To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Ogrody Rozalii - Ogrody świata

Anonymous - 11 Grudzień 2015, 21:15

Słowotok nie był bezcelowy. Po prostu miała na ten temat konkretne zdanie. I może nie było to przyjemne wiedząc, że Twój los jest już z góry przesądzony. Ale czasem dzięki temu można było sobie łatwiej wybaczyć porażki i życiowe potknięcia. Tak już po prostu miało być. Pomagało to zachować stoicyzm. No i po prostu miała ochotę sobie pogadać. A samej do siebie to tak trochę głupio. Wiadomo, każdy prowadzi wewnętrzne monologi w głowie, a nie raz i dialogi, ale same w sobie gadanie do siebie i jeszcze odpowiadanie to kiepski objaw. Najważniejsze to zachować zdrowy umysł. A jej to już był przegniły. Pieprzone zaburzenia. W międzyczasie skończenia papierosa, wypiła kolejny potężny łyk wina. Co skutkowało tym, że jej butelka była już prawie, że opróżniona. W oczach Seven była to tragedia, którą postanowiła uczcić minutą ciszy. Myślała nad tym, żeby odśpiewać hymn i zasalutować, ale Nathan mógłby nie zrozumieć tego żalu i pustki jaki czuła w tym momencie. Po tej chwilowej ciszy, odpowiedziała pokrótce:
- Tak łatwiej tłumaczyć sobie porażki życiowe.
Może to nie była lakoniczna odpowiedź, ale zauważyła, że jej towarzysz niezbyt dokładnie jej słuchał. Więc musiała go jakoś dobrze podejść, aby zakończyć tę noc z happy endem. Akurat jak się nad tym zastanawiała, odpowiedział na jej troszku olewcze stwierdzenie. Dawaj mała, jesteś genialną aktorką, a nie jakąś tam aktorzyną-dupodajką. Gra się rozpoczęła.
Rozpięła swój ciepły płaszcz, ponieważ pod wpływem alkoholu jej żyły się rozszerzyły. Dzięki czemu zrobiło jej się ciepło. Westchnęła smętnie, mówiąc:
- Od dłuższego czasu zmagam się z pustką, smutkiem, bezsilnością wobec życia, co później zamienia się stopniowo w euforię. Mam tak odkąd tylko pamiętam. Stąd też picie, bo moja beznadziejność odstrasza ludzi.
Zakończyła ten gorzki żal pociągnięciem nosem i opróżnieniem już do samego końca butelki. Jej oczy zrobiły się szkliste, a całokształt wyglądał jak kupka nieszczęścia. Podwinęła pod siebie nogi, próbując się skulić. Po czym się wyprostowała, przecierając oczy, mówiąc:
- Przepraszam, nie powinnam na Ciebie tego zrzucać. Po co Ci jeszcze moje problemy?
Mimowolnie uroniła kilka łez. Wewnętrznie pozostała nieporuszona tym wyznaniem. Ale była naprawdę dobra w udawaniu kogoś kim nie jest. Dlatego wiedziała, że mężczyzna jej uwierzy. Jak zareaguje? Tego się zaraz dowie. Liczyła na to, że się przejmie jej smutnym losem. Dzisiaj miała chrapkę na taki sposób „podrywu”. Branie na litość, a co. Czuła, że mężczyzna nie jest w stosunku do niej szczery. W końcu niepotrzebnie zbyła go tą krótką odpowiedzią, a później zaraz zapytała o to co u niego. Ty głupia pindo.... Przysunęła się nieznacznie bliżej do mężczyzny, uśmiechając się smętnie. Po czym rzekła smutnym głosem:
- Mam nadzieję, że Twój problem wkrótce się rozwiąże sam, a nie będzie nawracał wciąż i wciąż.
Wyciągnęła kolejnego papierosa z paczki, włożyła go do ust. Poprosiła ponownie o zapalniczkę, nie chcąc walczyć ze swoją. Musi w końcu zainwestować w jakąś pożądaną, bez awaryjną podpałkę, a nie w to tanie gówno z kiosku. Pokręciła przecząco głową, odpowiadając:
- Nie narzucasz się.
Tu zmusiła się na kolejny smętny uśmiech. W sumie dawno z nikim nie rozmawiała o czymś bardziej ambitnym niż o alkoholu czy pogodzie. Mogło jej chyba brakować jakiejś głębszej rozmowy. Spojrzała znowu niepewnie na Nathana, mówiąc:
- Może to dobry pomysł. Choć nie chcę akurat dzisiaj być sama ze sobą.
Wstała z ławki, biorąc ze sobą pusta butelkę. Włożyła w nią niedopałek w siatce, jak i poprzedni – już spalony kiep. Miała w zamiarze wywalić to do najbliższego śmietnika.

Raccoon - 12 Grudzień 2015, 15:51

Zdanie miał na pewno inne niż towarzyszka, ale przecież nie ma, co jej teraz tego tłumaczyć czy też spierać się i przekonywać o swoich racjach. Miał świadomość, że opinii zawsze będzie tyle, ile różnych osobowości, a sam pewnie należał do jakiejś mniejszości, choć w gruncie rzeczy na świecie żyło więcej ekscentryków niż ktokolwiek by się spodziewał.
Trudno było uwierzyć, że dziewczyna, jak ona miała problemy ze znalezieniem towarzystwa i akceptacją. Odstrasza ludzi? W głowie mu się to nie mieściło, nie była brzydka, na dodatek młoda, zapewne też inteligentna i na swój sposób zabawna, mógł to wywnioskować po krótkich rozmowach. Więc co tu nie grało? Może to, że nie chciała tych znajomości?
- Z całą pewnością, jeśli weźmiesz się w garść, to nikogo straszyć nie będziesz. To nie może być aż takie trudne. – Nie miał co się więcej wypowiadać na tym polu, bo było mu to obce i do tej pory świetnie sobie radził bez innych, dlatego nie pragnął zmieniać niczego w swoim życiu. Ale pocieszyć zawsze wypadało. - Nic się nie stało. – Miło było wiedzieć, że nie jemu jednemu się nie układa. Lepiej skupić uwagę na problemie Seven, by łatwiej poradzić sobie ze swoim, jakoś przetrwać ten ciężki czas.
Z każdą chwilą odnosił wrażenie, że ma przed sobą coraz większy obraz nędzy i rozpaczy. Alkohol jej się skończył, kolejny papieros wołał o podpalenie – które oczywiście otrzymał – dziewczyna się rozpłakała, posmutniała, odzywała w taki sposób, że żal ściskał za serce… Ale co on miał w tej sytuacji zrobić? Nigdy nawet nie miał okazji wesprzeć matki w ciężkim momencie, co więcej sam dołożył jej bardziej, niż najgorszy drań. Czy posiadał jakieś naturalne ludzkie odruchy?
Przełknął głośno ślinę na wspomnienie o śmierci brata. To również chwilowo odwróciło jego uwagę od siedzącego na ławce nieszczęścia. Mogła to zauważyć, ale nie powinna się szczególnie martwić, bowiem gdy tylko uspokoił myśli, ponownie patrzył na nią w pełni świadomym wzrokiem.
- Mną nie zawracaj sobie głowy, jestem mężczyzną, dam radę.Łatwo powiedzieć. Wzmianka o tym, że nie chce zostać sama wywołała delikatny niepokój. Bo to chyba nie znaczyło, że chciała siedzieć z nim? O czym chociażby mieli rozmawiać? Hej, Raccoon, spójrz na to, jak na spotkanie obcych w barze – nie znają się, a przy alkoholu czas im przyjemniej mija… Tak. Żebym jeszcze po takich chodził. Niby istniała opcja odwiedzenia z nią baru, ale jak później będzie prowadził? - No dobrze. Jest ktoś u ciebie w domu, masz z kim zostać? Może przyjaciele? Podrzucę cię do nich, żaden kłopot. – Przeczesał dłonią ciemne włosy, drugą wyciągając z kieszeni telefon. Ale jego wyświetlacz nie informował o żadnej odpowiedzi od Vegi, ani jednego znaku życia. Alicja również milczała. Cóż. - Zaczekaj chwileczkę, – Oddalił się od Seven o kilka znaczących kroków i ponownie wybrał numer ukochanej. Nic. Numer nie odpowiadał, a miła pani raczyła go o tym poinformować. Był zły, a zarazem znów się martwił. Nie mógł sobie pozwolić na balowanie do rana, czekała go w najgorszym wypadku wizyta na komisariacie następnego dnia, więc musiał zachować umiar. No ale odrobina, żeby się uspokoić, chyba nikomu nie zaszkodziła. - Znasz jakiś całodobowy w naszej okolicy? – Bo jeśli ostatecznie dziewczyna odpowiedziała, że nie ma do kogo się udać… Czy to niewłaściwe się z nią napić?
Skierował swoje kroki w stronę parkingu, zapraszając jednocześnie Evę, by udała się z nim. Kiedy dotarli na miejsce, podał jej również dodatkowy kask, który miał ze sobą, na wszelki wypadek, gdyby Vega znalazła się po drodze i rzucając coś w stylu „trzymaj się mocno” miał zamiar udać się do jej domu lub domu jej znajomych lub ostatecznie do sklepu, być może kończąc na swoim mieszkaniu. Nie jechał zawrotnie szybko, bo przecież wstawionej może strzelić jakiś głupi pomysł i udał się w miejsce, które tylko zależało od przebiegłości i zdolności przekonywania pasażerki.

Anonymous - 12 Grudzień 2015, 16:43

W pewien sposób Seven nie kłamała. Bo właściwie opowiadała o swoim problemie, a jakby się tak głębiej zastanowić to naprawdę tak smętnie się czuła. Tylko po prostu nie przywykła do wyżalania się czy płakania. Zazwyczaj przez te kilka tygodni chodziła praktycznie pijana, trzeźwiąc w miarę, tak aby w pracy nie stracić klientów. W końcu tancerkom kupowało się drinki, więc nikt jej za alkoholowy oddech wyrzucić nie mógł. Gorzej z wpadkami na scenie albo nagadaniem na kogoś. Jej zawód miał swoje plusy. Spała do południa, piła, jechała komunikacją miejską do roboty, po robocie znowu chlała i kładła się spać, w miarę trzeźwiejąc. Zawsze mogło być gorzej. Mogła wrócić do narkotyków. A taka np. heroina była droga i nie łatwo zejść z haju. Poza tym była czysta już od tylu lat! Nie mogłaby teraz do tego wrócić. Umiała z tym już walczyć. Choć każdy okres Weltschmerz był dla niej trudny. Cyklicznie co kilka tygodni wracał, odbierając jej namiętność, radość i sens egzystencji. A fakt, że inni mają gorzej nie za bardzo ją pocieszał. Była egoistką. Może i ruszał ją problem głodu i wojen na świecie. Ale to jej nie dotyczyło. Nie miała z tym styczności tu i teraz. Była wygodnicka. Problemy trzeciego świata były jej obce. Powiedziała równie ponuro jak wcześniej:
- Udawanie kogoś kim się nie jest to męczarnia. Ale tak trzeba. A teraz mam po prostu chwilę słabości. Mam nadzieję, że Ci nie zepsułam bardziej humoru.
Dokładnie, Seven obecnie wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Ale nie dlatego, że tak się czuła (bo tak było), ale dlatego, że chciała tak wyglądać. Jak mała, bezbronna i załamana kobieta. Choćby nie wiem jak jak Nathan był twardy to taki widok musiał go ruszyć. Nie był przecież jakimś wyrachowanym i pozbawionym uczuć skurwysynem. Jakby był to już dawno dziewczyna wiedziałaby o tym. Wydawał jej się zamknięty w sobie, zaniepokojony i zmęczony. Ale przede wszystkim nie wykazywał żadnych negatywnych cech, które mogłyby przeszkodzić kobiecie w realizacji swojego mrocznego planu. Zauważała też, że mężczyzna co jakiś czas się lekko wyłącza. Nadal jej słuchał, ale chyba przygłuszały ją jego osobiste problemy. Nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie. Próbując zażartować powiedziała:
- Mężczyzna też człowiek. Każdy ma jakieś uczucia.
Uśmiechnęła się, co przez jej zaczerwienione oczy i jeszcze widoczne mokre ślady łez na policzkach dawało efekt wymuszonego dowcipu. Można rzecz, że wyglądała jak ofiara losu, którą ktoś musi się zaopiekować. O taki efekt właśnie jej chodziło. Była małym, nędznym zlepkiem nieszczęść. Niczym mokry kot, pozbawiony swoich majestatycznych atrybutów pogardy i wyższości. Wzmianka o przyjaciołach wywołała kolejny napad szlochu, który dziewczyna opanowała po kilku sekundach. Zaciągnęła się papierosem dla uspokojenia i powiedziała:
- Wszyscy imprezują. Nie jestem aż tak podłą osobą, żeby iść do klubu tylko po to, żeby płakać przy barze.
Chlipnęła, pociągnęła nosem. Zaciągnęła się ponownie i lekko przechyliła w stronę mężczyzny. Może przez ułamek sekundy dotykała policzkiem jego ramienia, jednak zmieszana szybko się odsunęła, mówiąc:
- Przepraszam, nie chciałam... A mieszkam sama.
Przetarła dłonią oczy, od razu udowadniając jak wodoodporna maskara ratuje życie kobietom. Kiedy mężczyzna się oddalił, oparła się na ławce, podkulając ponownie nogi i podpierając się na dłoniach. Zerknęła szybko na mężczyznę, widząc, że gdzieś dzwoni. Najwidoczniej ten ktoś nie odebrał, bo nie usłyszała żadnego głosu. Nie chodziło nawet o to, że chciała podsłuchać. Po prostu było widać, że cisza w słuchawce działa na Nathana jak wiertło w brzuchu. Kiedy wrócił, odpowiedziała na jego kolejne pytanie:
- Pięćdziesiąt metrów od naszego bloku, wystarczy wejść głębiej w blokowisko.
Odrzekła, jakby bardzo dobrze znała to miejsce. Bo tak było. Nie raz i nie dwa wracała stamtąd, opróżniając kolejną butelkę czy prawie, że na czworakach. Dwa kroki do przodu, dwa do tyłu. Sprzedawca, Janusz z rubasznym wąsem ją bardzo dobrze znał.
Ruszyła za Nathanem, założyła kask i wtulając się w plecy mężczyzny jechała bez zbędnego gadania. Jedynie kurczowo trzymała się go, jakby bojąc się, że zaraz zleci. Oczywiście nie łamała mu żeber, bo grzecznie trzymała ręce gdzieś na wysokości mostka Nathana. Nie było jej zbyt komfortowo w tej pozycji, bo aby nie zlecieć musiała się mocno wtulić w mężczyznę, co skutkowało gnieceniem sobie piersi na twardych plecach towarzysza.

(z.t. oboje)



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group