To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Miasto Lalek - Zamek

Tyk - 3 Grudzień 2011, 22:05



Zamoście <Dla tych za mostem>
Staliście nie wiedząc, że cokolwiek się zaczęło. Nie byliście świadomi tłumów zebranych już w środku. Widzieliście tylko jak osoba za osobą wchodzą na niewidzialny most i same znikają. Może tak naprawdę spadały, a samo wejście było tylko złudzeniem mającym zwabić biedne duszyczki w łapki Dark, gdzie już czekała nicość, a może raczej królestwo niebytu. Nie byliście świadomi niczego co działo się w środku, lecz mogliście ujrzeć, że kwiaty ułożone w napis zaczynają się rozpadać. Płatki lecą ku ziemi i osiadają na placu tworząc całkiem pokaźną górkę.

Plac Balowy
<Dla wszystkich, którzy są na głównym placu.. czyli w sumie poza tymi co nie napisali posta i feste to wszyscy>

Tutaj wszystko było spokojne. Nie sposób było dostrzec kwiecistego napisu, który zapraszał na bal. Co więcej niebo było wolne od jakiejkolwiek, nawet najmniejszej, chmurki. Panowała za to dziwna noc, w której tysiące roztańczonych migotaniem gwiazd otaczało srebrzystą tarczę księżyca. Nie wiadomo skąd wzięły się te nocne dziwy skoro na zewnątrz był dzień. Z drugiej strony światła wcale nie brakowało. Było go akurat tyle aby wszystko rozświetlić. Gdzie jego źródło? Tego nawet najuważniejszy obserwator by nie dostrzegł, a takich przecież tutaj nie ma. Wszyscy jednak mogli czuć się nieco zagubieni. Tak było z tymi, którzy na bal trafili całkiem przypadkiem, a o dziwo nie było takich wcale mało. Inni zaś przybyli tutaj niemal z przymusu nie będąc świadomymi tego jaka w całej grze jest ich rola. Zabrał się jednak spory tłum, a więc wszystko co było potrzebne prowadzącemu na rozpoczęcie balu. Nikt jednak nie spodziewał się jeszcze pięć minut temu, że przywita ich nie człowiek, czy człekokształtna istota, a coś zupełnie innego. Bowiem jasno trzeba stwierdzić, ze zwykle na takie okazje wybiera się osoby najbardziej reprezentacyjne. Tym razem atmosfera miała być mniej poważna, a zatem na balkon jednego z pałaców wkroczył królik, chociaż na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że panda, lecz tylko ze względu na kolorystykę stworzenia. Uszy oraz sama budowa ciała rozwiewały wszelkie wątpliwości. Oparł on swoje pluszowe łapy na balustradzie po czym spojrzał na gości i przemówił.
-Witajcie drodzy goście balu, który nie był organizowany przez całe milenia. Nikt nawet nie wie czy kiedykolwiek był zorganizowany. Zatem śmiało powiedzmy, że witam was na pierwszym balu królewskim krainy luster.
Tutaj przerwał, bo po krótkim zaznaczeniu dlaczego wybrano właśnie tę miejsce oraz wprowadzeniu gości do tematu, postanowił wypowiedzieć nazwę, której niewielu się mogło spodziewać. Wszystkie ogłoszenia mówiły o balu w mieście lalek. Nawet słowo zamek padało dość rzadko, częściej używano w starym mieście lalek, gdyż tak potocznie nazywano dawną twierdze królewską. Sama nazwa mogła jednak być kontrowersyjna, a to dlatego, że pomimo istnienia wielkich rodzin arystokratycznych, nawet pomimo posiadania przez nich prywatnych armii, nikt nie otrzymał tytułu królewskiego, a skoro stwierdził, że to bal krainy luster mogło oznaczać, że i król właśnie tego regionu. Trzeba też pamiętać, że legendy nie są już tak popularne jak kiedyś i nie każdy zna historię o dawnej jednolitej władzy dla całego lustrzanego świata. Mimo wszystko nie był to koniec przemowy.
<Kilka osób napiszę i później dalej>

Feste

Nie czekając na początek balu postanowiłaś udać się na odpoczynek. To prawda, że zwykle najpierw się tańczy, z drugiej zaś strony odwrócenie kolejność, w teorii, może dać niemal nieograniczoną swobodę wtedy gdy wszyscy, pod koniec, będą odpoczywali strudzeni całonocnym tańcem to ty będziesz mieć pełnię sił do zabawy na niemal pustym placu. Kolejną zaletą, chociaż dyskusyjną, bo zależną od gustu, jest brak możliwości ujrzenia dość dziwnego prowadzącego całego przyjęcia. Na razie mogłaś tylko usłyszeć dochodzące z placu rozmowy ludzi, jakiś głos nad nimi górujący, lecz żadnych konkretów w postaci niosących za sobą treść = słów. Wadą, choć to sprawa znów do podważenia, jest panująca tam cisza. Drzewo, pod którym się zatrzymałaś stało nieruchome wskazując na brak nawet najmniejszego powiewu mogącego wywołać trzepot setek liści. Jedynie jakaś brązowa ławeczka stojąca u korzeni rośliny oraz brukowana ścieżka biegnąca wokół całej dzielnicy. Były nawet kawałki muru, który nie został nigdy zburzony w całości. Poza stojącymi przed mostem nie było też żadnych istot nieodgrodzonych budynkami, a przynajmniej do czasu gdy pojawiła się ich aż trójka! najpierw dwóch ubranych na czarno w białych maskach idących pewnym krokiem ku ruinom najstarszej części zamku. Nie było w nich nic wyjątkowego, a takich samych można było spotkać naprawdę dużo na terenie przyjęcia. Ostatnia osoba również była zamaskowana lecz dużo niższa. Nie miała nawet metra, chociaż kształtami przypominała dorosłego człowieka tyle, że w skali. Szedł nawet w twoją stronę! Chociaż z drugiej strony równie dobrze mógł kierować się do studni, która była całkiem niedaleko miejsca, w którym się zatrzymałaś.

Anonymous - 4 Grudzień 2011, 20:29

Może dla niektórych taka odwrócona kolejność była czynnikiem sprzyjającym, dla niej natomiast zanadto się nie liczyła. Czy ktoś w ogóle zaprosiłby ją do tańca, z tymi leciutko rozchylonymi ustami i zamglonymi oczami, jakby była trawiona przez gorączkę lub też upijała się fantazjami? Przy tym też można by polemizować, ale o to mniejsza. Miała nadzieję, że nikt jej tu nie będzie trapić. Gdyby obracała się w tamtym barwnym, tętniącym życiem towarzystwie, pewnie nie mogłaby wytrzymać z natłoku ostentacyjnych paplanin gości, tutaj natomiast dochodziły do niej tylko jakieś przyciszone głosy. Starczyło tylko, by się w nie wsłuchała, aby mniej więcej zrozumieć ów bełkot... Obciągnęła palcami suknię, chwytając za poły kreacji, by rozpocząć zwyczajowe kołysanie się na piętach. Jej ślepia błądziły po strukturze nieokreślonego punktu, który obrała sobie za obiekt zainteresowania, a z jej sinawych warg wydobyło się coś na kształt zduszonego prychnięcia.
Cień rzucały na nią rozczapierzone gałęzie przypadkowego drzewa. Wydawało się aż, że niepostrzeżenie wyciągają się ku niej niczym szpony, aby opatulić oddalone umysłem o setki kilometrów dziewczę, i zatopić ostrza w jej pergaminowej skórze. Nie wiał wiatr. Dlaczego nie wiał wiatr? Jej włosy nie były smagane nawet nalżejszym podmuchem. Stanęła prosto i obróciła się gwałtownie w stronę drzewa. Listki się nie poruszały. Podejrzane. Oczywiście, stanowczo odrzucała możliwość, że brak choćby lekkiego zefirku zaistniał w wyniku naturalnym. Napotkała ławeczkę, której nie kalał nawet jeden listeczek, mimo że winny na nią opaść już ich tysiące. Może by tak sobie spocząć?
Czyjeś buty uderzały o podłoże na tyle głośno, że to spostrzegła. Zawinęła kosmyk włosów za ucho przy oku nieograniczanym przez zwałę białej grzywy, ażeby przyjrzeć się uważniej tym trzem postaciom. W miarę, jak się zbliżali, byli coraz wyraźniejsi, a ona rozpoznała trójkę tych tajemniczych zamaskowanych istot, których skupiska krążyły już po placu. Zdumiał ją tylko wzrost najmniejszego. Może w ich szeregach było jakieś dziecko? Szybko odrzuciła od siebie tę myśl, gdy pod płaszczem zarysowała się budowa owego człowieka. Co tu porabiali? Nie mieli przypadkiem niepokoić gości na głównym placu? Swoją drogą, niezłe posunięcie. Stworzenia wszelkiej maści zwabione przez ciekawość i nutkę tajemnicy, która towarzyszyła egzystencji lustrzanego balu, a potem omotane przez stłoczone w nieładzie w odizolowanej przepaścią dzielnicy bestie, których prawdziwe oblicze skrywały niepozorne maski, nawet niewykrzywione w zdradzieckich uśmiechach. Czyżby zbytnio dała się ponosić wyobraźni? Kto wie, co ta kreatywna główka jeszcze wymyśli. Scenariuszy nie brakowało, jak zwykle.
Po dłuższej chwili bezowocnego wpatrywania się w te persony doszła do wniosku, że kierunek, w którym zmierzają, krzyżuje się z miejscem jej postoju. Chodziło o nią? Może znów coś przeskrobała i teraz ktoś się o to upomina? W końcu tylu osobom już uprzykrzała życie, że by się nie zdziwiła. Zastygła w oczekiwaniu, uprzytamniając sobie, że nieopodal znajduje się studnia. W sumie, jeśli będą dybać na jej życie, uratuje się skokiem w jej odmęty. Śmierć przez utonięcie wydawała jej się mniej bolesna, niż spodziewane tortury ze strony nieznajomych. Ale tak nienawidziła wody...
W każdym razie, postanowiła nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. To zwykle nie popłacało. Odsunęła się tylko usłużnie, aby idący na przodzie skarlały człowiek nie wpadł na nią, zatracony w podążaniu do celu.
Do diabła, ciekawość znów wyciężyła. Czemu tym razem nie coś innego?
- Kim jesteście? - spytała z prostotą, wykrzesawszy ze strun głos tak słaby i cichy, że nawet niekoniecznie ją usłyszeli. Wpływy chłodu? Wzrok zbłąkany gdzieś w okolicach studni trafił w pierś jednego z wyższych od ostatniego człowieka w masce, niemal zapalczywie się w nią wpijając. Ostatecznie uwagę skupiła na tym najmniejszym, właśnie odeń oczekując odpowiedzi. W końcu należała jej się, zapytała bardzo grzecznie, aż dziw. Czy jej słowa miały szansę wywrzęć jakąkolwiek reakcję na obliczu zamaskowanych? Wątpliwe, oj, wątpliwe.

Anonymous - 4 Grudzień 2011, 20:45

Na placu przez chwilę nie działo się nic godnego uwagi Vondur. Tak naprawdę słyszała ona tylko cichy gwar rozmów, których też nie było wiele. Większość osób stała lub siedziała samotnie, rozglądając się wokoło z dezorientacją. Arystokratka w sumie należała do tej grupy. Jak na razie nie wychwyciła wzrokiem wśród tych tłumów nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. A kiedy już zauważyła, jej uwagę przykuło coś innego.
Na balkonik wyszedł... królik. Było to dziwne, bo powinien się tam pojawić jakiś wykwintny kamerdyner, przynajmniej według Vondur. No, ewentualnie jakaś dziewczyna ubrana w piękną suknię. W żadnym wypadku nie przytulanka!
Jego przemowa przyniosła Zuzanne wiele wątpliwości. Dotyczyły one między innymi słowa 'królewskiej'. Nigdy nie słyszała o żadnym królu Krainy Luster. A przecież wiedziałaby o tym, jako że miała dość dobrą siatkę wywiadowczą. Toteż słowo to naprawdę ją zdziwiło.
Przemyślenia te przerwał jej pewien strażnik. Podszedł do niej i bez słowa wręczył do jej rąk list. Był pięknie zapieczętowany. Kiedy go rozwinęła, zobaczyła naprawdę oficjalny tytuł. Zdziwiło ją to trochę i zaczęła zagłębiać się w lekturę. Z każdym słowem oczy dziewczyny robiły się coraz większe. A to wszystko przez treść, według której Vondur miała na tym balu zabawiać gości i spełniać ich zachcianki.
Jak to możliwe! Dlaczego ona, arystokratka, miałaby się na to godzić?! Niestety, chyba nie miała wyjścia, bo strażnik wyglądał groźnie. A ona miecza przy sobie nie miała. Zostawiła go w tym beznadziejnym domu.
Westchnęła i zwinęła list. Kiwnęła głową do strażnika i zaczęła pełnić swoją rolę. Przybrała fałszywy uśmiech, który wyglądał na rzeczywisty i rozejrzała się. Zobaczyła dobrze ubranego chłopca, który wyglądał jej na arystokratę. (Żeby nie było chodzi mi o Oleandra c:.) Podeszła do niego i ukłoniła się.
-Czy mogę szanownemu panu jakoś pomóc? Jestem tu po to, aby spełniać życzenia pańskie i reszty gości.-Powiedziała grzecznie, przeklinając w duchu tego, kto kazał jej odgrywać tę szopkę.

Anonymous - 5 Grudzień 2011, 14:52

Być może wreszcie udało mu się uczynić, to do czego dążył przez ostatnie około pół godziny. Zgubił właścicielkę sakiewki, którą teraz wyjął upewniwszy się, że faktycznie nadal ją ma. Pałac w którym się znalazł był chyba największy, z tych obecnych w starym mieście lalek, co uśmiechało się Oirivinowi, który wcale ponownego spotkania z dziewczyną nie chciał.
Długo błądził ostrożnie po jego korytarzach, zaglądając z ciekawością, do każdego pomieszczenia. W końcu udało mu się, przejść całość, okrążając główną salę. Teraz ponownie się w niej znalazł. Widział już główne wyjście.
W głównej sali nie było nikogo, prócz dwójki kolorowo odzianych postaci, dążącym w tamtym kierunku i jednej czarnej, zamaskowanej. Był to chyba strażnik, jeden z tych, których ciekawość wzbudził uciekając przez cały teren balu. Miał nadzieję, że póki co nie mieli żadnego powodu, by z zainteresowania przejść do czynu. Raczej nie znali prawdziwego powodu obecności chłopaka na uroczystości. Ten był całkowicie przypadkowy, tak więc nie zamierzał pozostać tu zbyt długo. Mimo wszystko wolał zachować ostrożność. Wyprostował się, otrzepał biały płaszcz - i tak już wzbogacony o kilka ciemnych plam - i skierował się ku swemu celu.
Szedł w sposób zupełnie do niego nie podobny. Prosto, nie za szybko. W dodatku sprawiał wrażenie... moze nie tyle co wyluzowanego, ale na pewno nie zdenerwowanego. A taki był w rzeczywistości.

Anonymous - 5 Grudzień 2011, 15:16

Po tym jak złodziejaszek zniknął gdzieś w ogromnym pałacu, dziewczyna straciła nadzieję, na to, iż odzyska skradzioną sakiewkę. Chwile stała po środku głównej sali, rozglądając się za jakąkolwiek podpowiedzią, co do tego, w który korytarz, drzwi, pomieszczenie mógł pobiec chłopak. Nasłuchiwała przyspieszonych kroków... Nic. W pewnej chwili w pałacu pojawiła się za to dość ciekawa postać. Miała na sobie czarną, tak jak reszta stroju, pelerynę, kapelusz i coś, co najbardziej ją wyróżniało. Mianowicie - biała maska. Wszystko to budziło nieufność, nakazywało być ostrożnym, ale i idealnie pasowało do uroczystości, na której początek Miyuko miała okazję przybyć. Nie żeby zamierzała na niej zostać... O nie! Była już ostatnio na jednym balu i ten stosunkowo wystarczał jej na jakiś czas. Przybyła tu jedynie ze względu na chęć odzyskania, tego co do niej należało. Przebiegając wcześniej przez plac, miała okazję zobaczyć jeszcze kilka takich postaci. Zapewne pełnili funkcje strażników, mimo to, dziewczyna nie wykluczała faktu, iż ich cel może być zupełnie bardziej skomplikowany, tajny... Posiadanie takowego miał prawo każdy tutaj obecny.
Po krótkim uraczaniu postaci obserwacją, porzuciła rozmyślania na jej temat i losowo wybrała kierunek, w który się udała. Szła szybko, stukając ciężkimi butami o kamienną posadzkę. Zaglądała do większości napotkanych pomieszczeń. Nie znajdywała tam jednak nic prócz nieskazitelnego porządku. W pewnym momencie znalazła jakieś tylne wyjście z pałacu. Myśląc, iż złodziejaszek także mógł je odkryć, wyszła przezeń na zewnątrz. Można by powiedzieć, że udało jej się to zrobić w idealnym momencie. Znajdując się ponownie na balowym placu, trafiła w ten czas, kiedy prawdopodobnie organizator wyszedł na balkon jednego z budynków. Zapewne nie przypadkowo wybrał to miejsce, bowiem było tak umiejscowione, ze każdy znajdujący się pod balkonem mógł ujrzeć osobę, która na nim stanęła. A ta była dość osobliwa... Nie był to człowiek, ani nikt go przypominający, a królik! Królik, który po oparciu swych łapek na balustradzie zaczął przemawiać do przybyłych na bal.
Przystanęła więc na chwile zaciekawiona słuchajac jego słów.

Anonymous - 5 Grudzień 2011, 20:11

Był przygotowany na wszystko. Na ducha bez głowy, na szkielet, na pustkę, na to, że nikt ich nie przywita. Ale gadającego królika się nie spodziewał, naprawdę! Co jednak nie znaczy, że stworzenie mu się nie spodobało. Przeciwnie, lubił króliki, ale jednak pod tym względem nic nie mogło przebić kotów. Może się to wydawać dziwne, jednak Arsene był powszechnie znany z tego, że zawsze myślał na wyrost. Przygotowywał się na rozwiązania najbardziej nieprawdopodobne, automatycznie odrzucając te, o których zapomniał lub które wydawały mu się nieciekawe. Owszem, w ten sposób stale się "nakręcał", a co za tym idzie, również rozczarowywał, jednak negowanie jego charakterku wbrew pozorom byłoby bardzo trudnym i żmudnym przedsięwzięciem. Nawet taka łajza i niezdara jak on potrafiła być uparta. I to jeszcze jak! Niełatwo było na niego wpłynąć. jeśli miał własne zdanie, to za nic, w życiu by od niego nie odstąpił. Oczywiście, nie robił publicznych ataków histerii, nie uciekał się do przemocy ani nic z tych rzeczy. Był pewny, że Eurydyka nawet nie wie o tej jego osobliwej cesze. Nigdy jej się takim nie ukazał, mimo tego, ile czasu spędzili razem. Miał względem niej pewien respekt, który nie pozwalał mu protestować ani jej się postawić. W końcu jej służył, nieprawdaż? A zresztą, nie miał w zwyczaju ukazywać swego uporu nazbyt często.
Kiedy królik mówił sobie w najlepsze, on w międzyczasie wetknął do ust następnego cukierka. Albo ktoś wciągnie go w rozmowę, albo zanudzi się na śmierć.

Tyk - 6 Grudzień 2011, 22:59



Feste
Twój głos kilkanaście metrów dalej pozostałby bez odpowiedzi. Tam, gdzie wciąż trwały rozmowy i gwar ludzki zagłuszał krok, nikt by cię nie usłyszał. Tutaj, gdzie równy chód trójki ludzi był doskonale słyszalny nawet najcichsze piśnięcie było głośniejsze niż odległe dźwięki rozpoczynającego się balu, sytuacja była zupełnie inna. Dwójka strażników spojrzała w twoim kierunku. Co więcej nawet zrozumieli treść wypowiedzi. Mogli teraz dobyć mieczy i cię zabić, ale to tylko w wybujałej fantazji ludzi wszędzie widzących spisek. Ich cel był nawet przeciwny, a więc ochrona aby nikt na tym przyjęciu nie zginął. Pomimo też pozornie strasznego wyglądu, na który składają się długie czarne płaszcze bez żadnych ozdób oraz poważna biała maska, która nie pozwala na dojrzenie ich oczu, nie było w nich nic niepokojącego. Nawet ich głosy nie brzmiały szczególnie strasznie. Jednak to co mówili było już prawie że nudne.
-Jestem Adelbert, a to jest Lutger. Pełnimy tutaj rolę strażników, a na co dzień jesteśmy książęcymi dragonami
Nie powiedzieli zatem nic przydatnego, jednak ich imiona mogły budzić pewien niepokój, czyżby stały się przepowiednią jakowejś zagłady czy wrzucenia do nicości, na które PEWNA osóbka zwlekająca z tworzeniem Nietworka wciąż czeka? Pytanie tylko można zadać o małą istotkę, której po prostu nie było. Wraz z chwilą gdy Feste zadała pytanie to "karzeł" po prostu zniknął tak jakby był tylko złudzeniem, zaledwie snem, który przedarł się do rzeczywistego świata. Równie dobrze mógł po prostu wpaść do jakiejś dziury, o której nikt nie wiedział. Nieistotne, po prostu go nie było, a strażnicy w końcu też sobie pójdą. Może czas zrobić coś głupiego?

Orivin
Nie ingerować mi w rolę MG! Sobie chodziłeś po terenie uroczystości nawet zaglądając do jednego z budynków i dokładnie go przeszukując. Wszystko poszło prawie idealnie aż do czasu gdy przypadkiem natrafiłeś na scenę gdy zauważyłeś, albo wydawało ci się, że zauważyłeś jak jeden ze strażników podchodzi do stojącego na warcie i wskazuje mu właśnie na ciebie. Z drugiej strony mogło to nie mieć żadnego związku i być tylko złudzeniem, w końcu wokół było naprawdę dużo ludzi, którzy mijali cię w każdej niemal chwili. Słychać było wciąż gdzieś w oddali przemówienie królika, który zupełnie nie pasował ani do scenerii balu ani do zabudowy miasta. Przez twoją ingerencję nie wiem co pisać! Nakrzyczę na ciebie na gg później dobrze ?

Królik i główne przemówienie
Post będzie jak nieco więcej osób odpiszę bo czekam na więcej reakcji żeby je zebrać ! @@ Jak jutro nikt więcej nie napisze to dostaniecie tutaj edita lub nowy post o



Anonymous - 10 Grudzień 2011, 15:04

Uzyskaną odpowiedź skwitowała prychnięciem, niemalże pogardliwym. I po to tak nadwyrężała swoje struny głosowe, w imię jakiejś mdłej, wyuczonej na pamięć przez sługi formułki? Bo przecież tym właśnie byli, sługami. Spojrzeniu przywróciła się trzeźwość i nadała mu wyraz zobojętniały, znudzony i jakoś specjalnie nieprzejęty obecnością strażników, która wcześniej tak ją zajmowała, jednak sama Feste coś poczuła. No właśnie. Coś. Ich imiona. Były takie niecodzienne, ba, szalenie niespotykane. Skąd je wytrzaśnięto? Chyba samej jej się tego wydedukować nie uda, stąd też nieograniczona niczym możliwość zasypywania pytaniami tych książęcych dragonów. A ten trzeci? Czemu nic nie mówił?
- Ty - syknęła niespodzianie władczym tonem, spojrzenie z oblicz Adelberta oraz Lutgera przenosząc do najmniejszego z nich. A raczej na pustą przestrzeń, gdzie winna choćby odcisnąć się jego esencja, skoro rozpłynął się w powietrzu. Zamilkła, choć jej tymczasowym towarzyszom konwersacji mogło się wydawać, że zwyczajnie straciła wątek. Może nawet tym właśnie tłumaczyli jej nagłe milczenie? Wyciągnęła przed siebie prawą rękę, obracając kilkakrotnie nadgarstkiem, palec wskazujący natomiast celował w stronę postaci karła, obtoczonej jakąś materią, która sprawiała, że stawał się niewidzialny, przynajmniej zdaniem owej panienki.
- Ten mały. On też jest tutaj strażnikiem? - spytała, momentalnie zwróciwszy wzrok na Adelberta, znaczy się, tak jej się zdawało, że nań, w końcu obaj byli jak dwie krople wody. W innych okolicznościach uśmiechnęłaby się chytrze i uknułaby jakiś podstępny plan, sprowadzający się do tego, iż od tej pory ci panowie stanowiliby jej eskortę i zostaliby zmuszeni siłą jej perswazji do odkrywania różnych sekretów związanych z tym miejscem, na przykład przynieśliby jej skarby z dna studni i inne takie złośliwe kaprysy znużonej damy o dziwacznym guście; ale interesowało ją, gdzież to się podział ów karzełek. Nie mógł sobie tak po prostu zniknąć w jakiejś zapadni, w końcu jej bystremu oku nie umknąłby taki szczegół, jak osuwanie się skołowanego człeka w przepaść. Tak sądziła, ale czy w Krainie Luster nie zawsze niektórych rzeczy nie dało się wyjaśnić? Chyba o tym na chwilkę zapomniała. Mniejsza.
- Podejrzane, prawda? Zniknął, choć z pewnością nie był złudzeniem... - zagadnęła strażników, choć prawdę powiedziawszy bardziej zwracała się do samej siebie, niżby do takich zapewne nieobytych ludzi, czy tam istot humanoidalnych. Oczywiście, można by nawet rzec, że łgała, nie miała żadnego wiarygodnego dowodu na to, iż karzeł nie był tylko wytworem jej wyobraźni, a iluzji za nic przejrzeć nie umiała, mimo swą opinią wszechwidzących ślepi. Podeszła bliżej do dragonów, nieufnym wzrokiem obdarzając wyrwę między ich szeregami, wyrwę, którą uprzednio zajmowało coś skarlaciałego, niby skrzat, bądź krasnolud. Ale przecież takie stworzenia istniały hen, daleko, jeśli nawet, a jeżeli nie to pozostawały pustymi wzmiankami w księgach, więc musiało to być coś innego. Pytanie, co? Za bardzo odbiegała od tematu, czemu nagle przestała go, a może "to", widzieć.
- Czy od początku byliście sami? Nie było z wami nikogo więcej? Na pewno? - Nieszczęśni Adalbert i Lutger, którzy wydali na siebie wyrok, udzielając jej uprzejmej odpowiedzi, znaleźli się w krzyżowym ogniu pytań. Bynajmniej nie zamierzała ich oszczędzać, o nie. Nic nie obchodziły jej te beznamiętne maski i niepokojące miana, nie w smak jej było się ich wystraszyć, kiwnąć potulnie główką i odejść, ażeby nie przeszkadzać więcej strażnikom w ich zadaniu.
- A jeśli to ja przestałam go widzieć? Co z moimi oczami? - gwałtownie zacisnęła dłonie na oczodołach, kręcąc zdecydowanie głową. Myśl o uszczerbku oczu ją przerażała, bardziej niż świadomość, że mogą ją teraz bez przeszkód przeszyć tym, co im się ostrego pod ręce nawinie, bowiem nie patrzyła i najprawdopodobniej zaczynała irytować. Lecz... Nie.
- Nie - wyrzekła z mocą. - A więc iluzja, tak? Mówcie, byle prawdę! - zarządziła, odrywając rozczapierzone palce od swej twarzy. Czyżby zmagała się z jakimiś problemami psychicznymi? ~ Niemniej, ze złowróżbnym spojrzeniem i ściągniętymi brwiami czekała nie nadto cierpliwie na następną już odpowiedź, a raczej odpowiedzi.

Oleander - 10 Grudzień 2011, 16:14

Oleander czuł się już lekko znużony oczekiwaniem na oficjalne rozpoczęcie zabawy. Teraz nie wodził już wzrokiem po innych gościach, a z lekką irytacją wpatrywał w zamkowe balkony. Jednak pojawienie się na jednym z nich królika nieco chłopca zdziwiło. On również prędzej spodziewałby się ubranego w elegancki strój herolda tudzież wystrojonej damy. A jednak! Był bardzo mile zaskoczony, gdyż te futrzaki wydawały mu się o niebo słodsze od nudnych ludzi. Znudzoną twarz paniczyka momentalnie rozpromienił wesoły, dziecięcy wręcz uśmiech.
Chciałbym takiego króliczka! – powiedział do siebie, wciąż nie odrywając wzroku od stworzonka.
Zaraz dopowiedział w myślach, że gdy tylko wróci do rodzinnego zamku, zacznie suszyć głowę ojcu, by jak najszybciej znalazł i sprowadził mu podobnego. Jak miło byłoby pobawić się z takim uroczym królikiem! Na wypowiadane przez tę żywą przytulankę słowa powitania nie zwrócił większej uwagi. Króliczkowy urok istotki zainteresował chłopca zdecydowanie dużo bardziej. Niby jako osóbka dociekliwa powinien przywiązać większą uwagę do określenia balu mianem „królewskiego”, jednak gdy w grę wchodziły króliczki, Oleander zachowywał się niczym małe dziecko. Tak, jak gdyby nagle ktoś dotknął go niewidzialną magiczną różdżką, zamieniając sadystycznego dzieciaka w wyjątkowo uroczego chłopczyka. Sięgnął do kieszeni surduta i wyciągnął z niej małego lizaka. Zawinięty był w różowy papierek z obrazkiem truskawki, który bez wątpienia informował o smaku. Odwinął go, po czym włożył różowego lizaka do buzi. Z kącika ust Oleandra wystawał biały, plastikowy patyczek nijak pasujący do jego arystokratycznego wizerunku. Papierek gniótł w ręce, wydając przy tym denerwujący szelest, który na szczęście, ginął w gwarze panującym na placu.
W pierwszej chwili nawet nie zauważył, że podeszła do niego dziewczyna. Zdał sobie sprawę z jej obecności dopiero, gdy usłyszał delikatny, dziewczęcy głos. Odwrócił głowę w jej stronę, choć z lekką niechęcią, gdyż dużo bardziej wolałby dalej podziwiać uroczego królika. Przyglądał się jej przez chwilę, przy czym przekrzywił główkę lekko na prawą stronę. Wyglądało to dość słodko. Podniósł rękę, złapał za plastykowy patyczek i wyciągnął lizaka z ust.
W sumie to... – zaczął miłym głosem, posyłając Vondur uroczy uśmiech. – Możesz to wyrzucić. – dokończył. Tym razem z jego ust o sinawym odcieniu wydobył się oschły ton. W tym samym czasie wysunął w kierunku dziewczyny rękę z różowym, pogniecionym papierkiem od lizaka.
Aż ciężko było stwierdzić, czy chłopiec zrobił to z czystej złośliwości, czy też z lenistwa, by nie musieć rozglądać się za miejscem, do którego mógłby wrzucić papierek, a nie będącym jego własną kieszenią.
Włożył słodką różową kulkę z powrotem do ust, po czym znów uśmiechnął się do dziewczyny. Prawy policzek chłopca był wypchany przez lizaka, toteż jego obecną aparycję można było przyrównać do wyjątkowo eleganckiego chomika. Słodki smak przekąski, którą kazał sprowadzić dla siebie ze świata ludzi nijak nie przypominał mu smaku prawdziwych truskawek. Był taki sztuczny! Jak wszystko tam w mniemaniu chłopca. A jednak paniczykowi nawet zasmakował. Niektóre słodycze, napoje gazowane i telewizję uważał za jedyne godne uwagi dokonania ludzi.

Cariati - 11 Grudzień 2011, 20:21

Dawno nie przebywała na takich imprezach, a siedząc na tej ławce wyglądała niczym te zdesperowane panny, które łaskawie czekają aż jakiś przedstawiciel płci męskiej podejdzie do nich i poprosi o taniec. Gdy tylko przybyło więcej ludzi, zerwała się z miejsca aby troszeczkę pochodzić. Widok królika niezwykle ją zachwycił. Nie dość że był duży to jeszcze tak słodki w oczach Savanny że miała ochotę podbiec do niego i wtulić się w jego futerko. Na dodatek on gadał, co dla dziewczynki było dość fascynujące. Myślała że gości przywita ktoś zamożny, wręcz bardzo znany w Krainie Luster, a tu totalne zdziwienie. Dobrze, że nie wyszedł tu jakiś duży motyl bo by z piskiem uciekła z balu. Bodajże od zawsze się bała motyli, co prawda może to się wydawać dziwne bo w końcu co jest w nich tak strasznego? Są małe, płochliwe a na dodatek ładne. A w główce Marie wyglądały na wielkie puchate stwory, z ostrymi zębami, dużymi oczami, które wiecznie szukają dzieci do pożarcia i okropnym oddechem. Choć przemówienie króliczka dopiero się zaczęło niezwykle była zainteresowana. Zapewne tylko ze względu na to że mówił to wszystko duży królik, iż nie należała do osób zbytnio ruchliwych. Wchodząc w niewielki tłum ludzi, którzy także słuchali wypowiedzenia zwierzęcia. W końcu stanęła obok jakiegoś dachowca, gdy kątem oka na niego spojrzała wyglądał jakby miał niemal tyle samo lat co ona, lecz na pewno był starszy. Powoli wyciągnęła cukierka z kieszeni płaszczyku. Trafiła akurat na poziomkowego, cicho rozwinęła papierek, w końcu pochłonęła cukierka.
Tyk - 12 Grudzień 2011, 01:06



Główny plac

Nim jeszcze prawdziwy bal się zaczął, na placu miał miejsce niecodzienny koncert. Zamiast instrumentów sterowanych sprawną ręką setek muzyków był cichy szelest papierków i stuk zębów o powierzchnię cukierków. Tak oto się rozpoczęło łagodnym posiłkiem. Pierwszy zaczął jeszcze przed przekroczeniem nie-mostu, kolejni dołączyli podczas króliczej przemowy. Tak to wtórując swymi tajemnymi tabletkami słowom prowadzącego zaczął się bal. Nim jednak pierwsza para ruszyła do tańca wierna dźwiękom orkiestry, najpierw konieczne było zakończenie przemowy królika, który nie spotkał się z żadnym sprzeciwem co do nazwania balu królewskim. Dlatego przedstawił wszystkim legendę, o której przecież już zapomniała większość.
-Nikt nie potrafi policzyć jak wiele godzin upłynęło od czasu świetności naszej krainy. Barbarzyńcy depczą naszą ziemię i łamią wszelkie prawa. Nie było tak zawsze. Gdy nad całą krainą jedna była głowa, dodam, że z koroną, to praw przestrzegano, a życie było przyjemnością udekorowaną kwiecistą zabawą. Pragniemy wskrzesić przynajmniej cząstkę dawnego porządku tutaj, gdzie znajdowała się królewska rezydencja. Zapraszam was ... psik ... zapraszam was do zabawy.
Królik podniósł swoje dłonie. Jego słowa były wypowiedziane w sposób bardzo łagodny i jednolity. Klasnął bezdźwięcznie nad głową, po czym dało się słyszeć ciche dźwięki orkiestry. Łagodna muzyka rozeszła się po całym placu, lecz zwykle nikła w dźwiękach rozmowy. Królik kontynuował.
-Proszę zatem dobrać się w pary. Trzeba rozpocząć naszym tradycyjnym tańcem.
Po tych słowach królik oparł głowę na balustradzie, a muzycy już pewnie uderzyli w struny. Dźwięk rozniósł się po całym placu i był słyszalna nawet za jego granicami. Wszystkim znane tony rozbrzmiewały w powietrzu, a zadanie wywołało lawinę spojrzeń zdziwionych i przerażonych nagłą koniecznością poszukiwań, a z drugiej strony uśmiech radosny pojawił się na kilku ludzkich wyspach. Nim jednak będzie można się radować najdziwniejszym tańcem jaki kiedykolwiek powstał trzeba znaleźć sobie parę i na to właśnie orkiestra grała, jakby w pośpiechu, szybką melodię. Tak zatem was zostawię byście weseli biegali i poszukiwali.

Feste

Strażnicy stali raczej nie okazując uczuć. Mieli za to całkiem zabawny koncert i zapewne maski ratowały ich przed koniecznością zachowania powagi. Z drugiej zaś strony muzyka, która właśnie teraz dobiegła od strony balu doskonale połączyła się z zachowaniem Feste, która po prostu nie czekając na odpowiedź zaczęła snuć teorie na temat czegoś czego nikt inny nie widział. Zacznijmy najpierw od tego, że jeden ze strażników stał do niej bokiem przyglądając się przez długi czas mieście lalek, które wyglądało dość groteskowo. Obrócił się tam gdy tylko jego towarzysz wydał z siebie dźwięk mogący być zapisanym jako "hm". Odbyło się to tuż po pierwszej z licznych wypowiedzi, które padły ze strony "widzącej karła". Widać było, że zastanawia się o jakiego małego chodzi. Nawet rzucił krótkie, lecz hojne spojrzenie na okolicę. Już miał odpowiedzieć, że nikogo więcej tutaj nie widzi gdy nagle spadł na niego grad pytań tak dziwnych jak gdyby nie były to pytania, a nawet dialog lecz zwykły monolog obłąkanej. Po drugiej wypowiedzi udało się jednak strażnikowi wtrącić swoje zdanie, które tak zabrzmiało w powietrzu:
-Z przykrością muszę stwierdzić, że poza naszą trójką nikogo tu nie ma i nie było.
Jednak już ta krótka wypowiedź wystarczyła aby sprowadzić na siebie prawdziwy ostrzał pytań. Po tych słowach i Lutger miał okazję skierować swoje spojrzenie na Feste, wyraźnie zaciekawiony jej zachowaniem. Mieli tutaj mały cyrk, chociaż Adalbert potraktował to nieco poważniej i nawet odpowiedział.
-Tak, jesteśmy na patrolu we dwójkę. Nie spotkaliśmy też nikogo wcześniej.
Mniej poważnie potraktował to jego towarzysz, który po kolejnych słowach dociekliwej istotki zaśmiał się cicho, co jednak umknęło uszom dachowca, gdyż po prostu była zajęta swoimi sprawami. Dosłyszała jednak część wypowiedzi wyszeptanej przez Lutgera. Słowa te niewiele mówiły i brzmiały właśnie tak: Chodźmy, sensu, wariat, ty. Wszystkie słowa zostały podane chronologicznie, lecz między nimi było mniej lub więcej innych dźwięków, które nie dotarły do ucha Feste. Na te słowa dotychczas poważny dragon lekko się skłonił i pożegnał, po czym jednym zaledwie słowem wydał rozkaz swojemu towarzyszowi i obaj ruszyli na dalszy patrol zostawiając biedaczkę samą. Za to, już po kilku chwilach słuchania orkiestry i głośnego kroku strażników, za plecami balowego gościa pojawił się głos, którego ironiczne zgłoski ułożyły się w pełne kpiny zdanie.
-Widzisz coś czego nie ma i każdy uważa cię za wariatkę.
Kto to powiedział? A tutaj to właśnie wypadałoby sprawdzić, albo zignorować.


Anonymous - 12 Grudzień 2011, 16:26

Arsene wsłuchiwał się z umiarkowanym zainteresowaniem w słowa królika, zawiesiwszy kciuki na krawędzi kieszeni spodni. Chwilowo zdjął cylinder, by dać odpocząć swoim biednym uszkom od panującego pod nakryciem głowy gorąca i teraz przytrzymywał jego rondo jednym palcem przy biodrze. W sumie nieczęsto w ogóle nosił coś na głowie, za wyjątkiem kaptura bluzy. Uważał wszelkie czapeczki, kapelusze i kapelusiki za niepraktyczne, gdyż uciskały drugą parę jego uszu, co było najzwyczajniej w świecie - niewygodne. A kaptury to już była ostateczność, o ile oczywiście były na tyle luźne, by mógł swobodnie poruszać swoimi ślicznymi uszkami. Dla niego te kocie elementy to była niemal świętość, nie wyobrażał sobie bycia kimś innym, niżeli Dachowcem. To by była katastrofa! Zbyt mocno przywykł do faktu bycia kotowatym Arsiastym i nie dopuszczał innej możliwości. Absolutnie żadnej, ot, co. No, ale nie zapowiadało się, by miał w najbliższym czasie być kimś innym, niżeli po prostu sobą samym.
Posłyszawszy słowa królika tyczące się znalezienia partnera do tańca westchnął cicho. Nigdy nie był mistrzem w nawiązywaniu kontaktów, a taniec? Taniec z obcą osobą? To powoli zaczynało wykraczać poza jego możliwości emocjonalne. Rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu istotki mniej więcej w jego wieku i mierzącej tyle centymetrów, co on w przybliżeniu. Nie chciał tańczyć z dziewczyną odeń wyższą. Najzwyczajniej w świecie nie czułby się specjalnie komfortowo. Chwilę potem dostrzegł dziewczynkę o różowych włosach, stojącą tuż obok. Przywołał na usta delikatny uśmiech i ukłonił się, wyciągając w jej kierunku otwartą dłoń.
- Czy zechciałaby panienka wyświadczyć mi ten zaszczyt i zgodzić się na taniec? - zapytał najmilszym głosem, na jaki się zdobył, nałożywszy cylinder znów na głowę. Dziewczyna mogła z łatwością dostrzec delikatne rumieńce na jego bladych policzkach.

Anonymous - 13 Grudzień 2011, 23:30

Pierwsze stwierdzenie strażnika z trudem udało jej się zarejestrować, nazbyt była przejęta swymi spekulacjami. Rzuciła mu pytające spojrzenie, gdy wreszcie zrozumiała tę odpowiedź. Uniosła brew.
- Nie? Czyżby? - syknęła, dość lekceważąco, bowiem sądziła, jakoby to dragon się mylił, a nie ona sama. Z przykrością? Ten fragment z powodzeniem zabrzmiał w jej głowie, przekształcając się w barwę głosu pewną politowania, jak dla jakiegoś... Obłąkańca. Chrząknęła cicho, odwracając myśli od tego niefortunnego porównania. Akurat jej umysł oczyścił się na tyle, aby dotarł doń bodziec, sugerujący wrażenie, że ktoś jej się przypatruje. Odwzajemniła spojrzenie Lutgera, jej natomiast było nader nieprzychylne, a nie tylko niewinnie zainteresowane. Zaniechała dalszej obserwacji, a może jej namiastki, ponieważ Adalbert wydawał jej się o niebo ciekawszy, zwłaszcza, że nie traktował jej jak małej zwariowanej dziewczynki.
- We dwójkę? Jak to? Między wami, o tam, szedł ten mały... - próbowała nieco przybliżyć im wzrokowo sylwetkę karła, gestykulując zawzięcie w powietrzu. W głównej mierze jej ręka wodziła pionowo w okolicy metra wysokości, w końcu wzrost był chyba najbardziej charakterystyczny u podobnego człowieka. Usilnie starała się nie patrzeć na rozmówców, czuła, że robi z siebie tylko pośmiewisko. Ale miała niezbitą pewność, że widziała karła. Przynajmniej widziała.
Przytłumiony dźwięk, który doszedł do niej od strony drugiego strażnika uznała za chrząknięcie, a na pewno już nie śmiech. Pewnie nawet, gdyby go usłyszała, stwierdziłaby, że to nie był śmiech, ni chichot, czy parsknięcie. To jej ubliżało.
Przyszła kolej na łapczywe wychwytywanie szeptanych fraz Lutgera. Kiedy zakończył, zirytowana Feste podparła ręce biodrami, wysuwając podbródek. Już zamierzała wygłosić jakąś tyradę o dobrym wychowaniu, gdy wtem pewien rzeczownik dotknął jej dogłębnie. Tak, jak gdyby wżerał się w jej wrażliwą duszyczkę. Z powodzeniem potrafiła zrekonstruować to, co rzekł Lutger, swoim zdaniem, rzecz jasna, coś na podobieństwo "Chodźmy, Adalbercie, to nie ma sensu, natknęliśmy się na zwyczajnego... Wariat, o tak; ty przeproś i się ładnie pożegnaj."
Mimo że dochodziły do niej tylko dosyć niewyraźne cząstki słów rozbawionego mężczyzny, co do jednej z nich była niezbicie pewna, iż się nie przesłyszała. Wariat. Jej źrenice rozszerzyły się w zdumieniu, jak i niedowierzaniu. Chyba nikt jeszcze nie odważył jej się tego wytknąć. Osłupiała, poruszyła bezgłośnie ustami, niczym niezbyt żwawa rybka, po czym zacisnęła pięści. Adalbert zdążył już się skłonić i poczęli odchodzić.
- Wariat?! Nie jestem wariatką! Nie jestem szalona! Stać! Czy wiecie, z kim macie do czynienia?! Jestem... Jestem czystej krwi arystokratką, wy parszywe, oślizgłe... - straciła wątek, gdy oddalili się dostatecznie, nie zwróciwszy na nią najmniejszej uwagi. Oczywiście, nawet nie musiała podnosić głosu, by dało się ją usłyszeć. Teraz natomiast jej słowa niemal równe dość piskliwym krzykom, a takowym z racji, że została wytrącona z równowagi; najpewniej roznosiły się echem po całym obszarze. Ale to i tak nie miało sensu, i Feste, wbrew pozorom, świetnie o tym wiedziała.
- Szalona. Ja nie jestem szalona - prychnęła, krzyżując ręce na piersi. Sfrustrowana zdmuchnęła z odsłoniętej części twarzy kilka samotnych kosmyków, wymieniając pod nosem kilka jakże pochlebnych wyrazów, którymi mogła określić dwójkę strażników, a w szczególności tego jednego, Lutgera. Och, on jeszcze ją popamięta. Zhańbienie kogoś jej pozycji winno się karać śmiercią, czy nie tak? A może to było już dawniej? Hm...
- Nie jestem. Ani trochę - dodała, już bez przekonania, dźgnąwszy się dwoma palcami w pierś. Zostawili ją. Na pastwę losu. Pożałują, jak zaraz przyjdzie jakaś bestia i zaciśnie kły na jej szyi, oberwie im się od pana. Wyprężyła się dumnie, mrużąc oczy. Zdecydowanie nie była szalona. Najwyżej mieściła się w niej jakaś krztyna szaleństwa, może tak. To oni byli wariatami. Pasowali do siebie, jeden opanowany i śmiertelnie poważny, drugi natomiast prawie beztroski, wyluzowany... W sumie też realista, od razu odrzucił możliwość egzystencji jakiegoś karła, idącego pośród nimi. Zwilżyła językiem wargi, skupiając się na odmętach swego umysłu. Znów była ponoszona przez rwące wody, mijała kolorowe plamy o nieustalonych konsystencjach i chwiejnych podstawach. Szaleństwo? Nie, skąd.
Drgnęła pod wpływem czyjegoś głosu. Obróciła się na pięcie, licząc, że znajdzie się naprzeciw już nowego mówcy. Cięte odpowiedzi cisnęły się jej na język i doprawdy trudno jej było powstrzymać się od wykrzyczenia którejś z ripost, jednak nie uczyniła tego, dając ujście emocjom w wykrzywieniu warg w uśmiechu nasączonym kpiną, zresztą jak wypowiedź tajemniczej istoty.
- Koty widzą więcej - wymruczała, po czym scaliła ręce za plecami. Już otwierała znów usta, już miała pytać słodko "a gdzież to się pan podziewa, właścicielu głosu" i uświadomiła sobie, że to tak, jakby wydała na siebie wyrok. Widzą więcej. A na razie go nie widziała. Do diabła. Mimo tego z jej buźki nie schodził kpiący wyraz. Wytężyła wzrok.

Anonymous - 17 Grudzień 2011, 18:21

Na początku chłopiec w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Vondur nie czuła się z tym dobrze, w końcu zawsze była w centrum rozmów. Widocznie jednak los skazał ją teraz na coś zupełnie innego. Gdy zaczął mówić, dziewczynie wydało się, że jest zimno. Ale kiedy dał jej papierek po lizaku, a jego ton stał się chłodny, Odette zmieniła zdanie. Chyba miała do czynienia z osobą jej pokroju. Nawet po ubiorze można było stwierdzić, że chłopiec był arystokratą. Mogłaby z nim porozmawiać o naprawdę różnych sprawach, ale nie dane było jej to akurat w tym momencie. Przecież jej zadaniem było usługiwanie gości, a nie zagadywanie ich bzdurami. Toteż poszła wyrzucić papierek i po chwili skocznym krokiem wróciła do Oleandra.
-Czy mogę jeszcze jakoś paniczowi pomóc?-Zapytała uprzejmie, kłaniając się przy tym. Miała ochotę czymś się zająć, niekoniecznie wyrzucaniem papierków.
W tym samym czasie usłyszała kontynuację przemówienia królika. W jego trakcie kiwała głową, zgadzając się ze wszystkim, o czym mówił. Ludzie przedstawieni jako barbarzyńcy rzeczywiście okropnie niszczyli Krainę Luster. Teoretycznie Vondur nie powinno to obchodzić jako mieszkanki Szkarłatnej Otchłani, ale w chwili, gdy MORIA zaczęła porywać istoty różnych ras, w tym również Upiornych Arystokratów, dziewczyna naprawdę znienawidziła tę rasę. Już wcześniej gardziła ludźmi, ale wtedy uczucie osiągnęło punkt kulminacyjny.
Po przemowie królika rozpoczęła się wśród gości wielka bieganina. Wszyscy poszukiwali pary do tańca. Ale im fajnie, będą tańczyć.-Przemknęło przez głowę dziewczyny. Zaraz jednak zganiła się w duchu. Ona, arystokratka, będzie zazdrościć marnym istotom? Niedopuszczalne! Natychmiast zmieniła punkt widzenia. Niech reszta się męczy, ona pozostanie piękna i wypoczęta do samego końca.
Uśmiechnęła się dumna z siebie i z wyczekiwaniem patrzyła na Oleandra. W jej oczach nie było widać tej skromności, która wypełniała ją przed chwilą. Tym razem promieniowała z nich ochota wywyższenia. Tak, Vondur czuła się lepsza i nie ukrywała tego!

Tyk - 18 Grudzień 2011, 13:31

[color=#9F9FDF]
Na balu powinno napisać więcej istotek!

Feste
Biedny dachowiec nieco mylnie zrozumiał słowa strażników, których oczywiście w ogóle rozumieć nie musiała. Można nawet rzecz, że najbardziej szalonym czynem była maniakalna obawa przed wariactwem. W ten sposób tylko utwierdziła strażników w poglądzie podsuniętym przez Lutgera. Na zakończenie dachowiec mógł nawet usłyszeć jaka była prawda. Nim jeszcze całkowicie zniknęli za rogiem powiedzieli już normalnym głosem, który poniósł się po ścieżce wokół zamku i dotarł do uszu Feste. Oczywiście było to poprzedzone spojrzeniem w kierunku gościa.
-Widzisz, chce żebyśmy zostali bo nie skończyła z nas robić wariatów.
Jednak Feste nie usłyszała już odpowiedzi na te słowa. Zresztą w jej stanie mogła nie usłyszeć nawet tych słów, tym bardziej, ze sama również krzyczała, a to mogło skutecznie zagłuszyć wypowiedź dragonów. Oczywiście jeśli zwracać tutaj uwagę na wszelkie zasady to według pewnego prawa gdyby Feste uznać za wariatkę powinno się ją zamknąć w więzieniu, jeśli nie zabić. Pomijamy tutaj fakt, że strażnicy potraktowali ją jako osobę z pełnią władzy nad swoim umysłem, ale ona w uniesieniu całkowicie pominęła ten szczegół. Natomiast jeśli chodzi o głos to rzeczywiście do nikogo nie należał, co nie przeszkadzało mu rozbrzmiewać w powietrzu. Tym razem jego źródło wydawało się znajdować koło niej, lecz z oczywistych względów nikogo tam nie było. Mogła za to usłyszeć pytanie pełne kpiny, albo tak też odebrane przez Feste.
-Co więc takiego koteczek widzi?
I oczywiście jak na złość podczas tej rozmowy z nikim pojawiła się gdzieś w oddali jakaś postać, która spojrzała w tym kierunku, lecz udałą się w przeciwnym, jakby nie chcąc przeszkadzać w rozmowie z drzewem, bo tak wyglądała teraz Feste, jak rozmawiająca z rośliną.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group