zostawił już Tulce, kiwając na nią głową w niemej prośbie o dokończenie dzieła.
Sam podszedł do kszesła na którym siedział Anomander gdy Bane przyszedł do sali. Opadł na niego ciężko i odchylił głowę w tył, zamykając oczy.
- Moja rola zakończona. - powiedział sapnięciem, bo mimo iż starał się tego nie okazywać, był wyczerpany. Dobrze, że usiadł bo pewnie nie utrzymałby się dłużej na nogach.
Spojrzał tylko na Anomandera szukając w jego twarzy aprobaty. Jakiegokolwiek znaku, że Dyrektor jest z niego zadowolony. To chyba nie dziwne, że Uczeń łaknie pochwał od swego Mistrza, prawda?

Tulka - 24 Marzec 2017, 23:43

Słysząc odpowiedź, opuściła lekko głowę - rozumiem, przepraszam - powiedziała cicho. Nie miała zamiaru strzelać focha czy się kłócić. To nie do niej należy decyzja i coś czuła, że właśnie taka będzie odpowiedź. Wyprostowała się szybko, pokazując, że jest gotowa do wykonywania powierzonych jej zadań, gdy Anomander ponownie się do niej odezwał. Spojrzała na niego zszokowana. Nie sądziła, że jednak zmieni zdanie, nawet na to nie liczyła - dziękuję panu bardzo - powiedziała i szybko ruszyła do recepcji, gdzie przekazała Alice prośbę. Zapisała jej wszystko na karteczce i dała instrukcje gdzie najlepiej się udać i co powiedzieć. Ah miło czasem mieć jakieś znajomości. Poprosiła jeszcze by uwinąć się z tym jak najszybciej i wróciła do sali.
Skinęła lekarzom na znak, że już jest. Starała się uwinąć ze wszystkim jak najszybciej się dało. Poszła za lekarzami do pokoju z aparaturą. Przyglądała się chwilę zdjęciu, spoglądając na źle zrośnięte żebra. Nic jednak nie mówiła. Słuchała uważnie Anomandera uzmysławiając sobie jak poważny jest to uraz.
Gdy skrzydlaty medyk się do niej zwrócił, wzięła od niego klucze i przytaknęła głową. Stresowała się, ale starała się nie pokazywać tego. Skupiała się na poleceniach, które jej wydawano. Teraz miała coś do zrobienia. Gdy otworzyła szafkę, usłyszała pierwszy, głośny grzmot. Przez swój słuch słyszała go wyraźniej niż mężczyźni. Prawie podskoczyła i pisnęła. Spięła się cała i zamknęła oczy. Lisico weź się w garść! Nie możesz pokazać, że zwykła pogoda uniemożliwia ci pracę. Bo tak nie było! Strach nie mógł jej odrywać od obowiązków. Wzięła kilka głębszych oddechów i szybko znalazła odpowiednią skrzynkę, z której wyjęła pojemnik. Ostrożnie, przeniosła pojemnik na stolik obok Jocelyn, a pudełko schowała na swoje miejsce. Poszła do umywalni, gdzie zawołał ją Anomander. Po drodze spojrzała niepewnie za okno. Zapowiadała się poważna burza. Przełknęła ślinę i weszła do pomieszczenia. Uważnie słuchała słów lekarza i przytaknęła mu, ze rozumie. Sama umyła dokładnie ręce i je odkaziła, wcześniej jednak założyła maskę i czepek. Gdy skończyła skażać ręce, poprosiła białowłosego o pomoc z rękawiczkami.
Gdy wyszła z umywalni od razu przygotowała odpowiednią kroplówkę. Przytaknęła, że jest gotowa i podłączyła kroplówkę. Spoglądała chwilę czy wszystko jest w porządku, po czym skupiła się na kontrolowaniu stan pacjentki oraz na samym zabiegu. Przyglądała się wszystkiego z niemałym zainteresowaniem. Co jakiś czas przecierała Anomanderowi czoło.
Słysząc dalsze polecenia czarnowłosego, przemyła ranę dokładnie i przyjrzała się cieczy. Nie widziała bąbelków więc odessała wszystko posłusznie. Zerkała co jakiś czas na implanty, które wyciągał Bane. Musiały być drogie, miała nadzieję, że Jocelyn będzie im wdzięczna za to wszystko. Tak wiele dla niej robią mimo iż zasiała w ich gronie niepewność i fałszywe oskarżenia dotyczące chirurga.
Przyglądała się cały czas zabiegom, które były wykonywane. Kontrolowała jednak cały czas stan Jocelyn oraz kroplówkę. Gdy dostała takie polecenie, szybko znalazła odpowiednią kroplówkę i gdy poprzednia się skończyła zamieniła ją. Co jakiś czas krzywiła się lub wzdrygała, gdy pojawiały się głośniejsze grzmoty, jednak zadania, które wykonywała skutecznie odwracały jej uwagę od lęku przez burzą.
Słysząc, że już kończą, szybko podała Anomanderowi potrzebne mu przyrządy. Przyglądała się jak zaszywa ranę i uśmiechnęła się do lekarza, gdy ten im podziękował. Przez całą tę część zabiegu nie odezwała się słowem. Nie było takiej potrzeby.
Teraz przyszła kolej na Cyrkowca. Podała mu szybko nowe chusty, by wymienić te z poprzedniej części operacji. Spoglądała na bliznowce i skrzywiła się delikatnie, gdy dotarło do niej, ze sama miała podobne na policzkach jeszcze trzy lata temu. Nadal jednak najważniejsza była praca, a nie gusta czy guściki. Przyglądała się uważnie zabiegowi, starając się jak najwięcej zapamiętać. W końcu chciała się też uczyć prawda? A teraz była do tego najlepsza okazja. Co jakiś czas ocierała pot z czoła białowłosego. Widziała, że jest zmęczony, ale trzymała za niego kciuki, by sobie poradził.
Pomogła mężczyznom odwrócić skrzydlatą pacjentkę. Była wdzięczna Baneowi, że zaczął śpiewa. Zagłuszało to choć trochę burzę, a do tego mogła skupić się na innych dźwiękach niż odgłosy spadającego kauczuku czy same grzmoty. Wsłuchiwała się w słowa piosenki i gdyby potrafiła, sama by się dołączyła do śpiewania. Jednak nie potrafiła tego, więc nuciła sobie tylko cichutko pod nosem, tak żeby nikt nie słyszał. Może i była utalentowana plastycznie, ale muzyka była dla niej czarną magią. Tego nigdy nie umiała się nauczyć.
Słysząc, że zabieg został zakończony, westchnęła cichutko i uśmiechnęła się do chirurga. Chwile przyglądała się jak ten leczy, po czym jej rękawiczki też trafiły do brudów. Dziewczyna położyła dłonie na nodze Pacjentki by zacząć po przeciwnej stronie niż białowłosy. Zamknęła oczy, a jej dłonie zaczęły świecić delikatnym blaskiem, który co chwilę zmieniał swój kolor. Oddychała powoli i głęboko, starając się zasklepić każdą rankę. Gdy Bane odsunął się od stołu, spojrzała na niego i sama przeniosła ręce na plecy kobiety. Uśmiechnęła się do swojego lubego i kontynuowała leczenie. Jak na razie miała chyba najwięcej sił z ich trójki. W końcu zjadła śniadanie i nie pozbyła się go, a do tego miała najmniej męczące zadania. Ale to miało się niedługo zmienić. Przytaknęła białowłosemu, że skończy leczenie, po czym sama się odsunęła i westchnęła ciężko, spoglądając na pracę Cyrkowca.
W tym momencie jednak zorientowała się, że to jeszcze nie koniec. Spojrzała na Dyrektora i zapytała niepewnie - to teraz moja kolej? - w tym momencie do sali weszła Alice ze sprzętem, który zamówiła Tulka. Jeśli tylko dostała potwierdzenie, przyjęła od Marionetki przykryte płachtą pudło i postawiła je niedaleko stołu. Musiała chwilę odpocząć, ale czas, który poświęci na przygotowanie powinien jej wystarczyć. Otworzyła pudło i pierwsze co jej się rzuciło to karteczka. Zerknęła na nią i przeczytała szybko. Uśmiechnęła się drapieżnie i schowała liścik do kieszeni. Spojrzała na zawartość pudła i aż jej się zaświeciły oczy. Nowiuteńka maszynka do tatuowania, taka, którą tylko profesjonaliści mogą zdobyć. O tak! Tak dobrze jest mieć znajomości! Jakiś czas temu jako jeszcze mała dziewczynka niezbyt miło skomentowała dzieło pewnego artysty i ten wyzwał ją na mały artystyczny pojedynek. Przegrał. Dziewczyna nie dowiedziała się nigdy czy zrobił to specjalnie czy faktycznie ona była w tym momencie lepsza, ale obiecał jej, że jeśli tylko będzie potrzebować sprzęt czy to do nauki czy po to aby go mieć, ma się do niego zgłosić. Więc w sumie Klinika zapłaci tylko za tusze i to i tak tylko połowę ceny. Anomander pewnie się zdziwi jak zobaczy rachunek.
Przeniosła wzrok na tusze, sprawdzając czy są wszystkie. Gdy już się upewniła, że tak jest zaczęła sobie wszystko ustawiać na stoliku. Razem z gazą do czyszczenia skóry. Gdy wszystko było gotowe ponownie poszła umyć ręce, w końcu dotykała pudełka. Tym razem jednak nie założyła rękawiczek - będzie szybciej jeśli będę leczyć nakłucia na bieżąco niż jakbym miała co chwila przestawać i zdejmować rękawiczki do leczenia - powiedziała niepewnie patrząc na skrzydlatego medyka. Wiedziała, że rękawiczki są ważne, nawet przy wykonywaniu malunków, ale tutaj również liczył się czas.
Obejrzała dokładnie plecy Jocelyn. Oczyściła je od resztek krwi i środka odkażającego by widzieć wszystko dokładnie oraz usunęła resztki szwów. Wzięła maszynkę do jednej reki i gazę do drugiej. Spojrzała na lekarzy i widząc, że Bane jest naprawdę wykończony skupiła się na Anomanderze - panie Dyrektorze czy tym razem ja mogłabym prosić o ocieranie czoła oraz przesuwanie skrzydeł Pacjentki? - zapytała nieśmiało i jeśli tylko lekarz wyraził na to zgodę, spojrzała jeszcze raz na uszkodzony malunek.
Po krótkiej chwili zaczęła swoją pracę. Jej ręce delikatnie lśniły. Zaczęła od poprawiania tego co było nadal widoczne. W końcu całość musiała być świeża. Oczy Tulki jakby straciły blask. Była całkowicie skupiona na swoim zadaniu. Przypominała sobie malunek kawałek po kawałku, przez co przypominało malowanie puzzli. Co chwila zmieniała miejsce pracy, lecząc wszystko na bieżąco. Co jakiś czas prosiła Anomandera o otarcie czoła. Starała się pracować szybko, ale jednocześnie dokładnie. Każdy ruch wykonywała z niesłychaną precyzją. Jakby widziała obraz na skórze kobiety. Widziała więcej niż znajdujący się obok lekarze. Co jakiś czas zmieniała też rękę, którą wykonywała swoją pracę, mimo to precyzja pozostawała.
Zajęło jej to trochę czasu, choć i tak krócej niż każda z poprzednich operacji. Po wszystkim Tulka była wyczerpana, jednak odsunęła się jeszcze od Pacjentki i przyjrzała uważnie malunkowi. Przedstawiał on feniksa. Tulka uśmiechnęła się na ten widok. I znów powstaniesz z popiołów siostrzyczko Pomyślała z uśmiechem. Dokonała jeszcze kilku małych poprawek i w końcu odłożyła maszynkę i oparła dłonie o swoje uda, sapiąc - skończone - westchnęła i przeniosła wzrok na Anomandera - bardzo panu dziękuję za pomoc oraz za zgodę na wykonanie malunku - wysapała, ale już dochodziła do siebie. Choć zrobiła się strasznie głodna - i z tego co widziałam to mój drogi znajomy dołożył do zamówienia również tusz dla Pana podopiecznych - powiedziała wskazując na pojemnik z niebieskim barwnikiem. Reszta była prawie wyczerpana. Jak widać tajemniczy znajomy przeczuwał ile Tulka tego potrzebuje.
Julia w końcu wyprostowała się, a jej oddech się uspokajał widać jednak było, że jest zmęczona. Czekała jednak na dalsze polecenia. Nie rzucała się w wir pracy, w końcu została uprzedzona by nie robić z siebie siłaczki. Czekała więc cierpliwie aż wróci jej wystarczająca ilość sił. Oparła się o ścianę plecami i odchyliła głowę przymykając oczy.

Anomander - 25 Marzec 2017, 09:58

Anomander popatrzył na Bane'a swoimi zimnymi oczami.
- Są dwa powody świadczące za użyciem tego a nie innego sposobu. Po pierwsze, widzę, że Julia się o nią martwi. Nie wiem, nie znam i niewiele mnie obchodzi to kim Jocelyn jest dla Julii, ale wiem, że jeśli będzie zdrowa to Julia będzie szczęśliwa. Robię to zatem dla niej. Po drugie, im szybciej będzie zdrowa tym szybciej przestanie wymagać opieki lekarskiej a to znaczy, że będzie można ją wypisać do domu, czy gdziekolwiek zechce sobie pójść. Jako, że nie kochacie się wzajemnie to zauważam wielką różnicę między dwoma dniami a miesiącem. To akurat robię dla Ciebie – uśmiechnął się samymi ustami - Po części robię to również dla siebie. Otóż widzisz, mam taką fantazję lub gadzi kaprys, że lubię odmieniać życie ludzi o sto osiemdziesiąt stopni, a zrobienie z dziewczyny „robocopa” idealnie się w to wpisuje. W końcu ona i Greg są parą. Jemu z pleców sterczą jakieś pręty to i ona nie powinna być gorsza. - Na tym skończył swój wywód odnośnie metody i materiałów.
Gdy wyszli z umywalni zajęli się pracą.
Praca w ciszy nie należała do przyjemnych, ale cóż miał począć. Dopiero gdy Bane zaczął nucić i spojrzał na niego, skrzydlaty uśmiechnął się promiennie jak słoneczko. Od zawsze lubił śpiewać, choć wstydził się to robić przy nieznajomych. Taki już był wstydliwy.
Niemniej gdy Bane zaczął śpiewać po angielsku Anomander uśmiechnął się szelmowsko i też zaczął śpiewać by zagłuszyć grzmoty i Bane'a przy okazji.
- Ver, buiten in 't donker
Daar vlucht nu een man die wetten verboog
Wetten verboog, God is getuige
Dat ik niet rust,
Tot we staan oog in oog
Tot we staan oog in oog

A co?! Holendrzy nie gęsi i swój język też mają.
Powstała niezła kakofonia, ale w końcu o to chodziło. Skoro ten cały dzień był tak kiepski, to choć niech każdy sobie pośpiewa przy robocie.
Słysząc, że Bane zaczyna nucić kolejną piosenkę, skrzydlaty stwierdził, że nie zostanie z tyłu. Jako, że teraz i Bane zaczął śpiewać we własnym języku Anomander uznał, że i on zrobi to samo.
I tak, na sali operacyjnej w najlepsze śpiewało sobie dwóch solistów, jeden po angielsku a drugi po niderlandzku.
Skrzydlaty był tak zaangażowany w zagłuszanie grzmotów własnym głosem, że nawet nie zauważył Alice, która przyniosła paczkę. Gdy Julia poprosiła o pomoc, ustawił się koło niej aby służyć jej pomocą.
Patrzył się jak na plecach czarnowłosej dziewczyny powstaje dzieło sztuki. Julia miała prawdziwy talent.
Gdy skończyła poczochrał ja po głowie i krzyknął
- No, no jakiż realistyczny pawian! Patrzcie go, prawie jak żywy! Patrz Bane! Dawno takiego nie widziałem! Bo to jest pawian, mam rację? – powiedział śmiejąc się i obejmując oboje - Odwaliliśmy kawał dobrej roboty i wszyscy zasługujemy na nagrodę.
Popatrzył na pozostającą pod narkozą Jocelyn. Już przed operacją była ładną, choć nieco zbyt chudą dziewczyną, ale teraz zaczęła wyglądać bardzo ładnie. Zwłaszcza jak tak sobie spała i była naga. Jeszcze tylko odzyska kilka kilogramów i zaokrągli się nieco w strategicznych punktach i będzie można ją uznać, za marzenie wielu mężczyzn. Miał Gregory szczęście. Choć gdy Anomander pomyślał o jej charakterze, to uznał, że może jednak miał chłopak pecha?
- To co, wybudzamy pacjentkę czy jeszcze coś poprawimy?

Jocelyn - 25 Marzec 2017, 13:00

Ciemność która ją otaczała była przyjemna. W pewien sposób spowodowała że Jocelyn wyłączyła myślenie i się po prostu odprężyła. Zero zamartwiania się o kogokolwiek, zero stresu, zero zmartwień i innych spraw. Chyba nigdy nie czuła się tak lekko.
Sceneria dość szybko się jednak zmieniła.
Joce teraz znajdowała się w pokoju. Znała doskonale ten pokój. Salon u niej w domu. Białe tapety z ornamentami na ścianach, drewniana podłoga po której tak często urzadzala z tata wyscigi na kocach, drewniane meble pełne zdjęć, książek i różnych bibelotów matki, sofa i fotele na których często zasypiala znużona dniem, kominek przy którym lezala nie raz z psem czytając książki czy rysując, fortepian na którym grywał tata gdy Jocelyn śpiewała, w kącie stolik mamy która miała prawdziwy talent do rysowania, no i na ścianach obrazy mamy jak i rodzinne zdjęcia. Podeszła do szafy na której drzwiach było duże lustro. Przejrzala się w nim i co zobaczyła? Siebie. Ale nie w ciele 22 latki. Miała 7 lat. Na sobie błękitną sukienke w stokrotki, włosy spięte w kucyk i ozdobione kokardka. Duże bursztynowe roześmiane oczy, niebieskie pantofelki i białe rajstopy.
Tak ją wmurowalo ze nie od razu usłyszała kroki. Gdy już do niej dotarły, zaśmiał się i chichoczac schowala się w szafie. To był jeden z tych snów które są wspomnieniem. Gdzie nie ma się wpływu na jego przebieg.
Do pokoju weszły dwie osoby. Szeptaly nerwowo wiec mała Joce zasłonila swoje usta by coś usłyszeć. Mama i tata. Sophie usiadła na kanapie a tata nerwowo chodził w te i we wte po salonie.
- Nie możemy tego zrobić! Przecież z Jocelyn się udało. Nie powiesz mi że jej nie pokochałaś! Tyle dobrych lat już razem spędziliśmy. Dlaczego tym razem miałoby się nie udać? Kochana.. - tata kleknal przed mamą i złapał jej drobne dłonie w swoje. Dziewczyna wszystko widziała dokładnie dzięki szparom w szafie. Dłonie Kayla drżaly a jego twarz wyrażała głęboki smutek. Joce tak bardzo miała ochotę wyjść z szafy i do niego podbiec. Przytulic się i znów poczuć się tak bezpiecznie jak w tamtych czasach. Powiedzieć im obojgu jak bardzo ich kocha...
Sophie jak zwykle miała chłodny wyraz twarzy. Zmieniał się on chyba tylko gdy malowała. Taak...
- Nie dam rady drugi raz Kayl. To mnie przerasta! Z Joce wyszło przez leki od doktora Raymonda. Doskonale wiesz jak bardzo się męczyłam! Jak bardzo cierpiałam. Nie potrafiłam... Doskonale o tym wiesz. Błagam więc nie każ mi drugi raz przez to przechodzić. Ja juz po prostu nie dam rady... Kuzynka Arii jest bezpłodna i od dawna się ze swoim mężem starają bezskutecznie o dziecko. Rozmawiałam już z nimi wstępnie. Zaadoptuja ją. Tam będzie jej lepiej. Dobrze wiesz że i jej nie byłabym w stanie pokochać. Nasza Joce już mnie unika. Już zaczęła zauważać że coś jest nie tak. Nie jestem jak inne matki. Kayl proszę jeśli mnie kochasz... Zgodz się... - Joce tego dnia pierwszy raz w życiu zobaczyła twarz mamy w tak głębokim smutku. To była twarz męczennika jakich się widuje na obrazach w kościołach. Cierpiała. I to bardzo.
Kayl zatrzasl się jakby płakał. Jocelyn nie chciała na to patrzeć. Doskonale pamięta tamten dzień. Tato proszę... Nie płacz... Gardło Joce się scisnelo i pojawiła się w nim gula.
Dobrze... Nie odetniemy jej jednak. Będę wspierał ich chociaż finansowo. To też moje dziecko... Kiedy się urodziła. Już wtedy ją pokochalem. Jest taka drobna. Tak bardzo do Ciebie podobna. Jocyś gdy się urodziła była podobna do mnie. A Julia? Jest jak Ty. Ten sam nos, oczy i te włosy... - tatuś cierpiał. Słyszała to dokładnie. Pocałował dłonie mamy i odpial z jej bluzki te piękną broszke która podarował jej dwa lata temu.
- Co robisz? - mama patrzyła dziwnie na tate.
- Chce by miała coś od nas. Chociaż tak małą cząstkę swojej rodziny. One obie poznają kiedyś prawdę. Mam nadzieje że będą dla siebie wsparciem. Obie są moimi malutkimi księżniczkami... - skończyli rozmawiać. Tata wstał i wyszedł gdzies z tą broszka. Sophie jeszcze chwilę siedziała po czym podeszła do szafy w której siedziała Joce. Serce dziewczyny zabiło szaleńczo ze strachu.
- Ja po prostu nie umiem - westchnęła po czym też wyszła.
A Joce na powrót opatuliła ciemność.
Co to wspomnienie ma znaczyć? Dokładnie wiedziała. Teraz rozumiała. Broszka którą zobaczyła dziś u Julii na szafce to ta sama którą miała mama. Nie było mowy o pomylce. Ze słów rodziców jasno wynikało co to wszystko oznacza...


Julia jest jej siostrą.
Gula w jej gardle narosla. Czuła że brak jej powietrza. Ciemność zamaist otulac Napierała ze wszystkich stron. Dusi się.
Powietrza!

Bane - 25 Marzec 2017, 20:21

Wolał nie dyskutować z Dyrektorem. Jeśli starszy medyk uznał, że Jocelyn zasługuje na tak drogie i innowacyjne implanty, to dobrze, Bane wykona swoją robotę bez zrzędzenia.
Operacja trwała bardzo długo i ostatecznie wszyscy byli padnięci. Ale białowłosego ucieszyło, że Anomander dołączył się do śpiewu. Co prawda wył w jakimś diabelskim języku (Bane postanowił, że zapyta później co to za język) le szło mu świetnie. Ogólnie darli japy wyjątkowo ładnie!
Cyrkowcowi brakowało takich wspólnych operacji. Zawsze wtedy mogli pozwolić sobie na chwilę zapomnienia o problemach i odłożenie powagi na bok.
Tulka pierwszy raz w życiu mogła się przyjrzeć jak wygląda praca lekarzy od kuchni. Pewnie gdyby pracowali w Świecie Ludzi, radio byłoby włączone na full głośności. Ale, że byli w nieco zacofanej Krainie Luster...musieli sobie radzić jak umieli. A umieli drzeć mordę. Głośno i nawet trzymali się linii melodycznej!
Bane słyszał jak dziewczyna cichutko nuciła pod nosem i uśmiechnął się do niej gdy ich spojrzenia się spotkały. Dobrze było tak wspólnie pośpiewać. Zapomniała dzięki temu o burzy.
Widok rozśpiewanego Anomandera którego humor znacznie się polepszył, cieszył serce. Może ten dzień nie skończy się tak źle?
Malunek Tulki był piękny i Bane przez chwilę podziwiał go w milczeniu. Dopiero słowa Opętańca obudziły go z odrętwienia.
- Eee... Pawian? - zapytał niepewnie, przekrzywiając głowę na bok. Hmm, Anomander czasem miewał dziwne zachowania świadczące o zbliżającej się wielkimi krokami demencji starczej, ale białowłosy nie przypominał sobie by skrzydlaty cierpiał na Alzheimera. No chyba, że faktycznie widział w obrazku pawiana. Gusta są różne, prawda?
- Hmm. Taaak. Piękny pawian. To chyba gatunek masajski, prawda? - powiedział uśmiechając się pobłażliwie.
Zaśmiał się serdecznie gdy Mentor postanowił ich uściskać i pochwalić za robotę. Tego mu było trzeba, chwili rozluźnienia i rodzinnej atmosfery.
Na wspomnienie o poprawkach westchnął i położył zarówno Anomanderowi jak i Tulce ręce na ramieniu. Pokiwał głową jak gdyby patrzył na przypadek beznadziejny.
- Charakteru niestety nie poprawimy - a szkoda - więc...wybudzamy. - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
Nagle zza drzwi doszedł hałas. Bane odwrócił głowę w tamtym kierunku - na korytarzu ujadały psy. Psy Anomandera.
Mężczyzna zmarszczył brew i spojrzał na starszego lekarza.
- Sprawdź proszę dlaczego Maluchy krzyczą. - powiedział - Ja odepnę pacjentkę od aparatury i przewiozę do pokoju, zadbam by się wybudziła. - dodał - Chcę zobaczyć jej minę jak oglądnie swoje uda. - wyszczerzył się zadziornie.
Operacja skończona. Chociaż byli wszyscy bardzo zmęczeni, cieszyli się z solidnie wykonanej roboty.
Gdy Anomander wyszedł, Bane odpiął Jocelyn od sprzętu i poprosił by Tulka wymieniła kroplówkę. Sam zadzwonił po Alice i gdy przyszła, poprosił by przyjechała do sali operacyjnej łóżkiem szpitalnym. Będzie lepiej gdy ułożą nieprzytomną kobietę na miękkim łóżeczku zanim się wybudzi.
Czekając na Marionetkę, posprzątał po zabiegu, zmienił kitel i doprowadził do porządku zarówno siebie jak i salę.
- Świetna robota. - powiedział podchodząc do Tulki i przytulając ją w niedźwiedzim uścisku - Jestem pod wrażeniem. - dodał posyłając jej uśmiech.
Gdy Alice wjechała łóżkiem, Bane podniósł Jocelyn - była zadziwiająco lekka - i położył ją delikatnie na miękkim materacu. Do ramy łóżka przytwierdził stojak z kroplówką po czym okrył nagą kobietę ciepłą kołdrą.
Robił to wszystko z zaskakującą troską, zakrywając Joce aż po samą szyję, żeby przypadkiem nie zmarzła.
Gdy już byli gotowi do wyjścia, Bane pchnął łóżko na kółkach i ruszył ku drzwiom, prosząc by Alice je przytrzymała.
- Chodź. - powiedział do Tulki - Serio chcę zobaczyć, jaką będzie miała minę po obudzeniu. A że nie uśmiecha mi się w razie czego dostać po mordzie, bądź przy mnie by Jocelyn nie spanikowała na mój widok. - zaśmiał się i ruszył przez drzwi, kierując się do pokoju nr 2.

z/t

Tulka - 25 Marzec 2017, 21:31

Dziewczyna była wdzięczna lekarzom, za to, ze zaczęli śpiewać, odwracając już całkowicie jej uwagę od burzy. Gdy Anomander dołączył się do białowłosego, Tulka spojrzała na niego zaskoczona. Pewnie gdyby umiała śpiewać to by dołączyła śpiewając po francusku. Skoro każdy śpiewał w innym języku to i ona może, no ale niestety nie umie. Musiała się zadowolić nuceniem. Również uśmiechnęła się do Cyrkowca, gdy ten usłyszał, że rudzielec zaczął sobie nucić. Cieszyła się, że nie namawiają się do dołączenia się do nich.
Słysząc komentarz na temat swojego malunku, spojrzała oburzona na mężczyzn - starzy a głupi- skomentowała - toć widać przecież, że to są muszelki i rybki na rafie koralowej, w świetle wschodzącego słońca! - tupnęła nóżką jak mała dziewczynka, udając oburzenie. Jednak, gdy Anomander ich objął zaczęła się śmiać serdecznie. Była rozluźniona i widziała, że wszystkim poprawiły się humory, mimo iż byli zmęczeni. Sama najchętniej by się rozebrała i walnęła do łóżeczka. Nieważne którego. Byle by móc zamknąć oczka i zasnąć.
Słysząc pytanie skrzydlatego, zamyśliła się po czym spojrzała na Cyrkowca - wybudzamy i idziemy na obiadek! - dodała ze śmiechem, a na potwierdzenie tych słów zaburczało jej w brzuchu. Skoro Tulka była głodna to co dopiero lekarze? W końcu jeden pozbył się swojego śniadanie dość szybko, a drugi w ogóle go nie jadł. Pora obiadowa była już za nimi.
Sama szybko spojrzała na drzwi, gdy usłyszała ujadanie. Ale czemu tak? Co prawda spędziła tu w sumie kilka dni, ale nie słyszała jeszcze by psy szczekały. Musiało je coś zaniepokoić, a patrząc na reakcję Toksynka, to raczej nie burza sprawiła, że szczekały.
Sprawnie zmieniła ponownie kroplówkę, po czym zabrała się za sprzątanie po swoim zadaniu. Sprzątnęła tusze i maszynkę znów do pudła, wcześniej wszystko dokładnie myjąc oraz wyrzucając zużyte igły. Na razie odłożyła pudło pod ścianę. Wiedziała, że jak wejdzie do pokoju z tym to już tam zostanie. Sapnęła lekko gdy Bane ją przytulił, jednak szybko się w niego wtuliła - ja też jestem pod wrażeniem, w końcu mogłam zobaczyć jak to wszystko wygląda - uśmiechnęła się i pocałowała go delikatnie w polik - gratuluję panie Ordynatorze i dziękuję, że zaczęliście śpiewać, bardzo mi to pomogło - dodała jeszcze.
Pomogła białowłosemu przenieść Joce na łóżko. Asekurowała kroplówkę, by ta czasem nie została przypadkiem wyrwana. Zaskoczyła ją troska z jaką Bane traktował Joce. Sądziła, że raczej będzie oschły i zrobi tylko to co musi. A tu jednak nie.
Przytaknęła głową, że pójdzie z Cyrkowcem. Sama chciała być przy wybudzaniu skrzydlatej i zobaczyć jej reakcje na to co zrobili. Wspólnymi siłami, gdyż każdy miał w tym pełen wkład. Nawet Julia mogła coś zrobić mimo iż jest tylko pielęgniarką i to jeszcze na okresie próbnym. Była naprawdę szczęśliwa. Pomogła Banowi wypchnąć łóżko z sali i podążyła za nim do sali chorych.

ZT

Anomander - 25 Marzec 2017, 23:33

Spojrzał na Bane'a z miną wyrażającą uznanie
- Jeśli mówisz, że to pawian masajski, to przez grzeczność nie zaprzeczę – uśmiechnął się szelmowsko i przeniósł wzrok na Julię uważnie słuchając jej wytłumaczenia - Nie chcę Cię dołować, ale to coś – wskazał palcem w kierunku Pacjentki i wciągnął głęboko powietrze przez noc - Ni cholery nie przypomina tego o czym mówisz.
Zrobił krok w tył dalej się uśmiechając.
- Nie martwcie się jednak moi mili, albowiem wybawię was z kłopotu – powiedział rozkładając ręce niczym teleewangelista - Jeśli po przebudzeniu będzie opryskliwa i złośliwa - to znaczy, że małpa. Jeśli zaś jest rybką, to cóż, po charakterystycznym otwarciu ust i po zapachu ją poznacie. - zaśmiał się ze swojego przaśnego dowcipu - Jeśli zaś chodzi o tatuaż, to całkiem ładna feniks Ci wyszedł Julio.
W brzuchu zaburczało ponuro. To zapewne żołądek śpiewał krzyżowi piosenki zanim do niego przyrośnie z głodu. Cholera, zbliżał się wieczór a on dopiero miał zjeść śniadanie, niejako przymusowo połączone z obiadem i kolacją.
- Nie wiem jak wy, ale ja zjadłbym konia z kopytami. Zawsze po operacji ... - nagle przestał mówić i odwrócił się w stronę drzwi. Szczekanie psów i ich warczenie zdradzało, że właśnie otoczyły zwierzynę i czekają na nadejście Pana, który dostrzeli zwierza albo pozwoli im go szarpać - Moi mili, albo mamy dzikiego zwierza w klinice i psy właśnie go osaczyły albo przez tą burzę psom odwaliło, niemniej wypada bym poszedł to sprawdzić.
Westchnął ciężko i wyszedł z sali operacyjnej.
- Skoro ja wychodzę pierwszy to Wy sprzątacie salę operacyjną. Miłej zabawy – powiedział i wyszedł z uśmiechem.

ZT - > Recepcja

Anomander - 14 Listopad 2017, 04:49

Do sali operacyjnej wjechali bez zbytniego pośpiechu. Anomander pozwalał pacjentowi obejrzeć dokładnie całą trasę z jego pokoju na salę operacyjną. Że też nie pomyślał zawczasu, by zrobić pracownię RTG w innym miejscu. Nic to, będzie musiał wykuć drzwi w sąsiednim pomieszczeniu. Chodziło o to by w czasie operacji personel również mógł wykonać badania. Jak tylko skończy dzisiejszy dyżur, przekaże stosowne informacje Bobowi. Anomander wolał by w pomroce dziejów zniknął powód nazwania zajmującej się konserwacją murów i elewacji, pozbawionej twarzy marionetki właśnie imieniem Bob. Zresztą wszystkie marionetki pracujące w miały dziwne imiona, a skrzydlaty indagowany o to, kto nadał im takie imiona, rumienił się nieco i niczym piskorz wywijał się od odpowiedzi.
Byli zatem Bob Budowniczy i Feliks Zaradzisz zajmujący się budynkiem i jego remontowaniem, wykonana z czarnego drewna marionetka imieniem Batman, która czyściła przewody kominowe i kominki, przystrojona koronkami Rozi zajmująca się sprzątaniem, Pat, który dostarczał korespondencję i był gońcem, wykonany ze stali i materiałów niepalnych Strażak Sam pełniący funkcję przeciwpożarowe, Mario i Luigi, którzy pełnili rolę hydraulików, Ralf i pomalowany niechlujnie zieloną farbą olejna Hulk - potężne marionetki pracujące przy utylizacji odpadów, wyglądający jak kulka na nóżkach Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka w białej czapie i mały Wujek Szponder – kucharze oraz Sebastian i Claude pełniący rolę kamerdynerów i kelnerów. Było też wiele innych marionetek pozbawionych oblicza, który nosili równie dziwaczne imiona, ale to materiał na inną opowieść.
Dotarli zatem do sali operacyjnej. Zapach środków do dezynfekcji unosił się w sali, a wszystko tu leżało w karnym porządku przygotowane do ewentualnego użycia. Widać, że gdy opuszczał salę po ostatniej operacji, pozostali dobrze ja posprzątali.
Podprowadził wózek z Cierniem do drzwi i otworzył je na całą szerokość. Byli tu sami, nie było zatem konieczności zamykać drzwi. Ponadto gdyby to zrobił, w ciemnościach nie odnalazłby generatora.
Anomander postawił wózek z pacjentem przed stołem z dziwnie wyglądającym urządzeniem wiszącym nad nim. Podszedł do generatora, ustawił na ssanie po czym pociągnął za linkę. Maszyna zaklekotał i z warczeniem weszła w cug. Anomander przekręcił pokrętło ze ssania na bieg. Ryczący potwór znanej firmy motoryzacyjnej na literę „H” sprawił, że w pokoju zajaśniało.
- To też wynalazki ze świata ludzi. – powiedział podchodząc do Ciernia - to warczące urządzenie to generator paliwowy. Wytwarza on prąd elektryczny, który zasila RTG i żarówkę, czyli tą świecącą gruszkę. – miał nadzieję, że tłumaczy w miarę zrozumiale - Gdyby chciał pan poznać coś zasadę działania tych sprzętów zapraszam do biblioteki do działu technika. Są tam też książki zatytułowane „Jak to działa?”
Fakt, że książki były raczej dla dzieci nie zmieniał faktu że na początek się nadadzą. Później da Cierniowi akademickie podręczniki z podstawy konstrukcji maszyn i elektroniki.
- Tymczasem proszę przesiąść się na stół, a ja za chwilę do pana wrócę i pomogę się ułożyć – powiedział i odszedł na chwile by wyjąć coś z ciemnego pudła.
Była to dość gruba, duża metalowa płyta, którą wsunął w stół.
- To co włożyłem przed chwilą to właśnie ta błona czyli tak zwana klisza – wyjaśnił - Proszę jeszcze o chwilę, włączę i nastawię aparat
Powiedziawszy to zniknął w małym kantorku a chwilę później, z wiszącego nad głową Aerona urządzenia, wydostały się promienia światła, które oświetliły siedzącego.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group